sobota, 18 stycznia 2014

Tam, Taram, Taram.... Oto 95 rozdział Panie i Panowie :D xx

Poszłyśmy na górę rozpakować się. Zeszło się nam do późnego wieczora.  Mama wykąpała Antka, ja Darcy i położyłyśmy dzieciaki spać. Mama uparła się, że będzie spać z dzieciakami, żebym się wyspała. Doskonale wiedziała, że poprzedniej nocy prawie wcale nie spałam. Tej nocy spałam, jak zabita i obudziłam się o wpół do dwunastej.
 -  Już zaglądałam do ciebie -  powiedziała mama, gdy zeszłam na dół -  jak się spało?
 -  Cudownie! -  Odpowiedziałam -  a jak ty spałaś?
 -  Antoś spał całą noc. Darcy obudziła się o wpół do dziewiątej.
 Mały Joe chciał mi przynieść śniadanie, ale podziękowałam i poprosiłam o samą kawę. Dostałam kawę i rogalika, którego chętnie oddałam Niallowi. Mama spiorunowała mnie wzrokiem, ale powiedziałam:
 -  Nie jestem głodna. Za godzinę będzie obiad.
Trochę to poprawiło humor mamie i Małemu Joe. Michała nie było. Pojechał do pracy. Pozostałych chłopaków nie było, więc zapytałam, co u nich.
 -  Lou boli nóżka, a Liam siedzi na górze i rozmawia z Dan.
Za oknem była obrzydliwa pogoda. Lało  jak z cebra.
 -  Zajrzę do Louisa -  powiedziałam.
 -  Już żeśmy się przeprosili, nie martw się -  odpowiedziała mama.
 -  To miłe, że się znów kochacie.
Niall zaczął się krztusić rogalikiem.
 -  Ręce do góry! -  Powiedziała mama.
Niall posłusznie podniósł ręce. Poszłam na górę do Lou. Zapukałam i po usłyszeniu słabego: „TAK”, weszłam. Zastałam go… w łóżku.
- Co ci się stało?
 -  No, przecież nogę mam skręconą…
 -  No gdybyś miał głowę skręconą, to bym ci pozwoliła leżeć, ale przy nodze? Wstawaj. Pokarało cię za Harryego. 
 -  Wiem, że to moja wina i strasznie cię przepraszam, ale nie przypuszczałem, że Harry tak zareaguje…
 -  Czyżbyś go tak mało znał? -  Odparowałam.
 -  No… Trochę się znamy… Był to głupi pomysł.
 -  Przez grzeczność nie zaprzeczę. To był szczeniacki wybryk z twojej strony. Prawie zniszczyłeś mu małżeństwo.
 -  Wiem… Dotarło to do mnie dopiero, gdy zniknęłaś. Wybaczysz mi?
 -  Zastanowię się -  odparłam -  a teraz wstawaj z tego wyra i idź na dół. Pomożemy ci zejść na dół po tych schodach. Mam ci teraz pomóc?
 -  Nie, dam sobie radę, po za tym, nie wiem, co by powiedział Harry, gdyby się dowiedział, że masz mnie ubrać…
 -  Pomagam choremu.
 -  A widzisz? Sama mówisz, że jestem chory.
 -  Nie. Masz przecież tylko nogę skręconą. To nie choroba.
Ktoś zapukał do drzwi.
 -  Megan? Jesteś tu? -  Usłyszałam głos Nialla, który wszedł do pokoju -  o, jesteś. Telefon do ciebie.
 -  Pomóż Lou się ubrać.
 -  Ja? Z tą ręką?
 -  To powiedz Liamowi, żeby przyszedł i go ubrał -  rzuciłam wychodząc z pokoju.
Na schodach zaczęłam się zastanawiać, kto dzwoni. Gdy podeszłam do telefonu, „Halo” wyszło mi jakoś niepewnie.
 -  Cześć Megan -  usłyszałam głos mamy Harryego -  dobrze, że się znalazłaś. Nie powinnaś zostawiać Harryego samego. Ślubowałaś mu na dobre i na złe, prawda?
 -  Tak, prawda, ale on też mi ślubował na dobre i na złe.
Niall, który zszedł do salonu, przypatrywał mi się uważnie.
 -  On odchodził od zmysłów! Poruszył prawie cały świat, żeby cię znaleźć!
 -  Bez powodu go nie zostawiłam -  odparłam.
 -  A jakież to były powody?
 -  Mamo, to nie jest rozmowa na telefon. Po za tym, ja jeszcze nie rozmawiałam z Harrym, więc wybacz, ale najpierw z nim porozmawiam na ten temat.
 -  Jesteś bezczelna! -  Usłyszałam.
Ty też…
- Jeśli tak uważasz… -  odpowiedziałam.
Usłyszałam trzaśnięcie słuchawki. Odłożyłam słuchawkę na bazę, a Niall wpatrywał się we mnie, jak w obrazek.
 -  Nie, patrz tak na mnie -  powiedziałam -  rozmawiałam tylko ze swoją teściową…
 -  Wiem, ale ona chce wam pomóc.
 -  W ten sposób na pewno nie pomoże. Jeśli  następnym razem odbierzesz telefon i ona będzie dzwonić, to powiedz, że mnie nie ma.
- Co się stało? -  Zapytała wchodząc do pokoju, mama.
 -  A nic. Pogaduszki z teściową -  odrzekłam.
 -  Rozumiem, że nie najprzyjemniejsze, sądząc po twojej minie.
Przytaknęłam. Do salonu zszedł Liam niosący Lou.
 -  Louis, nie pieść się tak. Przecież masz zabandażowaną nogę! -  Powiedziałam.
 -  Dał się namówić -  odpowiedział figlarnie Louis.
 -  Nialla też będziesz nosić? -  Zapytała mama.
Niallowi rozbłysły oczy.
 -  No jemu to w nogę nic nie jest -  powiedział Liam.
 -  Lou też nie. Ma tylko skręconą. To nie złamanie. Trzeba mu znaleźć jakąś laskę.
 -  LASKĘ? -  Zainteresował się Louis -  przecież ja jestem żonaty!
- Co? Już wyzdrowiałeś?
Mały Joe gdzieś podreptał. Po chwili przyniósł laskę, a wszyscy ryknęli śmiechem.
 -  Chyba Louisowi nie o taką laskę chodziło -  powiedziała Dominika.
 -  Innej nie mam -  rzucił Mały Joe.
 W tym momencie zadzwoniła moja komórka. Na wyświetlaczu był napis: ELLIE
 -  Słuchaj, nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że cię słyszę! Nie masz pojęcia jak się denerwowałam, co się z wami stało. Dzwoniłam do ciebie tyle razy, że już myślałam, że zgubiłaś komórkę.
 -  Nie, nie zgubiłam komórki. Miałam ją wyłączoną.
 -  Jak to można mieć wyłączoną komórkę?! -  Usłyszałam z drugiej strony.
 -  Normalnie. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać.
 -  Kiedy wracacie?!
 -  Pewnie za miesiąc.
 -  Dlaczego tak długo?! Co z koncertami?!
 -  Odwołaj.
 - No czyś ty na głowę upadła?!
 - No chyba, że chcesz, żeby z zespołu była tylko trójka.
 -  Jak to?!
 -  Harry z Zaynem są na odwyku. Jak dobrze pójdzie to wyjdą za dwa tygodnie, a jeśli nie, to dopiero po miesiącu. To zależy od nich.
 -  Widziałaś się z Harrym?
 -  Nie.
 -  A rozmawiałaś?
 -  Nie.
 -  Powinnaś.
 -  Czy wszyscy mi muszą mówić, co ja powinnam? -  Zapytałam.
- Co? Nie jestem pierwsza?
 -  Nie, nie jesteś.
 -  A, to przepraszam. A co się w ogóle stało?
 -  Może opowiem ci, jak wrócę, ale mówię może.
 -  No dobrze, to nie będę ci już zawracać głowy. To trzymaj się. Cześć.
Po chwili zadzwoniła kieszeń Lou.
 -  Halo? -  Louis odebrał słuchawkę -  cześć kochanie. Po za tym, że mam skręconą nogę, to wszystko      w porządku. Nie, nie musisz przylatywać. Tak, zajmują się mną. Liam mnie dzisiaj ubrał. Nie, nie jest złamana. Spadłem ze schodów. Nie, nic sobie więcej nie zrobiłem. Moja wina tak. Moja wina. Nie, nie można wyciągnąć Harryego i Zayna. Oni muszą tam być. Tak, przełóż te koncerty, a jak chłopcy? To dobrze. No nie mówię, że dobrze, że nam rujnują chałupę, ale to oznacza, że są zdrowi. Powiedz Tommiemu, że jeśli jeszcze raz tak zrobi, to dostanie lanie. Jak tylko wrócę. Tak wrócę. Za miesiąc. No, może za dwa tygodnie. No przecież Megan ci wszystko powiedziała. No może nie wszystko. Nie powiedziała ci, że zabłądziłem w Warszawie. Tak, jechałem z mamą Megan. Nie słuchałem jej -  mama parsknęła śmiechem -  też cię kocham. Pa, pa.
 -  Rozumiem, że Ellie chciała się dowiedzieć wszystkiego u źródła? -  Zapytała Doma.
 -  No, od Megan się nie dowiedziała, to się dowiedziała ode mnie.
Po krótkim czasie zadzwonił telefon Liama. Liam przeszedł do jadalni, więc nie słyszeliśmy jego rozmowy.  Na głupich tłumaczeniach spędziliśmy dwa tygodnie.  Dziś miało się rozstrzygnąć, czy wyjdą, czy nie.  Od rana byłam zdenerwowana. Tęskniłam już za Harrym bardzo. Rano po umyciu         i ubraniu dzieci, zeszłam na śniadanie, ale było bardzo wcześnie, więc na dole zastałam tylko mamę.
 -  Cześć -  rzuciłam siadając do stołu.
Darcy pobiegła przywitać się z babą.
 -  Później ci coś powiem -  powiedziała mama zerkając na Darcy. Zrozumiałam, że nie chce mówić tego czegoś przy Darcy.
Zjadłyśmy śniadanie i Darcy poszła do Małego Joe, a mama powiedziała:
 -  Harry dziś prawdopodobnie nie wyjdzie. Zayn zresztą też.
 -  Dlaczego? -  Zapytałam.
 -  Psycholog się trochę uparła, że to jeszcze za wcześnie, ale tak sobie pomyślałam, że jak będzie wiadomo, że wyjdzie, to dobrze by było, żebyście na początku byli sami. Rozmowę przerwała nam moja komórka. Na wyświetlaczu zobaczyłam zastrzeżony numer.
 -  Halo? -  Powiedziałam do słuchawki.
 -  Dzień dobry -  usłyszałam damski głos -  z tej strony Paulina Zawadzka. Jestem terapeutą pani męża. Rozumiem, że rozmawiam z panią Styles. Chciałam z panią porozmawiać, czy mogłaby pani do nas przyjechać?
Zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi.
 -  A o co chodzi?
 -  To porozmawiamy, jak pani przyjedzie.
 -  Kiedy mam przyjechać?
 -  Zapraszam nawet dzisiaj.
 -  O której godzinie?
 -  A o której może pani być?
 -  A gdzie państwo się mieścicie?
 -  No, jesteśmy w szpitalu na Barskiej.
 -  No to mogę być w ciągu godziny.
 -  To zapraszam. Pokój 453.
 -  Dobrze, będę.
 -  Gdzie będziesz? -  Usłyszałam głos mamy, gdy się rozłączyłam.
 -  Dzwoniła terapeutyka Harryego. Chce się ze mną widzieć.
 -  No to musisz jechać.
 -  Właśnie się z nią umówiłam. Zajmiesz się dziećmi?
 -  Głupio się pytasz. Pewnie, że się zajmę. Nie zostawię ich samych w pokoju, zamkniętych.
 -  Dzięki. To idę się przebrać i pojadę.
 -  A wiesz gdzie?
 -  Wiem. U Michała w szpitalu.
Poszłam na górę. Wzięłam szybki prysznic, podmalowałam się, przebrałam się elegancko i już byłam gotowa. Ktoś zapukał do drzwi.
 -  PROSZĘ!
Dominika weszła do pokoju.
 -  Słuchaj, muszę jechać na Barską, ale nie wiem, gdzie to jest…
- Co? Ciebie też wezwali?
Doma miała głupią minę. Widać było, że jest bardzo zdenerwowana.
 -  No, to jedziemy. Ja też jadę.
- Ale żeś się odwaliła.
 -  Nie zawsze rozmawiam z psychoterapeutką mojego męża -  rzuciłam zamykając pokój.
 -  Poczekaj, to może ja też się przebiorę, bo będę się czuła, jak uboga krewna.
 -  Okej. Czekam na dole. Pospiesz się, bo powiedziałam, że będę w ciągu godziny.
 -  Ty też?
 -  Widocznie będę miała spotkanie wcześniej niż ty.
- Ale poczekasz na mnie? -  Zobaczyłam przerażenie w oczach Domy.
 -  Oczywiście, że poczekam.
Dominika pobiegła do siebie. Zeszłam na dół. Usiadłam w fotelu, gdy z kuchni wyszedł Niall i stanął jak zamurowany.
 -  A pani …y… A to ty Meg. Nie poznałem cię. Wyglądasz… olśniewająco. Gdzieś idziesz?
 -  Tak. Na randkę.
 -  Z Harrym?
 -  Nie. Z psychoterapeutką.
 -  Nie wiedziałem, że z tobą jest tak źle i musisz chodzić do psychoterapeutki…
Zaśmiałam się.
 -  Nie psychoterapeutką Hazzy.
 -  A, no tak. To musisz się odwalić.
Na dół zeszła Dominika, a Niall aż gwizdnął.
- Ale żeście się odwaliły.
 -  No to idziemy. Trzymajcie się.
 -  A co z Darcy?
 -  Jak chcesz, możesz zdjąć ją mamie z głowy.
 -  To może pojadę z nią do zoo.
 -  Możesz, bylebyś nie jechał do zoo przez Kraków…
Niall zaczął się śmiać.
 -  Ustawię sobie nawigację odpowiednio. Nie martw się.
 -  Tylko posmarujcie ją przeciw komarom.
 -  Myślisz, że już będą?
 -  Myślę, że tak.
 -  To powodzenia -  rzucił za nami.
Wsiadłyśmy do samochodu i pojechałyśmy do szpitala.
Gdy wchodziłyśmy w drzwiach natknęłyśmy się na Michała.
 -  A co wy tu robicie?
 -  Zostałyśmy wezwane przez psychoterapeutkę.
 -  Zawadzką?
 -  Tak.
 -  Poczekajcie tutaj.
Michał wszedł na chwilę do jakiegoś pokoju i za chwilę wyszedł.
 -  Chodźcie na górę -  rzucił.
Wsiedliśmy do windy i wjechaliśmy na czwarte piętro.
 -  Poczekajcie tutaj -  powiedział pod pokojem 453 -  zaraz przyjdę.
Usiadłyśmy pod drzwiami i grzecznie czekałyśmy. Po dwudziestu minutach Michał wyszedł. Był lekko zdenerwowany.
- Co się stało? -  Zapytałam, widząc, że jest zdenerwowany.
 -  Pani psycholog zaplanowała dla was niespodziankę.
 -  Jaką? -  Zainteresowałam się.
 -  Spotkanie z waszymi chłopakami.
Zrobiło mi się gorąco… I tak miało wyglądać nasze spotkanie po tym wszystkim? Nie chciałam mieć świadków.
 -  Czy to konieczne? -  Zapytałam.
 -  Podobno tak. Podobno prosili o to chłopcy.
- Co? Boją się nas? -  Zapytała Doma.
 -  Dominika, może ty pójdziesz na pierwszy ogień?
 -  No przecież ty jesteś umówiona pierwsza.
Cóż miałam robić… Musiałam wejść. Wiedziałam, że z nią nie wygram…
 -  To już mam wchodzić?
 -  Jeżeli jesteś gotowa…
 -  Czy on tam jest?
 -  Jeszcze nie. Pani psycholog chce najpierw z tobą porozmawiać.
- Co? Uważa mnie za wariatkę?
 -  Nie wiem, co ona myśli…
 -  Michał, gdyby nie wiem co by się działo, nie wolno ci mnie tu zostawić!
Michał zaczął się śmiać.
 -  Przecież ty nie jesteś na odwyku.
Widocznie miałam bardzo dziwną minę, bo stwierdził:
 -  Dobrze, chodź. Wejdziemy razem.
Weszliśmy.
 -  To jest pani Megan Styles -  powiedział Michał do dziewczyny, która wyglądała dosyć sympatycznie. Miała krótkie, czarne włosy, twarz owalną, oczy zielone, malutki nos. Była stosunkowo niska.
 -  Witam panią -  powiedziała uśmiechając się do mnie.
Nim się zdążyłam zorientować, Michał już wyszedł. ZABIJĘ GO!
 -  Chciałam się z panią spotkać, bo zastanawiamy się nad wypuszczeniem pani męża, ale muszę z panią omówić niektóre rzeczy. Pani mąż wszystko mi opowiedział i boi się z panią spotkać. Co prawda nie wygląda pani na herod babę, ale powiem szczerze, że będzie potrzebował dużo wsparcia, aby nie wrócić do nałogu.  Czy będzie pani mogła mu to zapewnić?
 -  Od dawna walczyłam z tym, żeby nie pił -  odpowiedziałam na jej pytanie -  niestety w ogóle mnie nie słuchał. Różnymi metodami próbowałam go zniechęcić do alkoholu. Widać nie potrafiłam.
 -  Mąż deklaruje, że nie będzie pił. Tego nie mogę obiecać. U alkoholików głód alkoholowy jest tak wielki, że nie potrafią sobie dać z nim rady. Wiem, że państwo nie mieszkacie w Polsce, ale dobrze by było, żebyście zostali trochę i nie wyjeżdżali od razu. Gdyby pani zauważyła jakieś objawy, to znaczy, złapałaby go pani na piciu, to musi do nas trafić jak najszybciej. Mam nadzieję jednak, że pani mąż będzie miał na tyle silnej woli, że rzuci to paskudztwo.
 -  Też mam taką nadzieję -  odpowiedziałam jej szczerze.
 -  Właściwie powinna pani się spotkać z mężem w mojej obecności, ale doktor Michał jest przeciwny temu, więc mogę zrobić jeden wyjątek dla pani.  Najlepiej zlikwidować w domu alkohol. Na razie, żeby go nie kusiło.
 -  Oczywiście, że cały alkohol zostanie zlikwidowany  -  powiedziałam.
 -  To może iść pani do męża. Przygotuję kartę wypisów.
Pożegnałam się  i wyszłam z gabinetu.
 -  Czas na ciebie -  powiedziałam.
 -  I co?!
 -  Żyję. Nie zjadła mnie.
Drzwi się uchyliły.
 -  Pani Dominika? -  Zapytała Zawadzka.
 -  Tak, to ja -  odpowiedziała słabo Dominika.
 -  Zapraszam.
Doma weszła niepewnie do środka, a ja usiadłam pod gabinetem. Wydawało mi się, że moja rozmowa była krótsza niż Domy. Czekałam na nią strasznie długo, aż w końcu wyszła.
 -  Czy ona mnie uważa za idiotkę?!
 -  A co się stało?
 -  Kazała mi zlikwidować cały alkohol w domu!
 -  Chodzi o to, żeby ich nie kusić.
 -  No przecież wiem!
 -  Nie krzycz na mnie. Zrobiłam ci coś? -  Zapytałam.
 -  Nie, no zdenerwowałam się, przepraszam -  wybąkała.
 -  I co? Już po rozmowie? -  Usłyszałyśmy głos Michała.
 -  Tak.
 -  Bardzo bolało? -  Podszedł do nas.
 -  Troszkę -  powiedziała Dominika.
 -  I co? Wychodzą?
 -  No… Na to wygląda -  odpowiedziałyśmy razem -  tylko będziesz musiał zlikwidować cały alkohol w domu.
 -  Mały Joe cały alkohol trzyma pod kluczem. To co? Gotowe na spotkanie?
 -  Nie… Ale chodźmy.
Wjechaliśmy na szóste piętro. Był to oddział odwykowy. Michał podprowadził nas pod jakieś drzwi i powiedział:
 -  Ty tu, ty tu -  pokazał nam. Poczułam motyle w brzuchu -  spotkamy się w domu.
 -  No nie wiem -  odpowiedziałam.
- Co to znaczy?
 - Zobaczymy.
To już ta chwila!
 -  No wchodź -  powiedział do mnie.
Ja nic. Zapukał w drzwi, które miałam otworzyć.
 -  Proszę -  usłyszałam mój ukochany glos.
Widocznie za długo stałam, bo Harry otworzył drzwi.
 -  Me… M… Megan? -  Wydusił z siebie.
 - … Tak… Jak widzisz.
- Co… Ty… Tu robisz?
 -  Mam cię zabrać do domu.
 -  Jak to? -  Widać było, że jest zszokowany.
 -  Podobno już jesteś wyleczony -  podeszłam do niego i pocałowałam go. Za tym tęskniłam. Za tymi ciepłymi ustami.
 -  Czyżbyś mi wybaczyła? -  Zapytał słabym głosem.
- Co? -  Zapytałam -  pijaństwo?
 -  No nie. Wiesz, o co mi chodzi.
 -  No przecież do niczego nie doszło. Podobno.
 -  A skąd wiesz?
 -  Od Liama, ale pakuj się. Nie będziemy tutaj rozmawiać. Zabieram cię stąd.
 -  Wreszcie koniec mordęgi -  usłyszałam jego mruknięcie pod nosem.
 -  Czy ty na pewno jesteś gotowy na wyjście stąd? -  Zapytałam poważnie.
 -  Boże, jak ja za tobą tęskniłem, a jak znalazłem obrączkę na stoliku, to myślałem, że popełnię samobójstwo. Już nie chcę więcej się tak czuć. Obiecuję, że nigdy więcej nie wezmę kropli alkoholu do ust.
 -  To zbieramy się stąd -  odpowiedziałam.
 -  Musimy wracać do domu? Nie możemy się gdzieś przejechać?
 -  Musimy, bo jedziemy razem z Zaynem i Dominiką.
 -  Zayna to trzeba będzie pilnować.
 -  Czyżby jeszcze nie był gotowy na wyjście?
 -  Wydaje mi się, że jeszcze nie.
 -  To pewnie trafi tu bardzo szybko z powrotem…
 -  Jak to?
 -  Jesteście wypuszczeni warunkowo. Pojedziemy do domu dopiero, gdy terapeutka pozwoli.
Harry spakował się bardzo szybko i już był gotowy do wyjścia.
 -  Musimy poczekać na wypis. Pewnie za chwilę przyniosą -  powiedziałam.

Harry trzymał mnie w objęciach i nie chciał wypuścić. Dopiero, gdy drzwi się otworzyły i do pokoju weszła pielęgniarka, odskoczył, jakby go ktoś poraził prądem.



* Tak, więc oto kolejny! Już nie mogę w to uwierzyć, że tak długo prowadzę bloga... Wydaje się, jakbym zaczęła wczoraj, a tu nagle mijają dwa lata... No nieźle, nieźle przyznaję :) Chcecie więcej? :D Tylko zrozumcie mnie, że oceny muszę poprawić, bo teraz te cholerne wystawianie... Co sądzicie o tym ? :) xx
                                                                                              ~Meg xox

niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział 94 (Ja też nie mogę w to uwierzyć, jakim cudem :O )


   Obudził mnie płacz Tosia… Gdy otworzyłam oczy, w pierwszej chwili nie wiedziałam, gdzie jestem, ale szybko przypomniałam sobie wcześniejsze zdarzenia. Wstałam z łóżka i podbiegłam do kołyski.
- Co się stało maluchu? Czemu płaczesz? -  Popatrzyłam na zegarek… Było w pół do dziewiątej i już wiedziałam o co chodzi. Wzięłam go na ręce, przewinęłam i nakarmiłam.
Gdy wyszłam z nim z pokoju, okazało się, że Dominika siedzi z Darcy w kuchni.
 -  Pospałaś sobie trochę.
 -  Wiesz, nie za bardzo -  odpowiedziałam.
 -  A myśmy przygotowały śniadanie.
 -  O której wstałaś? -  Zdziwiłam się.
 -  Mały Joe przyjechał i przywiózł nam śniadanie. Myśmy tylko powykładały -  przyznała się.
 -  O której był?
 -  O siódmej.
 -  To Ty sobie nie pospałaś! -  Powiedziałam, uśmiechając się do Domy.
Zjadłyśmy śniadanie. Antoni nam towarzyszył.
 -  To gdzie jedziemy?
 -  Nigdzie nie jedziemy. Musimy przecież rozpakować te wszystkie pudła -  powiedziałam do Dominiki.
 -  No, właściwie to masz racje -  westchnęła.
 -  A na długo tu psijechałyśmy mamusiu? -  Zapytała Darcy.
 -  Trochę tu pobędziemy -  odpowiedziałam -  a jak ci się spało?
 -  Dobzie.
 -  Nie dobzie, tylko dobrze.
 -  Jakaś pani zaglądała tu do nas. Chyba wścibska sąsiadka -  podsumowała Doma.
 -  A… To pewnie pani Gabriela. Opiekuje się naszym domem. Wczoraj zapomniałam do niej pójść          i powiedzieć, że będziemy mieszkać tu jakiś czas. Jak się rozpakujemy, to pójdę do niej i powiem.
 -  Nie wiem, czy tyle wytrzyma.
W tym momencie ktoś zapukał mocno do naszych drzwi. Gdy otworzyłam, zobaczyłam Panią Gabrielę.
 -  To ty, kochaniutka? Myślałam, że ktoś się do was włamał! Wczoraj jakiś wielki samochód tu przyjechał, ale nikt mi nic nie powiedział i nie wiedziałam, co tu się dzieje…
 -  Nie, to tylko my. Przyjechałyśmy na trochę.
 -  A to twoje dzieciaczki? -  Zapytała, wchodząc do domu.
 -  Miałam do pani przyjść, gdy się rozpakujemy, bo z dzieciakami, to dużo roboty, a co u pani słychać, pani Gabrielo?
 -  A… nie wiem, czy ci mama powiedziała, że wyszłam za mąż….
 -  Za kogo? Za pana Ziutka?
 -  Tak. Doszliśmy do wniosku, że spędzimy dalej nasze życie razem -  powiedziała lekko czerwieniąc się.
 -  To wspaniale! Moje gratulacje -  powiedziałam i uściskałam ją mocno.
 -  A ty sama przyjechałaś?
 -  Tak, sama tym razem -  ucięłam dalsze dywagacje pani Gabrieli.
 -  Bardzo się cieszę, że będziemy dobrymi sąsiadkami, jak zza dawnych lat! Mama to już często nie ma czasu, żeby do mnie wpaść…
 -  Mama ostatnio bywała dość często u nas w Chicago.
 -  A, no chyba, że tak… A ta pani mówi po polsku? -  Popatrzyła na Dominikę.
 -  Tak, mówi, mówi -  odpowiedziała jej Dominika.
 -  O, przepraszam. Nie przedstawiłam. To jest moja przyjaciółka ze szkoły, a nawet i wcześniej.
 -  Czyżby to była panna Dominika? -  Zdziwiła się.
 -  Witam, pani Gabrielo. Nie poznała mnie pani.
 -  Jak ty wyrosłaś!
 -  Kiedyś musiałam -  odpowiedziała śmiejąc się Doma.
 -  A ty nie poznałaś pani Gabrieli? -  Zapytałam.
 -  Pani Gabriela chyba odmłodniała dzięki temu ślubowi.
Pani Gabriela się zarumieniła i powiedziała:
 -  Cieszę się, że ktoś tu zamieszkał, bo chcieliśmy z Ziutkiem wyjechać do rodziny. Miałam jeszcze dzwonić do mamy, że zostawiamy tutaj wszystko.
 -  To my teraz będziemy. Proszę się nie martwić i jechać.
 -  Dobrze. To widzę, że się rozpakowujecie, więc nie będę przeszkadzać -  i pani Gabriela wycofała się do wyjścia -  jak będziemy wyjeżdżać, to dam wam znać -  powiedziała jeszcze w progu.
Zabrałyśmy się za rozpakowywanie. Antek został położony do łóżeczka, a Darcy miała przykazane pilnować go. W pewnym momencie zadzwonił ktoś do drzwi. Przed domem nie stał żaden samochód, więc pomyślałam, że to pani Gabriela z jakimiś ciasteczkami. Otworzyłam i stanęłam jak wryta. Za drzwiami stał Liam.
 -  Mogę? -  Zapytał.
Otworzyłam szerzej drzwi, choć miałam ochotę mu zamknąć je przed nosem.
- Co… Ty… tu… robisz? -  Wydukałam.
 -  Przyjechaliśmy wszyscy.
 - A skąd wiedziałeś, że tu jestem? -  Zaczęłam logicznie rozmyślać.
 -  Widzę, że się rozpakowujecie. Nie róbcie tego. Chciałbym z wami porozmawiać.
 -  Napijesz się czegoś? -  Zapytałam.
 -  Na pewno nic mocnego. Może być herbata, jeśli macie.
Poszłam zaparzyć herbatę. Podałam i usiadłam na kanapie.
- Co masz mi do powiedzenia?
 -  Harry nie wie, że tu jestem.
 -  A skąd wiedziałeś, że tu jesteśmy?
 -  Chciałem sprawdzić. To, że jesteście w Warszawie, od razu się wydało, bo Harry znalazł zabawkę Toniego, która leżała za kanapą.
Zaklęłam mocno po polsku, aż Dominika na mnie popatrzyła lekko zgorszona. Liam dalej kontynuował, nie zwracając na moje wstawki uwagi.
 -  Teraz Harry siedzi i tłumaczy się przed twoimi rodzicami ze swojego zachowania. Ja powiedziałem, że muszę wyjść. Nie chciałem uczestniczyć w tej całej awanturze… Tłumaczyłem mu, żeby przestał pić, a on nic. Coraz gorzej. O mało zespół się nie rozpadł przez niego…
 -  I przez Zayna -  wtrąciła Doma.
- Ale prysznic był ostry. To, co zrobiłyście. Podziałało. Harry wytrzeźwiał natychmiast, gdy znalazł obrączkę. Zrobił przesłuchanie wszystkich dziewczyn i Kazika oraz Jay’ a. Nikt nic nie wiedział. Wszyscy byli zszokowani. Potem się okazało, że Dominika też zniknęła. Zaczęliśmy was szukać po całym Chicago. Twoi rodzice nie zdradzili, że przyjechałyście tutaj. Harry kilka razy dzwonił i się upewniał, czy wiedzą, gdzie jesteście, a oni twardo zaprzeczali, ale z tonu Michała wynikało, że jednak coś wie, ale nie chce powiedzieć. Dlatego po sprawdzeniu wszystkich hoteli, szpitali Harry zgłosił na policję zaginięcie was. Znaleźli samochód na lotnisku no i stwierdzili, że miałyście prawo polecieć gdzieś. Harry musiał zapłacić za parking i wiedzieliśmy, że gdzieś wyleciałyście. Dodałem sobie dwa do dwóch i wyszło mi, że musiałyście polecieć do Warszawy. Stąd wszyscy dzwonili, wierząc, że kiedyś któraś z was odbierze. Harold zaczął nam świrować. Chyba nie spał od początku, odkąd się dowiedział, że go zostawiłaś. Rozumiem, że się dowiedziałaś o nieszczęsnym przypadku w Nowym Jorku  -  popatrzył znacząco na Dominikę, która czym prędzej odwróciła wzrok, aby uniknąć jego spojrzenia.
 -  Tak, zmusiłam ją do tego -  powiedziałam -  Harry się zachowywał tak, jak obcy, po powrocie z tego tourne, a Dominika też mnie unikała. Wiedziałam, że coś jest nie tak, więc nie masz co winić Dominiki, bo ja ją do tego zmusiłam, żeby mi wszystko powiedziała. Mógł mi sam powiedzieć i się wytłumaczyć. Pytałam go parę razy, a on udawał, że nic się nie stało i było później coraz gorzej.
 -  Najśmieszniejsze jest jednak to, że do niczego nie doszło…
 -  A skąd wiesz? -  Przerwałam mu.
 -  Był tak pijany, że do niczego by nie doszło. Chcieliśmy go trochę nastraszyć i nie powiedzieliśmy mu, co zaistniało w garderobie. Wynieśliśmy go stamtąd, a fanka, którą widziałaś Dominiko, strasznie zrzędziła, że on taki pijak. On był po prostu nieprzytomny. Chcieliśmy, żeby poszedł na odwyk, a na pewno przestał pić, a on sobie zaczął Bóg wie co myśleć, że cię zdradził. Nie wiedział, jak ci się wytłumaczyć. Już na tyle cię zna, że wiedział, iż jak się dowiesz, to spakujesz wszystko i wyjedziesz. Usłyszeliśmy, że pod dom podjeżdża jakiś samochód. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam wysiadających z samochodu Nialla, Lou i mamę. Mama prowadziła.
 -  O… Zdaje się, że mamy towarzystwo, ale winowajców nie ma -  powiedziałam.
 -  To znaczy, że Michał ich zabrał -  podsumował Li.
- Co masz na myśli? -  Zapytałam.
 -  To, że załatwił dla nich odwyk.
Otworzyłam drzwi i na szyję rzuciło mi się dwóch wariatów.
 -  Megan! Coś ty narobiła?!
 -  Wszyscy odchodziliśmy od zmysłów!
Przekrzykiwali się nawzajem.
 -  A z tobą to się jeszcze policzymy! -  Rzucił do Dominiki Louis.
 -  Proszę tutaj nie straszyć mojej przyjaciółki -  pogroziłam.
 -  Już wszystko sobie wytłumaczyliśmy -  wyjaśnił Liam -  wcale się nie dziwię, że Megan się zdecydowała na ten krok -  i opowiedział im prawie słowo w słowo to, co powiedziałam.
 -  Kretyn -  skomentował Niall.
 -  Przepraszam kto? -  Zapytał Lou.
 -  Ty też -  kontynuował Niall.
 -  Dlaczego?
 -  Bo ty wymyśliłeś, żeby go nastraszyć. Harry dopiero dzisiaj się dowiedział, że to była bujda.
 -  Skąd ja mogę wiedzieć, że wy go nie chronicie i nie kłamiecie? -  Zapytałam podejrzliwie.
 -  Dominika widziała to, co widziała.
 -  A co widziała? -  Zapytał Liam.
 -  Hazzę z jakąś dziewczyną -  rzuciła Doma.
 -  I co widziałaś? -  Drążył dalej.
 -  Jakąś dziewczynę, która się nachylała nad Hazzą.
 -  I co? Wypadłaś stamtąd, jak z pieprzem i dośpiewałaś sobie, co się działo. Sama widziałaś, że wnieśliśmy Harry’ ego  do „Słoniątka”, bo nawet nie był w stanie iść.
 -  No tak -  odparła Doma.
Byłam całkowicie zdezorientowana. Już nie wiedziałam co jest prawdą, a co kłamstwem.
 -  Przepraszam -  powiedziałam i wyszłam z pokoju.
Poszłam do ogrodu. Musiałam po prostu ochłonąć. Usiadłam sobie na pieńku i zaczęłam analizować to, co powiedział Liam. Jeżeli była to prawda, co mówił, to Harry był bez winy. Po za tym, że… pił, ale czy można wierzyć Liam’ owi? Lou bym nie uwierzyła, ale Li? To wszystko przez to pijaństwo Harolda…  Postanowiłam, że muszę się z tym wszystkim przespać.  Usłyszałam kroki za sobą. Odwróciłam się i zobaczyłam mamę.
 -  Mamo. Co ja mam zrobić? Uwierzyć Liam’ owi?
 -  Wygląda na to, że mówi prawdę -  powiedziała.
 -  A co z Harrym i z Zayn’ em? Gdzie oni są? Bali się przyjechać?
 -  Nie. Pojechali z Michałem.
 -  Gdzie?!
 -  Michał załatwił im odwyk, ale wygląda na to, że to będzie bardzo krótki odwyk. Zarzekali się obydwaj, że nie będą pili. Jest warunek taki, że pobędą miesiąc na odwyku i jak zrozumieją, że nie wolno im ani łyka alkoholu, to ich wypuszczą. Zgodzili się bez wahania.
 -  Jak to?! -  Zapytałam zdziwiona.
 -  Powiedziałam im, że nie chcecie ich widzieć, dopóki się nie wyleczą. Jest to warunek, żebyście chciały w ogóle z nimi rozmawiać. Harry się bardzo tym przejął i powiedział, że idzie na odwyk. Zayn poszedł w jego ślady.
 -  Już nic nie rozumiem -  westchnęłam.
 -  Tu nie ma co rozumieć. Oni po prostu was kochają. Harry miał wyrzuty, że cię zdradził. Louis wymyślił sprytną historyjkę, że cię zdradził i że go złapali na tym.
 -  Wierzysz im?
 -  Liam’ owi wierzę -  odpowiedziała mama.
Zrobiło mi się trochę lżej na sercu.
 -  Czy możemy do was przyjść? -  Usłyszałam głos Nialla.
Zaczęłam się zastanawiać ile z tego słyszeli…
- Co podsłuchiwaliście? -  Zapytałam.
 -  Dopiero wszedłem, żeby zapytać się czy możemy do was przyjść, albo wy do nas, bo tu zimno.
Wróciliśmy do domu. W salonie była już Darcy, która siedziała Liam’ owi na kolanach i opowiadała o naszej „wycieczce”. Że pilotowała samolot. Antoś siedział na kolanach u Louisa i wszyscy wyglądali na bardzo szczęśliwych.
 -  Dużo żeście rozpakowały tych rzeczy? -  Zapytała mama.
 -  Właściwie… Jedno pudło…
 -  To zaraz je spakujemy, bo nie zostaniecie tutaj.
 -  A dlaczego? -  Zaprotestowałam.
 -  Właściwie to mam jednego chętnego na ten domek… Pewnie tu zostaniecie, dopóki chłopcy nie wyjdą z odwyku.
 -  No, pewnie zostaniemy… -  popatrzyłam na Dominikę, która kiwnęła potwierdzająco głową.
 -  No dobrze… To co? Mam dzwonić po Stefana?
 -  NIE!!! Tylko nie Stefana! On przecież dopiero przytargał te pudła!
 -  To jedźcie do domu. Weźcie drugi samochód. Niech dwie osoby przyjadą. My w tym czasie spakujemy to, co żeście rozpakowały -  powiedziała mama.
Chłopcy zebrali się i wyszli. Za chwilę usłyszałyśmy, że samochód odjechał.
 -  Mamo, idź do pani Gabrieli. Miałyśmy tutaj zamieszkać, ale sprawy się skomplikowały.
 -  A co? Pani Gabriela była już u ciebie?
 -  TAAAK… i bardzo się ucieszyła, że tu będziemy mieszkać, bo chciała wyjechać ze swoim mężem…
 -  Ach! Zapomniałam ci powiedzieć, że się wydała za mąż. Właściwie to małżeństwo to dzięki wam.
 -  Jak to?!
 -  Bo żeście tutaj wojowali z powodzią… No i wyszło w sumie, żeście ich zeswatali ze sobą…
 -  Jeszcze wyjdzie na to, że to moja wina, że się pobrali! -  Rzuciłam.
 -  A nie? -  Zaczęła się śmiać mama.
 -  No przecież ja ich nie pchałam do ślubu! -  Zdenerwowałam się.
- Ale oni poszli w wasze ślady…
 -  Reklamacji nie przyjmuję  -  powiedziałam -  po za tym z tego, co widzę, pani Gabriela jest szczęśliwa, pan Ziutek chyba też.
 -  ZUTEK!!! -  to Niall, który stanął mi za plecami.
Podskoczyłam przerażona.
 -  Czy ty musisz mnie tak straszyć?!
 -  Tak.
 -  Dlaczego?!
 -  Bo się cieszę, że cię odzyskałem! -  Rzucił mi się  na szyję, podnosząc mnie.
 -  Dobrze, że tu nie ma Eweliny -  powiedziałam.
 -  Musiałem długo pracować nad tym, żeby wybić jej przyjazd do Warszawy.
 -  A co zrobiłeś?
 -  Powiedziałem, że ona ma czekać tam, na Wiśniowej. Powiedziała, że urządzi wielkie przyjęcie, ale wybiłem jej to z głowy i powiedziałem, że Kazik ma pierwszeństwo. Zawiedziona przytaknęła, a po za tym ktoś musiał zostać z dziewczynami na Wiśniowej.
Spakowaliśmy to, co zostało rozpakowane, a Lou wynosił pudła, których nie zdążyłam jeszcze rozpakować.
 -  Ja jestem gotowy! -  Powiedział -  kto jedzie ze mną?
 -  To ja zabiorę Antosia -  powiedziała mama.
 -  Ja teś chcię! -  Powiedziała Darcy.
 -  Dobrze. Pojedziesz z wujkiem Louis’ em,  z babą i Antosiem. To my jedziemy z Niallem -  powiedziałam.
Zapakowaliśmy do końca pudła i zrobiło się ciasno. Dominika siadła z tyłu, ja obok Nialla i pojechaliśmy do domu.
Gdy dotarliśmy, byliśmy pierwsi. Zdziwiło nas to trochę, ale nie przejęliśmy się tym bardzo, ponieważ była tam mama. Wysiedliśmy i zaczęliśmy wnosić pudła. Liam wypadł z domu i również się przyłączył.
 -  Louis już jest? -  Zapytał Niall.
 -  Nie -  odpowiedział mu Liam.
 - To dziwne… Wyjechali przed nami i nie wydaje mi się, żebyśmy ich wyprzedzali -  rzucił Niall wchodząc do domu.
Po dziesięciu minutach zaczęłam się niepokoić. Wyciągnęłam telefon, włączyłam go (co trochę potrwało) … Zanim zadzwoniłam do mamy, musiałam odebrać wszystkie smsy. Nie wiem ile ich było, bo zatkały mi skrzynkę, całkowicie. Postanowiłam, że później je sobie przeczytam. Wybrałam numer mamy.
 -  Gdzie jesteście?
 -  Już podjeżdżamy. Louis pomylił drogi. Tak pomyliłeś! Nie ja!
Rzeczywiście zaraz podjechali.  Gdy wysiedli, zaczęli się kłócić:
 -  Nigdy więcej nie jadę z tobą! -  Zdenerwowała się mama.
 -  Przecież nic nie zrobiłem! -  Próbował się bronić Louis.
 -  No właśnie! Nie powinieneś w ogóle używać tego GPS…
 -  On jest dobry!
 -  Tak… Tak dobry, że zabłądziliśmy!
 -  To nie jego wina!
 -  A niby czyja?!
 -  Moja -  przyznał Lou.
 -  Czemu niby?
 -  No… Bo… Ja… Zapomniałem go ustawić na Mokotów… Było ustawione na drogi w Nowiej Wszy Warsiawskiej…
 - Gdzie? -  Zapytała zdezorientowana mama.
 - Nowej Wsi Warszawskiej -  odpowiedziałam.
 -  Przecież ci mówiłam, że źle jedziemy! To nie chciałeś słuchać! -  Wrzasnęła mama.
Mamy mina była bezcenna. Ja o mało się nie przewróciłam, a gdy chłopcy wypadli zobaczyć co się dzieje i gdy im opowiedziałam dołączyli do mnie pokładając się prawie na ziemi ze śmiechu.
 -  To gdzie w końcu wylądowaliście? -  Wtrąciłam.
 -  W Pruszkowie… On umie tylko zakręcać na rondzie! Tylko w przeciwną stronę! Pod prąd!
Louis się obruszył.
 -  To pomówienia! -  Rzucił spod nosa.
 -  Pokazałam mu znak końca Warszawy, to jechał dalej! Aż do ronda! Kazałam mu zawrócić, no to na rondzie chciał jechać pod prąd!
Weszliśmy już do domu, a Liam z Niallem zbierali się z ziemi.
 -  Jakbyś tak dalej pojechał, to dojechalibyśmy do Grodziska Mazowieckiego! -  Powiedziała w drzwiach.
 -  Gdzie? -  Zapytał Lou.
 -  A nic -  machnęła ręką.
Antoś darł się w niebogłosy, więc podeszłam do mamy i go zabrałam.
 -  No już, cicho bądź, mały. Babunia z wujkiem Louisem wymieniają poglądy na temat jazdy po mieście Warszawa…
Myślałam, że Dominika udusi się ze śmiechu. W salonie siedział Michał.
- Co się stało? -  Podszedł do mamy.
 -  Louis na Mokotów chciał jechać przez Grodzisk Mazowiecki -  wypaliła mama.
- Co?! -  Zdziwił się Michał.
 -  A nie ważne -  machnęła ręką -  i co? Przyjęli ich?
 -  Tak. Stwierdzili, że to jest lekki przypadek i chyba będą dwa tygodnie. Obiecali solennie, że nie uciekną ze szpitala, bo boją się dziewczyn. Megan, nie wiedziałem, że masz taki wpływ na Harolda. Dominika Ty też, na Zayna…
 -  Nie mają się co pokazywać, dopóki się nie wyleczą -  odpowiedziałyśmy równocześnie, po czym spojrzałyśmy na siebie.
Poszłam na górę przebrać Antosia, ale on nadal płakał.
 -  Głodny jesteś? Przecież niedawno jadłeś. Zdenerwowałeś się awanturą, tak?
Przygotowałam szybko picie i je dałam. Kołyska jeszcze była w pudle, więc położyłam go na naszym łóżku. Wypił całą butelkę i za chwilę spał jak zabity. Ktoś zapukał do drzwi.
 -  Proszę -  powiedziałam cicho.
Do pokoju wpadł Niall.
 -  Gdzie… Gdzie ci te pudła wstawiać?
 -  Mów trochę ciszej, bo Antoś śpi.
 -  Antosz? -  Zapytał Niall zdziwiony.
 -  No, Toni -  odparłam.
 -  A, Toni -  zaczął szeptać -  To poczekaj, powiem, chłopakom, żeby byli cicho.

Zamknął za sobą cicho drzwi i za chwilę usłyszałam wielki rumor. Wyszłam szybko na korytarz, ale na górze nikogo nie było. Okazało się, że Niall wpadł na Liama, który szedł z jednym z pudeł i go nie widział, za nim szedł Lou, a jeszcze za nim Mały Joe, jeszcze z jednym pudłem. Wszyscy oczywiście      z wielkim hukiem spadli ze schodów. Michał zaczął ich ratować, ale dzięki Bogu okazało się, że są tylko potłuczeni. W tym wszystkim Lou skręcił kostkę, a Niall nadgarstek. Mama zajęła się bandażowaniem nadgarstka Nialla, bo stwierdziła, że nie wie, co może zabandażować Louisowi.  Mały Joe nie został na szczęście poszkodowany, więc poszedł zrobić herbatę. Mama pokrótce opowiedziała Michałowi o całym przedpołudniu, a Louis z Liamem zaczęli się tłumaczyć z głupiego żartu, który zrobili Hazziemu. Gdy powtórzyli drugi raz to samo, uwierzyłam Liamowi. Dzięki Bogu Darcy była na górze i nie słyszała nic z tych opowieści. 
-  Wiesz, mamo, chyba będę musiała rozpakować te pudła, bo jednak na dwa tygodnie potrzebuję ciuchy i dla mnie i dla dzieciaków -  powiedziałam.
 -  To chodź, pomogę ci. Dominika, ty też się rozpakuj, bo trudno, żebyś całe dwa tygodnie chodziła w jednych ciuchach.





* No i jak? Coś Wam się szczególnie spodobało? Coś Was zaintrygowało? Macie pytania do mnie lub do rozdziału? Piszcie :) Będzie mi NAPRAWDĘ bardzo miło! 

Do @Jade Bowtie: Jesteś na bieżąco, czy na początku? A może oglądasz już Ravenswood? :) xx

                                                                                                          ~Meg



sobota, 4 stycznia 2014

Ogłoszenie Parafialne xx

Drogie moje czytelniczki :) Chciałam Wam po pierwsze życzyć wszystkiego, co najlepsze, spełnienia wszystkich Waszych najskrytszych marzeń. Czego sobie wymarzycie, niech się spełni, uśmiechu i szczęścia na co dzień i oby ten Nowy Rok 2014 był o niebo lepszy niż poprzedni :) Po drugie wiele z Was pytają mnie na Twitterze, o to co z Harrym i Megan. Oczywiście pod postem również pytacie, więc powiem Wam tylko tyle, że Harold naprawdę mocno namiesza... Będą solidne zmiany, więc nie pozostaje Wam nic prócz zastanawiania się, co z nimi będzie. Rozdział pojawi się jutro, oczywiście pod wieczór :)


PS. Czy któraś z Was czyta może serię: "Dary Anioła" albo ogląda "Pretty Little Liars" / "Ravenswood" ? Jeśli tak, to dajcie mi znać na tt: @Chanelle310797 :) albo oczywiście pod postem w komentarzu! :)
                                                                                                          ~Meg



piątek, 20 grudnia 2013

UWAGA, UWAGA Rozdział 93 :)

* Na początek chciałam Was jak najbardziej przeprosić za to, że nie wrzucałam, ale uwierzcie mi naprawdę miałam masę spraw na głowie... A potem byłam chora... Także dzisiaj wrzucam Wam mega długi rozdział (Mam nadzieję, że poczytacie i oczywiście zostawicie coś po sobie... :))  Martwi mnie liczba Waszych komentarzy... Fakt... Komentarze naprawdę inspirują i nawet dwa, czy trzy słowa motywują... Także zachęcam do komentowania ;) Obiecuję, że wrzucę za parę dni, bo jak wszyscy mam wolne :) 
                                                                                              ~Meg


Siedzieliśmy z Harrym wieczorem na tarasie. Była już wiosna i stosunkowo ciepło, jak na maj. Ogród już zrobił się zielony i piękny. Było dzisiaj dwadzieścia pięć stopni. Teraz mogliśmy dopiero odetchnąć, po tej duchocie, która panowała w Chicago. Mama dawno pojechała. Zdążyła jeszcze przyjechać z Michałem na urodziny Darcy, które wypadły w święta, zresztą nie tylko Darcy miała urodziny. Wyprawiony był huczny jubel.
Harry popijał whiskey  -  już drugą szklaneczkę. Dzieci spały. Myślałam o przyszłości. Chłopcy wrócili       z trasy koncertowej po USA.  Harry stał się jakiś dziwny. Tak jakby coś się stało w trakcie tournee.
- O czym myślisz? – Zapytałam.
- Co powiedziałaś? – Odparł.
- O czym myślisz? – Powtórzyłam.
- O niczym – odpowiedział i dopił szklaneczkę do końca.
- Widzę, że coś Cię nurtuje. Stałeś się jakiś obcy. Jakby wrócił ktoś inny do domu. Nie mój mąż.
- Coś Ci się wydaje – odrzekł i wstał, złapał szklaneczkę i wszedł do domu.
Zrobiło mi się niedobrze. Dlaczego unikał tematu tournee. Będę musiała z kimś pogadać. Może z Niallem, może z Liam’ em. Ale muszę wiedzieć co się stało. Harry wrócił na taras z trzecią szklaneczką whiskey.  Zrobiło mi się zimno, więc poszłam do domu po kurtkę. Gdy wróciłam Harry trzymał pustą szklankę i powiedział:
 -  Nalejesz mi?
 -  Myślę, że już Ci wystarczy. Jeśli Ci zimno mogę przynieść Ci kurtkę.
Harry zerwał się z fotela, złapał szklaneczkę i wpadł do domu. Stwierdziłam, że nie będę siedzieć          i patrzeć jak się upija. Weszłam do domu. Harry był w kuchni. Poszłam do sypialni. Zdecydowałam, że pójdę do łóżka i poczytam książkę. Coraz bardziej czułam potrzebę wygadania się, ale Gabriela była zajęta Jay’ em, Danielle Liam ‘em i Jasmine, Eleanor chłopcami małymi i dużym, a Dominika była jakaś „spłoszona” po powrocie. Parę razy zapraszałam Ją do siebie, ale miała bardzo dużo powodów, aby mi odmówić. Wiedziałam, że coś się stało. Coraz bardziej dojrzewałam do rzucenia tego wszystkiego. Harry zaczął bardzo dużo pić i nic nie pomagało. Moje prośby, groźby nic nie dawały.  Gdy upił się pierwszy raz po powrocie, następnego dnia przeprowadziłam z nim rozmowę na ten temat, ale mnie zbył, więc skończyło się na moim monologu, a Harry złapał za szklankę.
Poszłam do łazienki i wzięłam długi prysznic. Gdy wróciłam do pokoju Harry’ ego nie było. Wzięłam książkę  i usiłowałam czytać, ale nic nie rozumiałam z tego, bo w głowie kotłowały mi się myśli. Postanowiłam, że jutro muszę pogadać z Dominiką. Pójdę do niej bez zapowiedzenia się i wyduszę     z Niej co się stało w trasie. Jeśli mi nie powie, pojadę z dziećmi do Warszawy. One też wyczuwały, że się coś zmieniło.  Toni stał się płaczliwy, a Darcy stała się małomówna, co wzbudzało mój niepokój.   W końcu zgasiłam światło i poszłam spać.
Gdy rano się obudziłam, Harry’ ego nie było obok. Usłyszałam płacz Antosia, więc się zerwałam            i pobiegłam do niego.
- Co się stało maluchu? -  Powiedziałam do niego.
Wzięłam go na ręce i przytuliłam do siebie. Przewinęłam go i nakarmiłam. Gdy  usnął, wróciłam        do pokoju. Poszłam się umyć. Ubrałam się i zeszłam na dół. Harry’ ego nigdzie nie było.  Poszłam do kuchni. Wstawiłam czajnik na gazie i przygotowałam sobie kawę.  Zrobiłam tosty na śniadanie. Gdy popatrzyłam na zegarek, zrobiło mi się odwrotnie. Była piąta rano…  Wzięłam sobie jednego tost’a       i przygotowałam kanapkę. Słońce świeciło prosto w okna, więc postanowiłam, że zobaczę, jak jest na dworze. Otworzyłam drzwi i ciepło promieni zachęciło mnie do tego, żeby zjeść śniadanie na tarasie. Zabrałam śniadanie z kuchni i wyszłam na taras. Ptaki śpiewały, a po za tym panowała głucha cisza. Chicago jeszcze nie wstało. Zjadłam śniadanie i zaczęłam się zastanawiać, gdzie jest Harry. Na kanapie go nie zauważyłam. Hamak był pusty. Zaczęłam go szukać. Nie wiedziałam, ile jeszcze wypił i co mógł zrobić. Pobiegłam na basen, ale dzięki Bogu nie było go tam. Zajrzałam do sauny. Też pusto. Wróciłam na parter i metodycznie przeszłam przez wszystkie pokoje. Nie chciałam budzić dzieci, więc go nie wołałam. Zostało jeszcze tylko studio, więc poszłam na górę. Było zamknięte. Najwidoczniej zdecydował, że będzie spał w studiu… Zeszłam na dół do kuchni i zaczęłam się zastanawiać, co zrobię na obiad. Przejrzałam zawartość lodówki i stwierdziłam, że muszę zrobić zakupy.  Postanowiłam pojechać do supermarketu, który był czynny 24h na dobę. Antoś był nakarmiony i przewinięty. Darcy spała, jak zabita, więc przed ósmą na pewno się nie obudzi. Wzięłam pieniądze i torebkę. Zamknęłam cicho drzwi. Wsiadłam do samochodu i pojechałam.  Na ulicach były pustki. Dojechałam bardzo szybko. Pod supermarketem stało parę samochodów. Zaparkowałam, wzięłam wózek i weszłam do środka. Wyciągnęłam listę zakupów  i zaczęłam zbierać produkty do koszyka. W pewnym momencie wyjeżdżałam z jednej z alejek i nie zauważyłam jadącego wózka zza rogu.  Powiedziałam „przepraszam”  i popatrzyłam na poszkodowaną osobę. Jakie było moje zdziwienie, jak za wózkiem zobaczyłam stojącą Dominikę.
 -  Dominika? Co ty tu robisz o tej porze? -  Zapytałam.
 -  A… Nie mogłam spać, więc przyjechałam na zakupy.
 -  To tak, jak ja. Popatrz! Cieszę się, że cię widzę, bo musimy pogadać.
Dominika była bardzo zdenerwowana.
 -  Nie mogę ci nic powiedzieć -  powiedziała.
 -  A co chciałaś mi powiedzieć? -  Zapytałam zdziwiona -  to znaczy,  czego mi nie chcesz powiedzieć? -  Popatrzyłam jej prosto w oczy.
 -  Nie mogę.
 -  A kto ci zabronił?
Dominika zamilkła.
 -  Słuchaj. Wydawało mi się, że jesteśmy przyjaciółkami, a przyjaciółki nie mają przed sobą tajemnic -  powiedziałam.
Widziałam, że Doma wewnątrz siebie toczy wielką wojnę.
 -  Słuchaj. Muszę wiedzieć, co się stało na tourne, bo Harry stał się jakiś obcy, jak nie on. Zaczął strasznie dużo pić, a na moje perswazje pije więcej. Nie wiem, co mam robić… Ty mnie zaczęłaś unikać i wygląda mi na to, że zostało mi tylko wrócić do Warszawy.
 -  No dobrze. Powiem ci, ale musimy gdzieś usiąść -  wydusiła z siebie -  O zobacz. Tu jest kawiarenka. Choć, usiądziemy tam.
Usiadłyśmy przy stoliku, zamówiłyśmy sobie kawę.
 -  Chyba zacznę od początku -  powiedziała -  Jak sama powiedziałaś, Harry zaczął dużo pić. Zaczął pić przed występami, a po występach pił dalej. Wieczorem z Zayn’ em chodzili do klubów, gdzie doprawiali się do końca. Duży Bo przywoził ich w takim stanie, że szkoda gadać. Rozmawiałam z Zayn’ em, ale zupełnie, jak kulą o ścianę. Zagroziłam mu nawet, że go zostawię, ale to nic nie poskutkowało. Przez to jego pijaństwo odechciewa mi się żyć…
 -  Mam to samo -  powiedziałam do niej- Co im się stało?
 -  Sama chciałabym wiedzieć -  odpowiedziała.
 -  Może powinnyśmy zastosować jakąś metodę wstrząsową? Chyba wszystkiego mi nie powiedziałaś… -  popatrzyłam na nią, bo widziałam, że ucieka ze wzrokiem.
 -  Dobrze… Powiem ci wszystko… Nie wiem, jak zacząć… W Nowym Jorku po koncercie siedzieliśmy    w „Słoniątku” i czekaliśmy na Harry’ ego. Długo się nie zjawiał, więc poszłam po niego. Wcześniej mu się też zdarzało, że popijał zaraz po koncercie. Gdy weszłam do jego garderoby, zastałam go z jakąś dziewuchą. Obściskujących się i nawet więcej… Wyszłam trzaskając drzwiami i uciekłam stamtąd. Gdy wróciłam do helikoptera, powiedziałam, że ja Harry’ ego tutaj nie przytargam sama. Liam z Lou pobiegli po niego i właściwie go przynieśli. Był tak wstawiony… Musieli jeszcze zastać u niego tą dziewczynę, bo zaczęli mi się nerwowo przyglądać. Gdy wróciliśmy do hotelu, Liam z Lou kazali mi sobie przysiąc, że nic ci nie powiem i dlatego tak się zachowywałam. Z jednej strony chciałam ci o tym wszystkim powiedzieć, a z drugiej nie chciałam, żebyś cierpiała…
 -  To widzę, że nieźle się Harry zabawiał na tourne -  powiedziałam z przekąsem.
Dotarło do mnie, że mnie zdradzał. Podjęłam od razu decyzję, że zabieram dzieci i wracam do Warszawy.  Dominika patrzyła na mnie i powiedziała:
 -  Wybaczysz mi? Zrobię dla ciebie wszystko.
 -  Tak, oczywiście. Muszę się tylko spakować i jadę do Warszawy.
 -  Pozwolisz, że pojadę z tobą? -  Zapytała z nadzieją w oczach.
 -  Dobrze -  odpowiedziałam i łzy poleciały mi po twarzy -  tylko nie mów nikomu, że jadę do Warszawy.
 -  Ktoś nas jednak będzie musiał odwieźć na lotnisko…
 -  Pojedziemy naszym samochodem. Jak wrócimy do domu, udawaj, że nic się nie stało i nie mów nic Gabrieli. Chłopaki lecą na koncert za parę dni. Może uda się załatwić bilety na ten czas. Bądź przygotowana, żeby się spakować i jedziemy.
Po ustaleniu wszystkiego, wyszłyśmy i pojechałyśmy do domu. Dominika wjechała pierwsza. Ja odczekałam dziesięć minut i podjechałam pod dom. Było za dziesięć siódma i przypuszczałam, że wszyscy jeszcze śpią snem „sprawiedliwych”.  Wyjęłam zakupy i wniosłam je do kuchni. Po zamknięciu drzwi, pochowałam zakupy na swoje miejsce, usiadłam po cichu przy stole i zaczęłam płakać. Gdy się wypłakałam, poszłam do komputera i zaczęłam szukać biletów do Warszawy. Okazało się, że trzy bilety będą za dwa dni. Samolot wylatywał o trzynastej.  Sprawdziłam w grafiku, co będą robili za dwa dni. Wyszło, że będą mieli koncert w Los Angeles. Wszystko było mi na rękę. Wykupiłam bilety i wysłałam sms’ a  do Dominiki, że wszystko załatwione. Za dwa dni lecimy. Sms’ a napisałam po polsku. Dostałam odpowiedź: OKEJ, BĘDĘ GOTOWA. Było wpół do ósmej, gdy wyłączyłam komputer i poszłam na górę do sypialni. Zrobiłam tam porządek. Zajrzałam do szafy. Okazało się, że mam sporo rzeczy. Jak ja mam to spakować? Harry wyjeżdżał jutro, więc postanowiłam, że zorganizuję jakieś pudła. Spakuję i wyślę pocztą. Tym bardziej, że muszę zabrać rzeczy dzieci. Najlepiej by było, żeby Eleanor i Danielle nie widziały, że wyjeżdżam z bagażami, więc postanowiłam, że spakuję paczki w dzień, a w nocy wyślę. Zostawię najpotrzebniejsze rzeczy dla dzieciaków, tak, żeby miały na podróż. Miejsca były w biznes - klasie, więc mogłyśmy podróżować, nawet na leżąco. Po ósmej usłyszałam, że Darcy się zaczęła kręcić po pokoju. Pomogłam jej się ubrać, zrobiłyśmy razem porządek w jej pokoju no i zeszłyśmy na śniadanie.
 -  A gdzie tatuś? -  Zapytała.
 -  Nagrywa w studiu.
 -  To ja pójdę do tatusia.
 -  Nie, nie przeszkadzaj tacie. Zjesz śniadanko. Co sobie życzysz?
 -  Płatki.
Przygotowałam płatki i postawiłam przed nią miskę.
- Co ci się śniło?
 -  Śniło mi się, zie pojechaliśmy na wakacje.
 -  Nie zie, tylko że -  poprawiłam ją -  No pewnie gdzieś pojedziemy, ale jeszcze nie zdecydowaliśmy, gdzie pojedziemy i kiedy -  powiedziałam.
 -  A cio dziś będziemy robić? -  Zapytała.
 -  A jeszcze nie wiem. Muszę ugotować obiad. Jak będziesz chciała, to możesz mi pomóc. Trzeba zrobić pranie i może poprasuję.
 -  Dobzie, a cio robimy na obiad?
 -  A na co masz ochotę?
 -  Na śchabowe!
 -  Nie śchabowe, tylko schabowe. Dobrze. Zaraz wyjmę mięsko.
W zamrażalce miałam jeszcze kapustę zasmażaną, którą zrobiła mama, więc wyjęłam ją razem             z mięsem.
Darcy dosyć szybko zjadła płatki.
 -  Juś -  powiedziała, gdy skończyła.
 -  Nie juś, tylko już -  poprawiłam.
 -  To cio mam robić?
 -  Musimy poczekać, aż się rozmrozi mięso. Możemy zrobić zupę, jak chcesz.
Kupiłam akurat wołowe, więc postanowiłam ugotować jakąś zupę. Wyjęłam mięso i umyłam.
 -  Wyjmij włoszczyznę. Będziesz myła, a ja obierała. Najpierw ty umyjesz, a ja później obiorę.
 -  Dobzie -  podała mi włoszczyznę, a ja sobie uświadomiłam, że nie mam „krzykacza”.
 -  Czy możesz mi przynieść z góry „krzykacza”?
 -  Dobzie -  powiedziała i pobiegła na górę.
Gdy wróciła, włączyłam go. Panowała cisza. Uspokoiłam się trochę i zabrałam się za obieranie warzyw.
 -  Wyciągnij ten garnek, w którym zwykle mama gotuje zupę.
Darcy otworzyła szafkę i wyciągnęła garnek, o który prosiłam. Umyła warzywa. Ja nalałam wody do garnka i postawiłam na gazie. Gdy woda się zagotowała, wrzuciłyśmy mięso, posoliłyśmy i przykryłam pokrywką.
 -  A waziwa?
 -  Warzywa wrzucimy później, bo się krócej gotują.
 -  A źlobimy siałatkę?
 -  Możemy zrobić.
Darcy była bardzo podekscytowana. Około jedenastej, w kuchni pojawił się Harry. Powiedział „Dzień dobry” i zaczął sobie robić kawę.
 -  Cioś naglałeś? -  Zapytała Darcy.
Harry popatrzył na mnie ze zdziwioną miną.
 -  Twoja córka się pyta, czy coś nagrałeś -  powiedziałam obojętnie.
 -  Próbowałem -  odpowiedział.
 -  To puściś mi?
 -  Nie teraz -  odburknął.
Darcy zamilkła. Widziałam, że straciła humor. W tym momencie krzykacz zaczął płakać, więc umyłam szybko ręce i poszłam na górę. Darcy podreptała za mną. Antoś leżał i zanosił się płaczem.
 -  Już jestem Antku  -  gdy usłyszał mój głos, ucichł i zaczął coś gaworzyć.
Wzięłam go na ręce i mocno przytuliłam. Wymieniłam pieluchę i zabrałam go na dół.  Gdy schodziłyśmy po schodach, Harry wychodził. Mruknął coś, że idzie do Zayna. Wrócił przed samym wyjazdem.  Niestety poczułam od niego alkohol. Popatrzyłam na niego znacząco, ale omijał mój wzrok i udawał, że nie widzi.
 -  Tatuś będzie jadł obiad? -  Zapytała Darcy.
 -  Nie, już nie zdążę -  powiedział.
- Ale ja gotowałam ziupę!
 -  Na pewno pyszną, ale nie będę jadł.
Darcy była niepocieszona.
 -  Będzie więcej dla nas -  powiedziałam śmiejąc się do niej -  bo zupa wyszła rzeczywiście pyszna.
Harry wyszedł z domu mówiąc „Do widzenia”.
Darcy była bardzo smutna.
 -  Będziemy miały zupkę na jutro -  powiedziałam pocieszając ją -  a teraz mama zaplanowała wakacje dla nas. Będziemy się zaraz pakować.
Darcy rozbłysły oczy i wyglądało to teraz, jakby miała dwa guziki.
 -  A gdzie jedziemy?
 -  Niespodzianka. Nie wolno nikomu nic mówić, bo to nasza słodka tajemnica.
Poszłam do schowka, wyciągnęłam kartony i zaniosłam dwa do Darcy, dwa do mnie i jeden do Antosia. Tosiek leżał w łóżeczku i fikał nóżkami.  Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się. Podeszłam do niego, wzięłam go na ręce, wycałowałam, odszukałam grzechotkę, położyłam z powrotem do łóżeczka i dałam mu zabawkę. Natychmiast zaczął grzechotać, głośno się śmiejąc. Rozłożyłam pudło    i zaczęłam pakować rzeczy Antosia.  Jedną paczkę pampersów zostawiłam na wierzchu. Wszystkie pozostałe spakowałam. Po dwóch godzinach były spakowane dzieci. Akurat była pora obiadu, więc zeszłyśmy na obiad, który wcześniej odgrzałam. Po obiedzie Darcy była bardzo zmęczona, więc powiedziałam jej, żeby poszła spać, na co chętnie się zgodziła. Poszłam do siebie. Otworzyłam szafę    i zaczęłam wyciągać rzeczy. Gdy wyciągnęłam bieliznę, zobaczyłam na wierzchu prezent, który dostałam od Harry’ ego na Walentynki.
 -  Tego to nie wezmę -  stwierdziłam -  a właściwie nie wezmę żadnych rzeczy, które dostałam od niego. No… Może wezmę biżuterię.
Po selekcjonowałam rzeczy i okazało się, że moich nie jest zbyt dużo. Odłożyłam to, w co miałam zamiar się ubrać jutro. Spakowałam rzeczy do plecaka. Przejrzałam jeszcze raz pozostałe rzeczy.
 -  Tak. Zabrałam wszystko. Najbardziej mi będzie żal szlafroczka, który będę musiała zostawić… -  powiedziałam pod nosem.
Poszłam  do Antosia, bo gdybym została dłużej w pokoju, zaczęłabym płakać, a tego nie chciałam. Zadzwonił telefon.
 -  Spakowałaś się już? Może ci w czymś pomóc? -  Usłyszałam głos Dominiki.
 -  Nie, już mam wszystko przygotowane, ale jak chcesz, to wpadnij.
Po paru minutach Doma była już u mnie.
 -  Wiesz, zastanawiam się, czy nie powinnam opakować tych pudeł jakimś papierem…
 -  No to jak chcesz, mogę pojechać po papier.
 -  A ty masz spakowane pudła?
 -  No, już się spakowałam. Po za tym mogę poprosić Gabrielę, żeby przechowała mi pewne rzeczy.       Z nią się przecież będę widywać.
 -  Dobrze. To jeśli mogłabyś pojechać po ten papier…
 -  To ile tego papieru potrzebujesz? -  Przerwała mi.
 -  Choć, zobacz, jakie to są pudła, żebyś wiedziała.
Gdy Dominika zobaczyła wszystkie pudła, złapała się za głowę.
 -  Przecież ty majątek zapłacisz za wysyłkę! -  Powiedziała.
 -  Najwyżej prześlę rachunek Haroldowi.
 -  Gorzej, jak on nie zaakceptuje… -  uświadomiła mnie.
 -  Na razie, to nie ma nic do gadania. Jest za późno do gadania. Mógł przyjść i powiedzieć, co się wydarzyło -  powiedziałam poważnie.
- Ale przecież on cię znajdzie w Warszawie.
 -  Może znajdzie, może nie znajdzie -  powiedziałam tajemniczo.
- Co ty kombinujesz?
 -  Dobra. Pogadamy w samolocie. Jedź teraz, bo ja muszę jeszcze wziąć kuriera. Pomożesz mi spakować te paczki.
Doma poszła do samochodu i wyjechała gdzieś… Zadzwonił telefon.
 -  Słuchaj, nie jedziesz na zakupy? Może byś podrzuciła dzieci do Kazika. Danielle jedzie ze mną. Może pojedziemy wspólnie, jak za starych dobrych czasów? -  Usłyszałam głos Eleanor.
 -  Wiesz, słuchaj. Niestety nie mogę, bo  muszę pozałatwiać jeszcze parę spraw…
 -  To następnym razem -  rzuciła Ellie, która się zaraz rozłączyła.
Jeżeli one wyjeżdżają na zakupy, to jeśli Doma się spręży z zakupem papieru, to może załatwię wcześniej tego kuriera? Nie będę musiała dźwigać paczek na pocztę… Postanowiłam zadzwonić do kuriera. Wyszukałam numer i zadzwoniłam.
 -  Dzień dobry -  powiedziałam, gdy usłyszałam męskie „Halo” – chciałabym nadać kilka paczek do Polski. Jest ich sześć i chciałabym się dowiedzieć, ile mnie to będzie kosztować. Po drugiej stronie zapanowała cisza i po chwili usłyszałam:
 -  150 $
 -  A kiedy moglibyście państwo zabrać te paczki?
 -  No… Jeszcze dzisiaj.
 -  To ja zadzwonię jeszcze, bo jestem w trakcie pakowania.
- Ale ja mogę przyjąć zamówienie na porę, którą pani sobie życzy -  usłyszałam.
 -  Dobrze. Niech będzie za dwie godziny -  zdecydowałam. Podałam adres i się rozłączyłam.
Po piętnastu minutach wróciła Doma.
 -  Jak to cudownie, żeś się sprężyła.
 -  A co się stało?
 -  Zamówiłam kuriera.
 -  No czyś ty na głowę upadła?! Tyle pieniędzy na to pójdzie!
 -  Musiałybyśmy wszystko zataszczyć na pocztę. Widzisz ile tego jest i jakie to ciężkie. Niech taszczą chłopy. Przynieś swoje rzeczy, bo kurier podjedzie do mnie.
- Ale ja nie będę…
 -  Nie wygłupiaj się! Przynieś -  przerwałam jej.
 -  A co z dziewczynami? Jak zobaczą?
 -  Ellie z Danielle pojechały na zakupy, a Gabriela przecież pojechała gdzieś z Jay’ em. Machali mi dzisiaj. Także, po za Kazikiem i dzieciakami nikogo nie ma.
Dominika jak nie pyszna poszła do siebie. Ja staszczyłam paczki na dół. Przy paczkach dzieciaków, o mało nie dostałam przepukliny. Takie były ciężkie… Gdy staszczyłam ostatnie pudło do drzwi zadzwoniła Doma.
 -  Zobacz. Ja mam takie nie duże pudło – pokazała  na swoją paczkę.
 -  No ale ty jesteś tu krócej, niż ja. Po za tym jesteś sama, ja mam dwójkę dzieciaków… -  przypomniałam jej -  trzy pudła to są dzieciaków. I to te najcięższe. Dzięki Bogu nie muszę zabierać żadnej wanieneczki, czy wózka, bo to wszystko jest w Warszawie. Jak byliśmy we trójkę w Warszawie, Harry kupił wszystkie potrzebne rzeczy.
 -  Mam nadzieję, że mama nie wyrzuciła tych rzeczy… -  rzuciła Doma.
 -  Może mama to by wyrzuciła, ale Mały Joe wszystko chowa do graciarni, bo „ może się przydać” -  zacytowałam Małego Joe.
 -  A rodzice będą? -  Zapytała zaniepokojona Dominika.
 -  Wiesz, nie słyszałam, żeby się mieli gdzieś wybierać…
Opakowałyśmy papierem pudła i zaczęłam się zastanawiać, gdzie je zaadresować… Czy na Mokotów, czy na Żoliborz… doszłam jednak do wniosku, że paczka może przyjść na Mokotów, bo nie wiem, czy nasz domek nie jest wynajęty. Mama się nosiła z takim zamiarem, więc nie wiedziałam, czy w końcu nie wynajęła. Gdy skończyłyśmy pakować, zaproponowałam Domie herbatę. Gdy ją zaparzyłam           i postawiłam na stoliczku w salonie zadzwonił ktoś domofonem. Okazało się, że był to kurier. Wpuściłam go i po chwili wyszłam, machając na kierowcę. Podjechał do nas i wszedł do domu. Gdy zobaczył paczki, złapał się za głowę.
 -  Czy pani się przeprowadza?!
- Coś w tym rodzaju…
Obkleił paczki, wydał mi pokwitowanie, zapłaciłam i odjechał.
 -  No, to już w większości jesteśmy przeprowadzone -  powiedziałam do Dominiki.
 - Ale obiecaj mi, że mnie nie zostawisz w Warszawie samej -  powiedziała Doma.
 -  No, czyś Ty na głowę upadła?! Przecież na Mokotowie jest duża chałupa, a jeżeli Żoliborz nie jest wynajęty, to zamieszkamy tam.
 -  Super.
Zadzwonił telefon Dominiki.
 -  Halo? -  Odebrała -  Tak, to ja. Jesteś trzeźwy? Niemożliwe! Naprawdę?! Żadnego piwka? To znaczy, że jesteś pijany. No to dowidzenia.
 -  I co? -  Zapytałam, gdy się rozłączyła.
 -  Pięć piw… Nie będę z nim w takim stanie rozmawiała -  zdenerwowała się -  w ogóle nie mam z nim chęci rozmawiać…
Za chwilę ponownie zadzwonił telefon.
 -  Znowu dzwoni… -  zaklęła pod nosem.
 -  To nie odbieraj.
Odrzuciła połączenie. Za chwilę ponownie zadzwoniła komórka Domy.
 -  O… To Harry -  powiedziała zerkając na wyświetlacz.
 -  Odbierz. Zobaczymy, co ma do powiedzenia -  powiedziałam.
 -  Halo? -  Odebrała -  Cześć Harry. Co mówisz? Bo nie rozumiem. To wytrzeźwiej -  rozłączyła się  -  dobrze, że nie słyszałaś w jaki sposób mówił.
 Ponieważ komórka Domy znów zaczęła dzwonić wyłączyła ją. Wypiłyśmy herbatę. Usłyszałam, że Antoś się obudził i płakał, więc pobiegłam do niego na górę. Szybko go przewinęłam i zeszłam na dół. Po niedługim czasie z góry zeszła Darcy.
 -  Ciocia! -  Rzuciła się na Dominikę.
Zdążyłam uprzedzić Dominikę, że nie wolno nic mówić na temat wyjazdu. Gdzie jedziemy i na jak długi czas. Przyrzekła, że nic nie powie. Zrobiła się pora kolacji.
 -  Zjesz zupy, którą Darcy ugotowała? -  Zapytałam Domy.
 -  Darcy ugotowała sama zupę? -  Zapytała zszokowana.
 -  Tak, sama -  powiedziałam mrugając do Domy.
 -  A jaka to zupa?
 -  Pomidolowa! -  Powiedziała dumnie Darcy.
 -  No, to chętnie zjem.
 -  To zaraz zgrzeję. Darcy też będziesz jadła?
 -  Tak.
Poszłam do kuchni. Usłyszałam, że dzwoni moja komórka. Poszłam zobaczyć, kto. Na wyświetlaczu było napisane: HAZZA Odebrałam.
 -  Halo -  usłyszałam jakiś bełkot z jego strony -  Halo? Z kim rozmawiam?
Zapanowała cisza. Po chwili znów zapanowały jakieś pomrukiwania.
 -  Chyba jakaś pomyłka. Jakiś pijak się do mnie dodzwonił -  powiedziałam specjalnie głośno do Dominiki, po czym się rozłączyłam.
Zjadłyśmy kolację, nakarmiłam Tosia. Doma pomogła mi go wykąpać. Położyłyśmy go spać, gdy znowu zadzwoniła komórka. Na wyświetlaczu był Liam.
 -  Ciekawa jestem, czy on też jest pijany -  powiedziałam do Dominiki, pokazując, kto dzwoni
 -  Halo -  odebrałam.
 -  Cześć Megan -  usłyszałam głos trzeźwego Liama- Co u was słychać?
 -  Wszystko w porządku, a co się stało, że dzwonisz?
 -  Mamy kłopot z Harrym i Zayn’ em.
- Co? Pijani są? -  Zapytałam.
 -  A skąd wiesz?
 -  Bo wydzwaniają tu obydwaj, a się dogadać z nimi nie można. Uświadom Harry’ emu, że w takim stanie ma do mnie nie dzwonić. Jak chce ze mną porozmawiać, to niech będzie trzeźwy. Zayn pewnie tak samo… -  spojrzałam na Dominikę, która kiwała głową na „TAK”.
 -  To dzwonili do was? -  Zdziwił się.
 -  Niestety tak. Może zabierzcie im telefony, żeby nie wydzwaniali do różnych ludzi w takim stanie, bo nie wiadomo, co im przyjdzie do łba i gdzie oni zadzwonią. Nie życzę sobie, żeby Harry dzwonił do mojej mamy.
W słuchawce zapanowała cisza.
 -  Dobrze. Zabiorę im komórki -  usłyszałam.
 -  A co u was? Jak tam dolecieliście?
 -  W porządku, oprócz tego, że Harry z Zayn’ em pili na umór -  westchnął -  dobra. Nie będę ci przeszkadzał. Muszę zadziałać i położyć ich spać. To cześć.
 -  Hej -  powiedziałam i się rozłączyłam.
Za chwilę ponownie zadzwoniła komórka, na której się wyświetlało: Hazza Ale już nie odebrałam. Więcej telefonów nie było. Ktoś zadzwonił do drzwi.
 -  Dominika, cicho teraz. Przyszłaś na ploty  -  rzuciłam cicho.
Gdy otworzyłam, okazało się, że za drzwiami stała Gabriela.
 -  Nie wiesz, gdzie jest Dominika?
 -  A jest u mnie. Na ploty przyszła.
 -  A, bo się zamartwiałam, gdzie ona się podziewa…
 -  Choć. Napijesz się czegoś?
 -  Nie, muszę wracać, bo muszę zrobić jeszcze kolację.
Dominika wyszła razem z Gabrielą, a ja poszłam na górę, sprawdzić, co się dzieje z dzieciakami. Toni słodko spał, a Darcy otworzyła oczy, gdy weszłam do pokoju.
 -  Czemu nie śpisz? -  Zapytałam.
 -  Cioś mi się psiśniło.
 -  A co takiego ci się przyśniło, że się obudziłaś? -  Powiedziałam siadając na skraju łóżka.
 -  Ktoś mnie gonił, a ja tak uciekałam, uciekałam, aż się przewróciłam i się obudziłam.
 -  A gdzie jest Pani Hrabina? Czemu nie śpi z tobą?
 -  Pani Hrabina jest tam -  pokazała.
Łoś siedział w kącie.
 -  A dlaczego Pani Hrabina siedzi w kącie?
 -  Bo była niegziećna! Nie ciała mi powiedzieć bajki! -  Naskarżyła.
 -  To może przyniosę ci Panią Hrabinę, żebyś mogła spać? Ona cię będzie bronić.
 -  Dobzie -  zdecydowała się.
 -  Nie dobzie, tylko dobrze -  poprawiłam ją odruchowo.
Podałam jej łosia. Przytuliła się do niej. Zamknęła oczy i powiedziała tylko:
 -  Tak.
Pocałowałam ją na dobranoc, zgasiłam światło i zamknęłam za sobą drzwi. Zeszłam na dół i obeszłam cały dom, żegnając się z nim. Jeszcze parę łez spływało mi po policzku, ale postanowiłam się wziąć     w garść i jakoś sobie radzić.  Zdecydowałam, że idę spać. Na następny dzień tak, jak zaplanowałyśmy, zrobiłyśmy. Spotkałyśmy Danielle, która też wychodziła. Szła do Ellie.
 -  A gdzie idziecie?
 -  Idziemy do zoo z dzieciakami -  powiedziałam.
 -  To miłego wypadu! -  Odkrzyknęła i poszła do Eleanor.
Zamknęłam drzwi. Jeszcze przed samym wyjściem z domu, zdjęłam obrączkę z palca i położyłam ją na stoliku w salonie. Na samym środku. Tak, żeby Harry zobaczył, jak wejdzie.
Lot bardzo nam się dłużył. Stewardessy były bardzo miłe. Pomagały nam przy dzieciach. Darcy nawet była w kabinie pilotów. Była z tego powodu bardzo dumna. Na lotnisku już się zorientowała, że lecimy do Warszawy, więc wszystkim opowiadała, że jedzie do Baby. Wreszcie była bardzo zmęczona, więc położyłam ją spać i mogłyśmy spokojnie pogadać z Dominiką. Trochę pospałyśmy, trochę pogadałyśmy i jakoś te osiem godzin nam minęło.
Gdy wyszłyśmy z lotniska, wsiadłyśmy w taksówkę i pojechałyśmy na Mokotów. Drzwi otworzył nam Mały Joe. Był bardzo zszokowany. Stanął jak wryty i nic nie potrafił powiedzieć.
 - Witaj,  możemy wejść? -  Zapytałam.
Mały Joe się cofnął i powiedział:
 -  A co wy tu robicie?! Wszyscy jesteście?
 -  Nie, tylko my.
Rzucił się nam na szyję. Złapał Toniego.
 -  Rozbierajcie się! Mama wyszła, ale za chwilę przyjdzie.
 -  Wszyscy zdrowi? -  Zapytałam.
 -  Tak, jak najbardziej! Gdzie wasze bagaże?
 -  Przyjadą kurierem -  powiedziała Doma.
 -  Jak to kurierem? -  Zdziwił się.
 -  No, bo nie dałabym sobie rady z Tonim, Darcy i jeszcze z bagażami… Mam prośbę do ciebie. Jakby ktoś dzwonił tu z Chicago, to ty nas nie widziałeś. Wątpię, czy będą nas tu szukać, ale gdyby co, to uprzedzam.
Mały Joe się skrzywił.
- Co się stało? -  Zapytał.
 -  Terapia wstrząsowa dla Harolda -  powiedziałam.
 -  I dla Zayna -  dodała Doma.
 -  Tak narozrabiali?
 -  Mocno… Ale nie chcę tego opowiadać dwa razy, więc opowiem, jak mama przyjdzie -  powiedziałam.
 -  Jadłyście coś!? Może głodne jesteście?
 -  Na kolacje nie pogardzimy.
W tym momencie drzwi się otworzyły i do domu weszła mama.
 -  Jezus Maria?! Co się stało?! -  Powitała mnie.
 -  Ani nie Jezus, ani nie Maria. Niezłe przywitanie, mamo -  powiedziałam.
Mama się rzuciła na mnie, a potem na Domę.
 -  Przyjechaliście wszyscy?
 -  Nie, tylko my dwie -  powiedziała Dominika.
 -  Kiedy przyjechałyście?! Dlaczego nic nie wiem, że przylatujecie?!
 -  Chciałyśmy ci zrobić niespodziankę -  rzuciłam.
 -  Dobrze, że mamy coś do jedzenia.
 -  Przy Małym Joe, coś zawsze się znajdzie.
 -  A gdzie Michał? -  Zapytałam.
 -  W pracy, jak zwykle… -  westchnęła mama.
 -  To możemy sobie urządzić sabat czarownic -  powiedziałam -  oj, przepraszam. Jest tu jeden mężczyzna.
W krótkim czasie siedzieliśmy wszyscy w jadalni. Z Dominiką zdążyłyśmy się odświeżyć. Darcy była też już wykąpana, tak samo, jak Toni, który cały szczęśliwy siedział u mamy na kolanach. Darcy przy mamie na krzesełku. Mały Joe również siedział przy stole.  Po zjedzonej kolacji, dzieci położyłam spać, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Mały Joe pobiegł otworzyć. Okazało się,  że to kurier. Gdy wniósł paczki, mamie zrzedła mina.
 -  Jezus Maria?! Czy ty się przeprowadziłaś?!
 -  Tak -  powiedziałam poważnie.
 -  A czy Harry o tym wie?!
 -  Nie. Może już wie -  popatrzyłam na zegarek, którego nie zdążyłam jeszcze przestawić. Może już zdążyli wrócić, ale nie byłabym tego taka pewna -  Mam pytanie. Czy ty wynajęłaś Żoliborz?
 -  Jeszcze nie… A czemu pytasz?
 -  Bo może byśmy tam zamieszkały z Dominiką.
- Ale przecież możecie zamieszkać tutaj.
 -  Nie, bo Harry będzie mnie prawdopodobnie tutaj szukał, jak się dowie, że go zostawiłam.
 -  A co się stało?! -  Zapytała zdenerwowana mama.
 -  Jego pijaństwo się pogłębiło, a do tego jeszcze wyszło, że mnie zdradzał…
 -  HARRY?! -  Zdziwiła się mama.
Dominika kiwnęła głową potwierdzając to i opowiedziała, co się działo po koncercie w garderobie. Mama była jeszcze bardziej zszokowana.
 -  Napijecie się czegoś?! -  Zapytał Mały Joe, przerywając krępującą ciszę -  bo ja, to sobie muszę chlapnąć… Jakoś mi się nie mieści to w głowie, co powiedziałaś.
 -  Gdyby Doma tego nie widziała, to bym nie uwierzyła, ale stał się jakiś dziwny, obcy… Chciałam wyjaśnić sprawę, co się stało, ale unikał tego tematu i zbywał mnie byle czym. Dowiedziałam się od Dominiki. Dopiero, gdy ją przyparłam do muru, bo ją też zastraszyli z Zayn’ em. Zayn zresztą też zaczął pić i razem z Harrym upijają się non stop i dlatego zdecydowałyśmy się wrócić do Warszawy.
 -  Może i dobrze zrobiłaś -  powiedziała mama chwilę później.
 -  Tylko proszę cię. Gdyby dzwonił Harry, to ty nie wiesz, gdzie ja jestem.
 -  Zdaje się, że ja sobie z nim porozmawiam… -  powiedziała surowo mama.
 -  Nie, bo przyjedzie i będzie urządzał tutaj dzikie awantury.
 -  Kiedyś z nim będziesz musiała porozmawiać…
 -  Na pewno nie będę z nim rozmawiać, dopóki nie pójdzie na odwyk -  powiedziałam twardo.
Mały Joe dał nam po kieliszku i zrobiło nam się trochę lepiej. Była pierwsza, gdy poszliśmy spać. Mama zabrała Antosia do siebie, Darcy była już tam położona, bo nie chciała słyszeć, że nie będzie spać z babą. Poszłam do mojego pokoju, ale nie mogłam zasnąć. Postanowiłam, że nie będę włączała komórki, bo na pewno Harry będzie do mnie wydzwaniał. Na następny dzień przeniesiemy się na Żoliborz… Ten pokój miał za dużo wspomnień, które za bardzo bolały…  Zasnęłam koło trzeciej i obudziłam się na następny dzień po dwunastej. Gdy zeszłam na dół, w salonie siedział Michał i coś czytał.
 -  Witaj Megan -  powiedział spokojnie -  jak się miewasz?
 -  Nienajlepiej, ale to przejdzie -  powiedziałam.
 -  Mama mi wszystko powiedziała. Harry już dzwonił do mamy.
 -  I co? -  Zapytałam.
 -  Z tego, co mama mówiła, zdawał się być trzeźwy…
 -  Już wytrzeźwiał?! A co mu mama powiedziała?
 -  Na razie nic. Dzwonili już wszyscy z całej ferajny. Danielle, Gabriela, Ellie, Niall z Eweliną, Zayn, Liam no i Louis…
 -  Niech się pomartwią -  powiedziałam -  a Dominika już wstała?
 -  Chyba jeszcze nie, bo na dole jej nie było.
 -  A gdzie mama?
 -  Z dziećmi. Pojechała do Łazienek. Jest taka piękna pogoda, że szkoda jej nie wykorzystać. Jak się miewasz? -  Zapytał i popatrzył mi prosto w oczy.
Poczułam, że dłużej nie wytrzymam… Łzy poleciały  mi ciurkiem.
 -  Dlaczego on jest taki głupi? -  Zapytałam przez łzy.
Michał podszedł do mnie i mnie przytulił.
 -  Uspokój się -  powiedział głosem opiekuńczym, ale to nic nie pomagało.
 Rozkleiłam się jeszcze bardziej. Dostałam jakiejś histerii. Na to wszystko zeszła Dominika.
 -  Uspokój się -  powiedział Michał -  wszystko się ułoży.
 -  PO TYM, CO MI ZROBIŁ, NIE CHCĘ GO WIDZIEĆ!
 -  Poczekaj, dam ci jakąś tabletkę na uspokojenie, bo przecież… -  urwał i poszedł do swojego pokoju -  nie możesz być w takim stanie, jak wróci mama z dziećmi.
Za chwilę przyszedł z jakąś tabletką, którą wsunął mi do ręki.
 -  Masz. Zaraz ci dam wodę.
Popatrzyłam na Dominikę, a ona też zaczęła szlochać.
 -  Widzisz?! Takie mamy szczęście! Musiałyśmy trafić na takich pijaków! Cholerni gwiazdorzy! -  Powiedziała zanosząc się płaczem.
 -  Zaraz przyniosę drugą tabletkę -  westchnął, Michał.
Z kuchni wyjrzał Mały Joe.
 -  Dwie szklanki wody, poproszę! -  Powiedział Michał do Małego Joe.
Za chwilę obie w rękach trzymałyśmy po szklance wody.
 -  No to na trzy, bierzecie obydwie -  zadecydował Michał.
 -  A… Ale…
 -  Nie. Na trzy bierzecie. Raz… -  nie zdążył powiedzieć „Dwa”, gdy każda z nas wzięła po swojej tabletce.
 -  Ślicznie -  skomentował -  tak trzymać. Musicie mnie słuchać.
W tym momencie zadzwonił domowy. Michał odebrał.
 -  Halo -  widziałam, że się trochę zmieszał i popatrzył na mnie.
Pokiwałam głową na „NIE”.
 -  Witaj Harold. Powiedziałem ci, że jej tu nie ma. Jak chcesz, możesz przyjechać i sprawdzić. Proszę bardzo. Drzwi otwarte. Nie wiem dokąd pojechały. Nie miałem z nimi kontaktu. Nie dzwoń do mamy, bo mama się bardzo martwi. Nie, nie dzwoniła. Jak zadzwoni, damy ci znać. Powiedz mi, co żeś wykombinował, że ona uciekła? Kiedy będziesz? Jutro? Dobrze, przyjadę po ciebie na lotnisko. A jak tam sprawy z alkoholem? Nie pijesz już od dwóch dni? Yhm… Musisz się chyba zacząć leczyć. Pogadamy, jak przyjedziesz. Sam przylecisz? A to, przylecicie wszyscy?! Wasza piątka, dobrze. Przygotujemy się na wasze przybycie. No jak to?! Przecież trzeba przygotować coś do jedzenia. Jak Niall będzie, to trzeba przecież coś więcej. Tak, wszystko mu powiem. A ty nie miałeś żadnych znaków? Aha. Znaleźliście samochód -  popatrzył na mnie znacząco -  gdzie? Na lotnisku? Aha, stąd przypuszczasz, że gdzieś poleciały. Może się dowiedz w Londynie. Nie zadzwonisz do mamy? No tak też bym na twoim miejscu do niej nie zadzwonił. Dobrze, to jutro będę na ciebie czekał na lotnisku -  rozłączył się -  słyszałaś?
 -  A nie mogłeś go jakiś zniechęcić do przylotu?
 -  Nie. Musi na własne oczy zobaczyć, że ciebie tu nie ma.
 -  No to chyba będziemy musiały się przenieść na Żoliborz… Pomożesz nam? -  Zapytałam -  nie mam siły już…
- Ależ oczywiście -  odparł odkładając telefon na bazę.
Michał wziął telefon i gdzieś zadzwonił.
 -  Cześć. Mówi Michał. Czy ty masz jeszcze tego Wana? To super. Pomógłbyś mi przewieźć parę rzeczy? No, Nie. Do samochodu się nie zmieści… Możesz dzisiaj to  przewieźć? Tak. Dobrze. Czekam na ciebie -  rozłączył się  -  załatwione. Mama mi mówiła, że chcecie zamieszkać na Żoliborzu. W takich okolicznościach lepiej będzie, jak się wyniesiecie na Żoliborz.
  Po godzinie przyjechał dobrze mi znany Stefan. Stanął jak wryty, gdy mnie zobaczył.
 -  A ty co tu robisz?! -  Zdziwił się.
 -  No… Troszkę się przeniosłam -  odparłam zimno się uśmiechając.
 -  To gdzie te rzeczy do przewiezienia? -  Zapytał rozglądając się za pudłami.
 -  Tu stoją -  pokazał Michał.
 -  Matko Najświętsza! Przeniosłaś się do Warszawy?!  -  Aż krzyknął.
- Coś w tym rodzaju… -  odpowiedziałam drapiąc się po głowie- Ale nie pytaj, co, gdzie i jak.
 -  Nawet nie śmiałbym.
Wszyscy trzej panowie złapali paczki i zaczęli pakować rzeczy do Wana, który stał przed domem.
 -  Wy zostańcie tutaj. Zawiozę was wieczorem.
 -  Może ja pojadę? -  Zapytał Mały Joe.
 -  Postawimy wam to wszystko na środku. Będziecie miały jutro czas na rozpakowanie tego wszystkiego. Niedługo wrócę. Wy tu zostańcie. Najlepiej będzie, jak się położycie i prześpicie. Nie odbierajcie telefonów.
 -  Nawet nie mamy zamiaru -  powiedziała Dominika.
Panowie pojechali, a myśmy zostały. W pewnym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Co robimy? -  Szepnęła Dominika -  może to mama z dzieciakami?
Podeszłam do drzwi i usłyszałam paplaninę Darcy.
 -  To mama -  powiedziałam i otworzyłam drzwi.
 -  Gdzie Michał? -  Zapytała mama wchodząc do domu.
 -  Zaraz ci wszystko wytłumaczę.
 -  Darcy, leć na górę i zrób siusiu -  powiedziała mama -  już tak w samochodzie nadawała, że musi do toalety, że aż mnie głowa zaczęła boleć.
Darcy grzecznie poszła na górę, a ja szybko opowiedziałam:
 -  Dzwonił Harry. Przyjeżdża jutro.
 -  Rozmawiałaś z nim? -  Wytrzeszczyła oczy.
 -  Nie, Michał.
 -  Zdradził, że jesteście tutaj?
 -  Nie, nic nie powiedział. Krył mnie, jak mógł. Właśnie ze Stefanem i Małym Joe wiozą nasze rzeczy na Żoliborz.
Mama wlepiła we mnie wzrok.
- Ale wiesz, że będziesz się musiała z nim spotkać?
 -  Jeszcze nie -  odpowiedziałam.
 -  Pomyśl jednak nad tym, bo powinnaś się z nim spotkać.
 -  Dopóki będzie pił, nie mam ochoty z nim się zadawać. Możesz mu to powiedzieć, jak chcesz. Michał nakłamał mu, że nas tu nie ma.
 -  To już jego sprawa -  odpowiedziała -  zastanów się, musisz się z nim spotkać. Ma prawo wiedzieć, gdzie jesteś i gdzie są jego dzieci.
Skończyłyśmy rozmawiać, gdyż Darcy zeszła na dół.
 -  Tatuś przyjedzie? -  Zapytała zaciekawiona.
 -  Nie, rozmawiałyśmy o znajomym, który przyjedzie, dlatego pojedziecie dzisiaj do domu, gdzie kiedyś mieszkałyśmy z twoją mamą, zanim mama poznała tatusia.
 -  Siupel! -  Skomentowała Darcy -  mama mi opowiadała o tym domku!
 -  No to tam teraz zamieszkacie.
 -  A ty?
 -  No, ja będę tutaj. Przyjechałyście niespodziewanie, a my mamy gości. Nie możemy  przecież odwołać gości, bo to nie ładnie.
 -  A ja bym chętnie poznała tych gości.
 -  Może poznasz, ale na razie musicie zwolnić wasze pokoje. Myślę, że mama pozwoli ci zamieszkać     w swoim pokoiku -  mama popatrzyła na mnie znacząco.
Darcy się pogodziła z tym tłumaczeniem i była cała szczęśliwa.
 -   To jedziemy już? -  Zapytała z nadzieją w głosie.
 -  Jeszcze nie. Dziadek was zabierze. Zjecie kolację, a potem dopiero sobie pojedziecie.
 -  Mamo, czy wyrzuciłaś rzeczy po Darcy? -  Zapytałam cicho, gdy Darcy rzuciła się na Dominikę.
- Jakie rzeczy? -  Zapytała mama.
 -  No wanienkę…
 -  A… Mały Joe nie pozwolił wyrzucić.
 -  Tak też myślałam.
 -  Jak przyjedzie, to poproszę go, żeby wyciągnął, bo gdzieś schował.
 -  Pewnie w graciarni.
 -  Może…
Po niedługim czasie wrócili Michał z Małym Joe.
Mały Joe pobiegł do kuchni, szykować obiad i po niedługim czasie siedzieliśmy wszyscy przy stole zajadając się obiadem. Jam co prawda udawałam, że mi smakuje. Widziałam, że Dominika podobnie.
 -  Przecież ty nic nie zjadłaś! -  Powiedział Mały Joe, zabierając talerze.
 -  Wystarczająco -  odpowiedziałam.

Po obiedzie poszłam spać, Dominika poszła w moje ślady, a Michał pojechał do pracy. Mama zajęła się dziećmi.