środa, 18 czerwca 2014

109

-  Czy tylko mnie się wydaje, że to jest jakieś istne wariactwo? -  Zapytał Niall -  W wykonaniu naszych przyjaciół?
 -  Nie, nie tylko tobie -  przytaknęłam- Ale bawmy się dobrze.
Poszliśmy w strefę wolnocłową i Niall zrobił olbrzymie zakupy.
 -  Na co ci tyle tego wszystkiego? Przecież podobno wszystko mamy…
 -  To tylko się tak wydaje. Będziesz chciała ochotę na M & M' s a ich nie będzie, to co?
W pewnym momencie usłyszeliśmy za sobą pisk.
 -  Cholera jasna -  mruknął pod nosem Niall -  czy możemy się gdzieś schować? Nie mam ochoty na spotkanie z fankami  -  powiedział z lekka przerażony. Przerażenie w jego oczach było faktyczne.  Mój mózg zaczął pracować na pełnych obrotach.
 -  Idź do łazienki.
Niall pobiegł szybko do toalety. Dziewczyny pobiegły za nim, a ja czym prędzej przeszłam do punktu odpraw. Podeszłam do stewardessy.
 -  Proszę pani… mąż mi się zagubił… czy mogłaby go pani wezwać przez megafon? Niedługo odlatujemy na Jamajkę i trochę się denerwuję, że go nie ma... -  Nie wychodziłam z roli.
 -  Oczywiście. Jak ma pani na nazwisko?
 -  Erase.
 -  A jak imię męża?
 -  Niall.
Miałam nadzieję, że Niall skojarzy… Za chwilę w megafonach usłyszałam:
 -  Pan Niall Erase, jest proszony do punktu odpraw numer 325.
Pozostało mi tylko czekać  i zastanawiać się, czy Niall zrozumiał.  Został mi ostatecznie sms do niego. Obserwowałam wejście do toalety, ale Niall nie wychodził. Po pewnym czasie uchyliły się drzwi i w tym momencie powtórzony został komunikat.
 -  Czeka żona  -  usłyszałam.
Myślałam, że się uduszę ze śmiechu. Niall usłyszał komunikat i zaczął się rozglądać. Gdy popatrzył na mnie, pomachałam mu wdzięcznie. Szybko podszedł do mnie.
 -  Cześć kochanie -  powiedziałam na cały głos - Co ty wyprawiasz?
 -  Przecież nikt pod tym nazwiskiem nikt cię nie zna.
Zaczęłam się zastanawiać, czy nasi byli jeszcze na lotnisku, czy już pojechali. Bo jeśli byli, to mieli niezłą zabawę. Podeszliśmy do odprawy i podaliśmy nasze paszporty. Pani była bardzo zdegustowana, że jednak nie jesteśmy małżeństwem, ale nie dała sobie po sobie tego poznać. Przyjrzała mi się tylko uważnie i wstemplowała pieczątkę do paszportu. Podała mi bilety i zaprosiła do sali, gdzie oczekiwaliśmy na odlot.  Mogliśmy się rozluźnić dopiero, gdy siedzieliśmy w samolocie. Mieliśmy pierwszą klasę. Pod tym względem Ellie przeszła samą siebie. Niall oczywiście zajadał już coś, co zakupił w sklepie wolnocłowym. Bodajże były to orzeszki.  Zadzwoniła moja komórka.
 -  I co? Jak tam twój mąż?
 -  O czym mówisz? -  Zapytałam niewinnie Dominikę.
 -  Słyszeliśmy…
- Co ty nie powiesz…
 -   Był atak panienek 1D?
 -  Był…
 -  I rozumiem, że Niall się zgubił.
 -  Schował się w jednym miejscu, które było niedostępne… i musiałam go jakoś wyciągnąć.
 -  Cała Megan -  usłyszałam.
 -  A gdzie wy jesteście?
 -  No na lotnisku! Chcemy wam pomachać, jak odlecicie. I przy okazji sprawdzić, czy nie wrócicie…
 -  Nie, nie wrócimy -  zapewniłam ją -  siedzimy już w samolocie.
 -  No to przyjemnej zabawy ci życzę. I pamiętaj, co ci mówiłam -  powiedziała tajemniczo.
 -  Pamiętam -  odparłam.
 -  To miłego pobytu -  rzuciła i rozłączyła się.
Wyjrzałam przez okienko i zobaczyłam rządek osób wpatrzonych w nasz samolot. Pomachałam im       i chyba mnie zauważyli, bo zaczęli machać, jak wariaci.
 -  Niall, zobacz żegnają nas -  powiedziałam. Niall wyjrzał i zaczął się śmiać.
 -  Muszą nas przypilnować, czy polecimy -  rzucił -  muszę przyznać, że czuję się dosyć niezręcznie w tej sytuacji…
 -  Niall! Mamy wakacje! Potraktuj to, jak wakacje, odpoczynek. Cieszmy się nimi.
Dolecieliśmy na miejsce stosunkowo szybko. Wreszcie nie było to tak daleko. Obudziłam się i zobaczyłam, że mam głowę na Nialla kolanach… Wyprostowałam się i przyglądałam się lądowaniu. Na lotnisku czekała na nas limuzyna. Trochę mi to przypomniało naszą podróż poślubną… Ale powiedziałam sobie: NIE! Jestem na Jamajce, nie na Seszelach i nie z Harrym, a z Niallem. Niall zabawiał mnie opowieściami o jego rodzinie, co trochę zaczęło mnie drażnić.  Gdy dojechaliśmy do hotelu z ulgą odetchnęłam i pomyślałam: Zaraz będę w swoim pokoju… Bagażowy złapał nasze bagaże i zaczął nas prowadzić. Poprowadził nas do jakiegoś bungalowu i wstawił bagaże.
- Ale super -  powiedział Niall.
Bungalow był zupełnie inny, niż na Seszelach. Była też klimatyzacja, był telewizor, lodówka, oraz łazienka. Ze zdziwieniem zobaczyłam, że w bungalowie są rzeczy Nialla.
 -  Zaraz chwileczkę… To my mamy mieszkać w jednym bungalowie?! -  Zdziwiłam się. Na środku stało wielkie, małżeńskie łoże  -  To chyba jakaś pomyłka?!
Niall gdzieś wypadł. Po pewnym czasie wrócił i stwierdził:
 -  Bardzo mi przykro, ale mamy tylko ten jeden bungalow, bo wszystko w hotelu jest pozajmowane…
Strasznie się zdenerwowałam. Niall widząc moje zdenerwowanie, powiedział:
- Jeśli chcesz, to ja mogę spać na kanapie…
 -  Niall, ale mieliśmy mieć super wakacje obydwoje… Nie wiem, czy ci będzie wygodnie na tej leżance.
 -  Nie przejmuj się. Jakoś to zniosę -  rzucił i zaczął się rozpakowywać -  za chwilę będą podawać kolację…
Postanowiłam się rozpakować. Byłam ciekawa, czy Ellie wiedziała o warunkach, jakie mamy. Poszłam do łazienki i się przebrałam. Zrobiłam makijaż i uczesałam się. Wcześniej oczywiście wzięłam kąpiel. Tak odświeżona wyszłam z łazienki. Niall siedział na kanapie i gdy popatrzył na mnie, tak został.
 -  Niall, czy coś ci się stało? -  Zapytałam.
 -  Yyy… nie, nie -  wydukał -  mam super żonę -  powiedział.
Walnęłam go w ramię i powiedziałam:
 -  Widzę, że ty też jesteś już gotowy.
 -  No nie zdążyłem wziąć prysznica, bo jest tylko jeden -  zaczął się skarżyć- Jeśli poczekasz, to ja wezmę szybki prysznic i będę gotowy.
Wyszłam na taras, żeby go nie krępować. Zaczęłam się zastanawiać, co my zrobimy z tym jednym łóżkiem…  Po piętnastu minutach, Niall do mnie dołączył. Pachniał świeżością i świetnie wyglądał. Zapach jego perfum przypomniał mi lata szkolne i moje zafascynowanie zapachem pana od angielskiego. Uśmiechnęłam się pod nosem, co Niall oczywiście zauważył.
- Co się stało? O czym myślisz?
 -  Nic… coś mi się przypomniało.
Niall stracił humor.
 -  Czemu straciłeś humor? -  Zapytałam -  Idziemy?
 -  Okej. Idziemy -  odpowiedział -  o czym myślałaś, gdy byliśmy na tarasie?
 -  Przypomniały mi się szkolne czasy.
 -  A opowiesz mi o tym? -  Zaciekawił się.
 -  Może, kiedyś… -  powiedziałam. Zobaczyłam, że humor mu się poprawił.
Weszliśmy do sali. Podbiegł do nas kelner i poprowadził nas do bardzo romantycznego stolika. Postawiony był na tarasie, pod palmą z pięknym widokiem na ocean. Było naprawdę bardzo romantycznie. Podano nam menu, które zaczęliśmy studiować. Postanowiłam zapytać się kelnera          o specjalność kucharza.  Zawsze byłam ciekawa nowych potraw, ale dzisiaj wolałam nie ryzykować. Zamówiłam sałatkę bez dressingu czosnkowego. Niall wziął specjalność zakładu i okazało się, że był to kurczak po hawajsku. Wyglądało to super. Stwierdziłam, że następnym razem, ja sobie takie coś zamówię. Niall rozpływał się nad smakiem. Widocznie zobaczył moje zazdrosne spojrzenie, bo zaproponował, żebym spróbowała.
 -  Niall, będziesz głodny.
 -  Nie, no proszę, proszę -  podsunął mi talerz pod nos -  jedz, ile chcesz.
- Co? Nie smakuje ci?
 -  Jest pyszne! Spróbuj! -  Namawiał mnie.
- Ale nie będę miała twojego widelca w swojej dłoni.
 -  No coś ty!
Skubnęłam kawalątek.
 -  Jeszcze -  rozkazał -  przecież nawet nie poczujesz smaku.
Danie było rzeczywiście dobre.
 -  To co? Zamówić ci?
Sałatka mi za bardzo nie smakowała, więc zdecydowałam się na danie Nialla.
 -  To co? Idziemy na spacer? -  Zaproponował Niall, gdy zjedliśmy i wypiliśmy wino.
 -  Trzeba by było rozprostować nogi -  podchwyciłam.
 -  To w którą stronę idziemy? -  Zapytał.
 -  Chyba obojętne…
Poszliśmy w kierunku zachodzącego słońca. Mijaliśmy hotele, w których odbywały się różne wieczorki, ale nie mieliśmy ochoty na nic. W pewnym momencie poczułam, że jestem zmęczona.
 -  Chodź, może usiądziemy tutaj. Trochę mnie bolą nogi.
 -  Ciebie też? -  Zapytał.
 -  To czemu nic nie mówisz? Masz mówić, co ci dolega.
 -  To tak nie wypada -  powiedział.
 -  Rób, jak chcesz  -  powiedziałam zdecydowanym głosem i usiadłam na piasku. Niall zdjął marynarkę    i zaproponował, żebym na niej usiadła.
 -  Nie będę ci gniotła marynarki  -  rzuciłam -  potem jeszcze będziesz mi kazał ją prasować -  zażartowałam.
 -  No przecież od tego jest obsługa hotelowa -  powiedział zaskoczony -  wiesz, marzyłem o takiej podróży od momentu, kiedy byliście na Seszelach…
Poczułam się troszkę zbita z tropu. Niepotrzebnie mi to przypomniał… Na chwilę straciłam humor, co zauważył.
 -  Strasznie cię przepraszam. Ta moja niewyparzona gęba… Wybaczysz mi?
 -  Postaram się -  powiedziałam. Poczułam, jak przeszedł mnie dreszcz. Musiałam zadygotać, bo Niall zapytał:
 -  Nie zimno ci?
 -  Jakoś tak… dziwnie -  odpowiedziałam.
 -  To masz moją marynarkę -  zaczął mnie okrywać.
Chłonęłam widoki całą sobą. Było przepięknie. Siedzieliśmy na ciepłym jeszcze piasku  i wpatrywaliśmy się w zachodzące słońce. Było tak romantycznie…
 -  Chcesz się oprzeć? -  Zapytał Niall.
Usiedliśmy plecami do siebie, opierając się o siebie i oglądaliśmy zachód. Zapomniałam, że siedzę  z Niallem. Byłam zafascynowana widokiem. Niall się też nie odzywał. Byłam zachwycona.
 -  Tu jest wspaniale -  powiedziałam w pewnym momencie.
Niall poruszył się i usłyszałam, że coś odmruknął. Pomyślałam, że pewnie nie chce, żebym się odzywała, więc się zamknęłam.
Kiedy słońce zaszło zapytałam:
 -  Idziemy?
 -  Idziemy -  usłyszałam.
 -  To co? Wstajemy na trzy? -  Zaproponowałam.
 -  Ty wstawaj pierwsza.
Zaczęłam wstawać i gdy stałam już na nogach, Niall się wywalił.
 -  Jaki ten piasek jest świetny -  rzucił -  zauważyłaś?
 -  Zauważyłam.
 -  Ja mógłbym tu nawet spać.
Zrobiło mi się trochę głupio. Byliśmy postawieni w niezręcznej sytuacji przez kogoś z naszych, ale dlaczego Niall z tego powodu miał cierpieć? Nie rozumiem… Postanowiłam coś wykombinować, a na pewno rozprawić się z tą osobą, która postawiła nas w takiej sytuacji.  Załatwię to później… Wróciliśmy do bungalowu. Niall zaczął szykować sobie leżankę do spania.
 -  Niall, ponieważ jesteśmy w takiej sytuacji, będziemy spali na zmianę na leżance -  powiedziałam.
 -  Ja się na to nie mogę zgodzić -  szybko odpowiedział -  kobiety muszą spać wygodnie.
 -  A kto ci to powiedział?
 -  Mamusia -  powiedział po chwili zawahania.
 -  Wybij to sobie z głowy. Może za czasów twojej mamusi tak było. Teraz jest równouprawnienie, więc będziemy spać na zmianę.
 -  Ja się nie zgadzam.
 -  Chcesz się ze mną kłócić?
 -  Nie chcę. Z tobą nigdy.
 -  No to masz szczęście -  powiedziałam i sapnęłam sobie.
Wyszłam na taras i stwierdziłam, że mamy przepiękny widok. Gdzieś w dali jakaś wyspa rozświetlona światłami. Stałam, jak urzeczona. Niall chyba się zaniepokoił moją nieobecnością, bo również wyszedł na taras.
- Ale pięknie -  usłyszałam -  to może w ogóle nie będziemy spali, jak tu są takie piękne widoki? Napijemy się czegoś?
 -  A co masz na myśli?
 -  A jakiegoś szampana?
 -  Okej z miłą chęcią -  powiedziałam. Niall się zakręcił i wyszedł po chwili na balkon z butelką szampana.
 -  A ty skąd to masz?
 -  Kupiłem na lotnisku i zmroziłem w lodówce.
 -  Nawet nie zauważyłam…
 -  A widzisz, taki sprytny jestem -  zaczął się śmiać.
Wypiliśmy po kieliszku szampana za miły pobyt i trochę nas to rozluźniło. Zaczęliśmy dowcipkować i opowiadać sobie kawały.  Nim się obejrzeliśmy minęła druga.
 -  Niall, idziemy spać  -  powiedziałam.
 -  To idź. Ja zostanę tutaj -  rzucił.
 -  Nie będziesz spał tutaj, na dworze…
 -  A dlaczego?
 -  Jeszcze zjedzą cię te komary.
 -  Tu nie ma komarów.
- Ale są moskity -  odpowiedziałam -  to nie wiem, co lepsze.
Namówiłam Nialla, żeby wszedł do środka. Poszłam do łazienki, przebrałam się w piżamę. Była bardzo miła.  Dobrze, że Dominika mnie na nią namówiła… Weszłam do pokoju, Niall coś zaczął gwałtownie robić przy walizce.
 -  Dobra. To ja dzisiaj śpię tutaj, a jutro ty.
 -  Zobaczymy -  mruknął pod nosem.
Weszłam do łóżka i przykryłam się prześcieradłem. Łóżko było naprawdę wygodne.
 -  Mmm, jak tu wygodnie -  powiedziałam.
 -  Uważaj, bo zaraz ci się wmelduję do tego łóżka -  zażartował Niall.
 -  No to chodź -  powiedziałam i poklepałam wolne miejsce -  zobaczysz, jak tu wygodnie.
 Niall usiadł półdupkiem na łóżku i stwierdził:
 -  Faktycznie wygodnie.
Śmiać mi się z niego chciało. W pewnym momencie zerwał się i poleciał na taras. Ponieważ długo nie wracał, wstałam i poszłam zobaczyć, co robi. Siedział na tarasie, głowę miał spuszczoną. Zaczęłam się zastanawiać, czy śpi.
Przeszłam cicho koło niego i usiadłam na sąsiednim leżaku. Nie był on tak wygodny, jak łóżko, ale też było komfortowo. Nie wiem, kiedy zasnęłam. W pewnym momencie obudziłam się i poczułam, że Niall mnie podnosi.
- Co ty wyprawiasz? -  Zapytałam.
 -  Śpij -  powiedział -  zaniosę cię do łóżka.
 -  Nie, ja chcę tutaj  -  powiedziałam przez sen.
 -  Dobrze, dobrze -  rzucił.
Nie wiem nawet, kiedy znalazłam się w łóżku.  Poczułam, że ktoś mnie pogłaskał po głowie i zasnęłam kamiennym snem. Gdy obudziłam się rano, musiała minąć chwila, żeby do mnie dotarło gdzie jestem. Rozejrzałam się po pokoju, ale Nialla nigdzie nie było.  Wstałam i wyjrzałam na taras. Oczywiście ten głupek leżał na leżaku w jakiejś dziwnej pozie. Poszłam się umyć i gdy wróciłam do pokoju, nie zaistniały żadne zmiany. Włączyłam laptopa, aby sprawdzić która jest godzina. To była tylko wymówka,  bo chciałam pogadać z Dominiką. Weszłam na Skype i wybrałam jej numer.
 -  Hej, co słychać? -  Usłyszałam -  Jak tam pierwsza noc?
 -  Niall śpi na tarasie, a ja się wyspałam.
 -  A co mu się stało?
 -  Bo mamy małżeńskie łoże, to się stało. Stwierdziliśmy, że będziemy na nim spać na zmianę. Niall pewnie będzie cały połamany, bo gdy zobaczyłam w jakiej pozycji śpi, doszłam do wniosku, że nie będzie czuł się najlepiej, jak się obudzi.
 -  To zrób mu masaż -  zasugerowała Doma i podniosła jedną brew do góry.
- Co ty sugerujesz? -  Popatrzyłam na nią uważnie.
 -  Nic, nic. Zayn robi śniadanie.
 -  Okej, to nie będę wam przeszkadzać -  powiedziałam.
 -  Nie przeszkadzasz nam -  powiedziała Dominika.
Usłyszałam jakiś rumor na tarasie.
 -  Chyba Niall się obudził -  powiedziałam -  zdaje się, że miał ciężkie przebudzenie…
Wyjrzałam i zobaczyłam, jak Niall gramoli się na leżak.
 -  Muszę kończyć, bo zdaje się, że Niall jest cały połamany…
 -  Pamiętaj o masażu –powiedziała na koniec Dominika.
Wybiegłam na taras i zapytałam:
 -  Niall, co się stało?
 -  Nic… trochę połamany jestem -  oznajmił.
 -  No widzisz? Mogłeś spać na łóżku. Dzisiaj ty śpisz.
 -  Nie pozwolę ci, żebyś spała w tak niewygodnej pozycji.
 -  Niall, nie chciałam cię budzić, bo spałeś, ale te leżaki się rozkładają.
Zapanowała cisza.
 -  Jak to?!
 -  Pokażę ci -  powiedziałam i nacisnęłam guzik, który był schowany pod poręczą. Niall znalazł się błyskawicznie w pozycji horyzontalnej.
 -  AŁA -  wrzasnął.
- Co się stało?! -  Zdenerwowałam się.
 -  Nie, nic… Tylko wszystko mnie boli…
 -  Czekaj. Będę ci musiała zrobić masaż. Przewróć się na brzuch.
 -  Ale…
 -  Nie gadaj, tylko przewracaj się. Nie ma żadnego „ale”.
Niechętnie wykonał moją polecenie. Zaczęłam go masować. Był strasznie spięty.
 -  Ałć -  usłyszałam.
- Co tak cię boli? -  Zapytałam.
 -  Troszkę… -  wymamrotał.
 -  Zaraz ci przejdzie.
Zaczęłam go ponownie masować.
 -  Ałć…
 -  Słuchaj, czy ciebie tak bardzo boli, czy po prostu udajesz?
 -  No, boli.
 -  I nic nie lepiej?
 -  No, może trochę.
Rozmasowałam mu bolące miejsca. Po gilgotałam  go w bok, na co zaczął chichotać.
 -  No wiesz co?
- Co? -  Zapytałam  -  skończyłam.
 -  Tak mi dobrze -  zaczął.
 -  To co? Będziesz dzisiaj spał na łóżku?
 -  Nie.
 -  Zobacz. Ja się tu rozłożę na leżaku -  zaprezentowałam mu, jak będę spać -  będzie mi na pewno bardzo dobrze.
 -  Nie pozwolę.
 -  To co robimy z tak pięknie rozpoczętym dniem? -  Zapytałam,  żeby go przekabacić -  pójdziemy chyba na śniadanie, co?
 -  Teraz mogę iść -  stwierdził pogodnie. Od razu miał inny humor -  jesteś cudotwórczynią. Myślałem, że tak zostanę do końca życia.
Szybko poszedł się umyć i ogolić i był gotowy na śniadanie. Poszliśmy do restauracji, gdzie stał szwedzki stół. Tam dał popis jedzenia.  Zahaczył jeszcze o recepcję, ale niestety nie było jeszcze wolnych pokoi. Chyba ze zmartwienia zjadł tyle.  Obsługa patrzyła z przerażeniem, ale ja byłam przyzwyczajona. Niall ładował sobie na talerz kopiaste porcje i wędrował tak kilka razy. Spróbował chyba wszystkiego, co było na stole. Byłam pełna podziwu i zaczęłam się zastanawiać, ile on może zjeść. Jeszcze mnie jednak zaskoczył. Ja dawno skończyłam, a Niall jeszcze jadł. Po godzinie siedzenia w restauracji zaczęłam się zastanawiać, czy mam jeszcze siedzieć, czy iść. Niall chyba się zreflektował  i zapytał:
 -  A ty już nie jesz?
 -  Nie, już jestem najedzona -  rzuciłam.
- Ale to wszystko w cenie.
 -  No to co? Już więcej nie zmieszczę.
Niall z pożądaniem popatrzył na bufet.
 -  Niall, nie krępuj się. Jedz, ile chcesz. Jeszcze nas nie wyprosili z restauracji. Jeżeli ci nie będzie przeszkadzało, to ja pójdę do domu i przebiorę się w kostium kąpielowy. Znajdziesz mnie na tarasie.
Niall coś mruknął, ale nie zwracałam już na to uwagi. Wyszłam z jadalni i poszłam do bungalowu. Szybko przebrałam się w nowy, turkusowy kostium. Przejrzałam się w lustrze i stwierdziłam, że świetnie wyglądam. Kostium był bardzo twarzowy. Wzięłam olejek i wyszłam na taras. Usiadłam na leżaku i zaczęłam się smarować. Odstawiłam olejek i zamknęłam oczy. Było mi cudownie. Słyszałam szum oceanu i jakieś gwary dochodzące z plaży. W pewnym momencie usłyszałam,  że ktoś mnie woła. Rozejrzałam się i zobaczyłam, że macha do mnie Harry. Skąd on tu się wziął!? Przecież jestem tu z Niallem, a nie z nim. Harry się zachowywał tak, jakby nic się nie stało. Jakbyśmy nadal byli… W trakcie podróży poślubnej. 
________________________________

Soł? Jak Wam się podobał? :D Zaszalałam, bo miałam wenę, ahahaha. Szczerze? Strasznie mi się podoba :) Komentujcie, bo chcę znać Wasze zdanie :) xx  Co do opowiadania i dalszego ciągu, to jeszcze się waham, ale sporo Was napisało do mnie o dziwo na twitterze i na maila, więc nie wiem, czy nie zrobię drugiej części :) (wooohoooo!!!) Ale jeszcze nie wiem. Sprawa leży w Waszych rękach xx
                                                                                                                ~Meg

wtorek, 3 czerwca 2014

108

Zbliżała się sprawa rozwodowa. Coraz bardziej byłam zdenerwowana. Chciałam, żeby było już po wszystkim. Na szczęście nie spotkałam Harryego w sądzie, bo się nie stawił na rozprawie. Sędzia przyznał mi dzieci, a Harryemu zasądził alimenty w wysokości 100 000 dolarów na dziecko  i stwierdził rozwód. Cała Wiśniowa była na rozprawie, po za Kazikiem, który opiekował się dziećmi.
 -  To jesteś wolna! -  Zawołał Louis.
 -  No… tak, jakby – odpowiedziałam  -  tylko jeszcze papiery rozwodowe.
 -  Nie martw się. Załatwimy to  -  wycedził przez zęby Niall.
Nie wiem, gdzie go dopadli, ale w końcu Harry podpisał papiery i można było powiedzieć, że jestem wolna. Gdy dostałam wiadomość o podpisaniu papierów, siedziałam sama w salonie i zaczęłam się zastanawiać, co mam zrobić. Rodzice pojechali już wczoraj do Warszawy, bo Michałowi kończył się urlop. Do salonu wpadł Liam.
 -  Słuchaj, urządzamy balangę! -  Powiedział szybko  -  u nas w ogrodzie za piętnaście minut.
Zjawili się wszyscy. Pierwszym toastem, który został wzniesiony był: „za wolność Megan”.          Czułam się jakoś dziwnie. Znowu wolna. Poczułam się samotna. Dasz sobie radę! Jesteś silną kobietą! Nie poddasz się! – Pomyślałam. Wróciłam do swojego nazwiska i rzuciłam się w wir pracy, żeby o tym wszystkim zapomnieć. Oczywiście zamki zostały powymieniane, a Harryego urażona duma, nie dała mu zadzwonić do nas, ani razu. W mediach huczało, przez dość krótki czas i sprawa przycichła.
Zbliżało się Boże Narodzenie. Wytłumaczyłam dzieciom, że tatuś nie będzie już z nami mieszkał, co bardzo źle przyjął Antoś, ale codzienna obecność chłopaków sprawiła, że jakoś pogodził się z tym faktem. Mama Harryego próbowała zaprosić nas do niej na Wigilię, ale kategorycznie powiedziałam NIE. Najchętniej bym gdzieś wyjechała do ciepłych krajów. Miałam dosyć wszystkiego. Byłam zmordowana, bo sklep oblegali klienci, którzy szukali prezentów pod choinkę. Miałam ochotę wszystko zamknąć i się wynieść. W takim stanie zastała mnie Gabriela, która wpadła pożyczyć trochę soli.
- Co jesteś taka zła? -  Zapytała.
 -  MAM DOSYĆ WSZYSTKIEGO! CHOLERA MNIE CISKA! NAJCHĘTNIEJ BYM WSZYSTKO RZUCIŁA I JECHAŁA DO CIEPŁYCH KRAJÓW! -  Wykrzyczałam.
 -  To jedź!
 -  MAM TEGO DOSYĆ! SZAŁU MOŻNA DOSTAĆ! Czekaj…. Co ty powiedziałaś? -  Dopiero do mnie dotarło, co powiedziała.
 -  Powiedziałam: „To jedź” -  zacytowała.
 -  No przecież nie mogę! Bo przecież ten cholerny sklep! Na co mi to było?!
 -  Halo… Uspokój się! Przecież wszyscy cię słyszą, tak wrzeszczysz!
Na potwierdzenie jej słów, ktoś zapukał.
 -  WLAZŁ! -  Wrzasnęłam.
Drzwi się otworzyły i wszedł Niall.
 -  Przepraszam, czy tu biją? -  Zapytał -  zostałem wydelegowany, by się dowiedzieć, co tu się dzieje -  zaczął się tłumaczyć.
 -  Przepraszam. Nerwy mi puściły.
 -  Wszystko na pewno w porządku? -  Zapytał.
 -  Lepiej idź stąd, bo Meg się zaczęła użalać nad sobą.
 -  Jak to?
 -  Chyba powinna gdzieś wyjechać.
 -  A gdzie chcesz pojechać? -  Zainteresował się Niall.
 -  Sama przecież nie pojadę! -  Krzyknęłam.
 -  A kto ci kazał jechać samej?!  -  Przekrzykiwała mnie Gabriela  -  weź Nialla i jedźcie!  -  Wymsknęło jej się.
Za chwilę byli nasze krzyki zwabiły wszystkich. Louis, w roboczych spodniach od malowania, oderwany przez Ellie, Liam w piżamie, Zayn w ręczniku, Dominika też… Danielle w ogrodniczkach, Jay był w trasie, więc go brakowało.
- Co tu się dzieje? -  Zapytał ze swoim stoickim spokojem Liam.
 -  Meg chce wyjechać -  odpowiedziała mu Gabriela.
 -  To o co ta awantura?
 -  Żadna awantura, puściły jej nerwy.
 -  To ona jest taka groźna? -  Zdziwił się Zayn.
 -  Megan, gryziesz? -  Zapytał Louis i wystawił swój paluszek w farbie. Rozwaliło mnie to, więc dostałam ataku śmiechu.
 -  Powinnaś po prostu wyjechać -  zdecydowała Ellie.
Zrobiło mi się głupio.
 -  Przepraszam za mój wybuch. Nie wiem, co mi się stało… myśl chyba o Bożym Narodzeniu doprowadziła mnie do takiego stanu.
 -  Słuchajcie, a może na Boże Narodzenie polecimy do Polski? -  Zaproponowała Dominika, trzymając się kurczowo ręcznika.
 -  Nie -  odpowiedziałam  -  do Polski nie chcę. Pojechałabym na Dominikanę, albo na Jamajkę…
 -  To jedź -  rzuciła Ellie  -  możesz wziąć ze sobą Nialla.
- Co wy tak z tym Niallem?!  -  Zaczęłam się zastanawiać.
 -  Ekhem, a czy ktoś mnie zapytał o zdanie?  -  Zapytał Niall.
 -  Przecież wiadomo, że ty się zgodzisz  -  powiedział swoim słodkim głosikiem Louis.
 -  A co nie zgodzisz się?! -  Zdziwiła się Doma.
 -  No… Nie wiem… Co na to… Megan  -  zaczął się jąkać.
 -  Dobra. Ja idę załatwić wam wyjazd, a wy się tu dogadujcie  -  powiedziała energicznie Ellie i wyszła.
 -  Halo?! Gdzie ty poszłaś?!  -  Zaczęliśmy z Niallem za nią krzyczeć, ale Eleanor zniknęła.
Niall rzucił się za nią.
 -  Czy da się tutaj napić kawy? -  Zapytał Lou.
Podreptałam do kuchni. Było mi głupio za mój wygłup. Wstawiłam pełny czajnik i wróciłam zapytać się, kto co pije. Dominika z Zaynem zniknęli, a Danielle stwierdziła:
 -  To ja też się napiję kawy.
Liam poprosił o mleko, bo w domu zabrakło, a Gabriela poprosiła o herbatę. Przyniosłam zamówienia i postawiłam je na stoliczku.
 -  Koleżanko, zaczynasz świrować  -  powiedziała Gabriela po polsku.
 -  Czy możecie nie rozmawiać po polsku w naszym towarzystwie? -  Powiedział Louis.
 -  Och przepraszam! Ale musiałam powiedzieć coś dosadnego -  rzuciła Gabriela.
-  Ale nie obrażałaś mnie? -  Spojrzał na nią spode łba.
 -  Nie, ciebie nie.
Drzwi się otworzyły i do pokoju wpadła Ellie.
 -  Wszystko załatwione! -  Rzuciła.
- Co załatwione? -  Zapytałam zdezorientowana.
 -  Twój wyjazd z Niallem -  powiedziała podekscytowana.
 -  Czyś ty na głowę upadła?! Jak mogę pojechać z Niallem?! A co z dziećmi?! -  Zdenerwowałam się.
- Coś załatwimy!  -  Powiedziała.
 -  Ja lecę do Polski, mogę zabrać dzieciaki  -  powiedziała nieśmiało Gabriela  -  kończy mi się paszport, a po za tym, Jay będzie w Warszawie, chcę mu zrobić niespodziankę. Mogę zawieść ich do twoich rodziców.
 -  Chwila, moment! Ja muszę się dowiedzieć, czy będą w Polsce -  rzuciłam.
 -  To dzwoń natychmiast! -  Zdecydowała Ellie.
 -  Nie mogę dzwonić!.
Złapała moją komórkę i wybrała numer.
 -  Halo? Tu Eleanor. Mamy problem… Jesteście w Polsce? Tak? A, to świetnie!
Stałam jak osłupiała i słuchałam, jak nawija Ellie.
 -  Chcemy wysłać Megan na wakacje. Nie, nic się nie dzieje. Wszystko w porządku  -  pogroziłam jej palcem  -  nie, jest w domu. Stoi naprzeciwko mnie i grozi mi palcem. Powiem szczerze… Załatwiłam wyjazd na Jamajkę i chciałabym, żeby ona tam pojechała. Wyjazd jest dwuosobowy. Jak to kto?! No nie ja. Nie, Louis też nie. Mam pytanie… Nie Zayn też nie. Czy Gabriela mogłaby przywieźć do was dzieciaki? Tak na Boże Narodzenie. Tak, właśnie o to chodzi. Tak, z Niallem… -  Eleanor przeszła do drugiego pokoju, więc nie słyszałam, co dalej nawijała.  Po pewnym czasie wróciła z bananem na twarzy i powiedziała:
 -  Wszystko załatwione. Możecie jechać.
- Co ty na to, Niall? -  Odchrząknęłam.
 -  Z tobą mogę jechać na koniec świata  -  rzucił Niall drapiąc się po głowie.
Louis zaczął się śmiać.
 -  I co? Mówiłem, że się na to zgodzi?!
-  Ale smutno będzie bez was -  powiedział Liam.
-  Ale jakie oszczędności w żarciu! -  Rzuciła Ellie.
Niall miał chęć się obrazić, ale o czymś pomyślał i się rozpogodził. W taki oto sposób moi przyjaciele postanowili urządzić mi wakacje i wypchnąć mnie chyba z domu.  W ostatnim momencie dowiedziałam się kiedy lecimy. Ellie nie chciała nic wcześniej zdradzić. Zawiozłam Gabrielę z dziećmi na lotnisko i zaczęłam się denerwować, czy da sobie radę.
 -  Nie martw się. Dam sobie radę -  mówiła bez przerwy.
 -   Mogła z tobą lecieć Dominika – zaczęłam panikować.
 -  Przecież sama latałaś z dziećmi, a co? Ja sobie nie poradzę? Najlepiej idź już sobie, bo dzieciaki zaczną zaraz płakać -  szepnęła mi do ucha.
Uspokoiłam się trochę.
 -  Pamiętaj, zadzwoń do mnie, jak dolecicie.
 -  Okej.
Wiedziałam, że na lotnisku w Warszawie będą czekali rodzice. Miałam wyrzuty sumienia, że wyprawiam dzieci do Warszawy, ale Gabriela wybiła mi je z głowy. Wyściskałam dzieci, powiedziałam, że mają pilnować cioci Gabi, bo może się zgubić i przeszli przez kontrolę celną. Pomachali mi i tyle ich widziałam.
Dominika stwierdziła:
 -  No to jedziemy do domu… Albo nie, na zakupy. Musimy ci kupić kilka rzeczy.
- Co ci się stało?! -  Zdziwiłam się.
 -  Zaczynasz nowe życie. Musisz mieć nowe ciuchy.
 -  Chyba za często przebywasz z Eleanor -  powiedziałam do niej.
 -  Nie -  odpowiedziała krótko -  jedziemy -   nacisnęła pedał gazu.
Podjechała pod bardzo elegancki sklep. Okazało się, że jest to Victoria Secret
 -  Czyś ty na głowę upadła?! Będę w takim drogim sklepie kupować!?
 -  Nie rób z siebie żebraczki! Przecież jesteś prawie milionerką!
Oczywiście stałyśmy pod sklepem i kłóciłyśmy się po polsku. Ekspedientki co raz bardziej zaczęły nam się  przyglądać.
 -  Wchodź już, bo ludzie się gapią -  warknęła Doma.
Zorientowałam się, że rzeczywiście ekspedientki gapiły się na nas co raz bardziej.
 -  Właź bez marudzenia i masz zrobić duże zakupy.
 -  Nie wygłupiaj się!
Pchnęła drzwi do sklepu i weszła ciągnąc mnie energicznie za sobą.
 -  Dzień dobry. Moja przyjaciółka przyjechała z Polski i potrzebuje trochę rzeczy. Gdzieś jej zginął bagaż… Tak, wszystko. Nic nie ma! Tylko to, co ma na sobie!
Warknęłam.
 -  Nie, nie mówi po angielsku…
Myślałam, że ją zabiję…
 -  Siedź cicho -  powiedziała do mnie.
 -  No przecież widzę, co tu się dzieje, co tu wyprawiasz. Nie wygłupiaj się!
 -  Nie wygłupiam się.
Zaproszono nas na zaplecze. Okazało się, że była tam sala dla VIP’ ów. Ekspedientki uwijały się, jak     w ukropie. Przynosiły różne ciuchy, a ja musiałam je wszystkie mierzyć. Zaczęło mi się to podobać. Myślałam nad zemstą nad Dominiką, ale stwierdziłam że zrobię to później. Obwieszone różnymi torbami i paczkami, wyszłyśmy ze sklepu. Okazało się, że całą garderobę mam nową. Dominika była dumna z siebie.
 -  Ja się jeszcze z tobą policzę -  powiedziałam.
 -  Przestań. To dla twojego dobra.
 -  O czym ty mówisz? Przecież ja mam całą szafę ubrań! -  Zdenerwowałam.
 -  Ubrań ze wspomnieniami  -  prawie wykrzyczała  -  weźmiesz to wyrzucisz. Możesz oddać do domu starców, albo gdzie…
 -  Myślisz, że w domu starców, będą takie coś nosić?
 -  Nie wiem. To oddaj do przytułku. Na pewno ktoś będzie szczęśliwy.
 -  Biżuterii nie wyrzucę -  od razu zapowiedziałam.
 -  Tego ci nie każę, ale ciuchy tak -  rzuciła wkładając paczki do samochodu -  uwierz mi. Parę związków przeżyłam i wiem, jak to się robi. Nie stać cię na rozczulanie się nad sobą!
- Ale ja się nie rozczulam!
 -  A co to było dziś rano?!
 -  No troszkę mnie poniosło…
 -  To żeby cię nie ponosiło, idziemy do twojej szafy i wyrzucamy wszystko -  zdenerwowała się -  dawno powinnaś to zrobić! -  Wkurzyła się Dominika.
 -  Jaka ty bojowa się zrobiłaś! -  Rzuciłam wsiadając do auta.
 -  Bo mam dosyć patrzenia na twoje cierpienie! Musiałam coś zrobić. Teraz chcę widzieć twoją roześmianą buzię.
W bojowym nastroju dojechała do domu na Wiśniową.
 -  Idziemy do ciebie. Przypilnuję cię. Nie myśl sobie… Jak ty tego nie zrobisz, to ja to zrobię.
-  Ale… Tam są naprawdę ładne i dobre rzeczy…
 -  Nie ma żadnego ale…
 -  No..
 -  „No” też nie.
 -  Może…
 -   „Może” też nie -  mówiła wchodząc po schodach. Otworzyła drzwi do mojego pokoju i weszła tam  -  halo?! Wchodzisz, czy nie? Robisz to? Czy ja mam to zrobić?
Zrezygnowana weszłam do pokoju.
 -  Wiesz co? Jesteś straszna.
 -  Wiem  -  otworzyła szafę.
 -  Jezus! Maria! Ile rzeczy- Cofnęła się -  ty… ty w tym wszystkim chodziłaś?!
 -  No, nie we wszystkim…
 -  To odkładaj wszystko, co sobie sama kupiłaś, a nie wiadoma osoba.
Podeszłam niechętnie do szafy i zaczęłam się zastanawiać, co mam z niej wyrzucić. Dominika mnie obserwowała i w pewnym momencie zaczęła wyciągać ubranie i wyrzucać.
 -  No czekaj, czekaj nie! Poczekaj! To sobie przywiozłam z Polski!
- Ale w tym chodziłaś, jak był Harry?
 -  No… tak.
 -  To, to się nadaje do wyrzucenia. Terapia wstrząsowa.
Za chwilę na podłodze leżał duży stos ubrań.
 -  To dostałam od Ellie…
 -  Zostaw to  -  warknęła.
 -  Mam już dosyć!
 -  Zaraz wszystko spakujemy i wywieziemy.
 -  Gdzie?!
 -  Na śmietnik… dobrze.. Zabiorę do siebie i wystawię na allegro.
W szafie zawisły rzeczy, które zakupiłyśmy dzisiaj  w sklepie.
 -  Dobra  -  powiedziała Dominika  -  jesteś już gotowa.
 -  Na co?! -  Zdziwiłam się.
 -  Na nowy związek -  uśmiechnęła się łobuzersko.
 -  Czyś ty na głowę upadła?!
 -  Przecież wiadomo, że Niall do ciebie miętę czuje od bardzo, bardzo dawna  -  wypaliła.
- Co wy mnie tak z tym Niallem swatacie?! -  Zaczęłam się głowić.
 -  Nie zastanawiaj się. Jedź na wakacje. Może coś z tego będzie.
Popukałam się trochę w głowę.
 -  Wiesz, co? Chyba upadłaś na głowę.
 -  Pogadamy, jak wrócisz. Może mi jeszcze podziękujesz.
- Ale się z ciebie swatka zrobiła! -  Rzuciłam zamykając szafę.
Wrzuciłyśmy ciuchy do toreb i zniosłyśmy na dół.
 - Poczekaj, muszę zadzwonić do Zayna, żeby przyszedł. Halo? To ja kotku. Czy możesz przyjść do Megan? Tak, ubierz się. Jesteś potrzebny. Przeniesiemy parę rzeczy. Nie, Meg się do nas nie przeprowadza, chociaż może to tak wyglądać, no ale mniejsza z tym. Popatrzyła na mnie krytycznie.
 -  Idź się przebierz.
 -  Jak to mam się przebrać?!
 -  W tych ciuchach nie będziesz już chodzić.
 -  Ty despotko! -  Powiedziałam. Widziałam z jej miny, że mi nie odpuści… Była w bojowym nastroju, więc nie chciałam z nią zadzierać. Potulnie podreptałam na górę i przebrałam się. Gdy zeszłam na dół, Dominika popatrzyła na mnie i  uśmiechnęła się.
 -  Wyglądasz dużo lepiej -  skomentowała -  a gdzie są tamte ciuchy?
 -  Zostawiłam na górze.
 -  To przynieś je. Zabiorę je również.
 -  Ale…
 -  Żadnych „ale”!
W nowych rzeczach czułam się faktycznie dobrze. Po krótkim czasie przyszedł Zayn.
 -  Zabierz te paczki do nas  -  rozkazała Dominika.
- Co tak dużo tego?
 -  Nie dyskutuj, tylko zanoś!
- Co ty w takim bojowym nastroju?
 -  A mnie się pytasz?!  -  Rzuciłam.
 -  No przecież ty byłaś z nią cały czas.
 -  Nie wiem, co to. Możliwe, że to jest jakiś odwet, tylko nie wiem za co i na kim..
Zayn zaczął wynosić paczki. Sporo jeszcze tego zostało, więc Dominika stała nad nimi i pilnowała, żebym czegoś nie zabrała. Gdy Zayn wracał trzeci raz z siatkami, do ich domu, drzwi do domu Nialla się otworzyły.
- Co wy robicie? -  Zapytał zaniepokojony.
 -  Meg się do nas przenosi -  zażartował Zayn.
- Co?!  -  Zdenerwował się Niall i czym prędzej przyszedł do nas  -  dlaczego przenosisz się do Dominiki i Zayna?
- Co?! Nie, nie przenoszę się -  rzuciłam zdezorientowana.
 -  Zayn mi powiedział…
 -  To cię wkręcił.
 -  Jak ty ładnie wyglądasz  -  zauważył.
 -  Odnowiłyśmy szafę Megan -  sprostowała Doma.
 -  Bardzo korzystnie -  zaczął oglądać mnie z wszystkich stron.
 -  Przepraszam, czy ja jestem jakąś lalką, którą się ogląda? -  Zdenerwowałam się.
 - Ale z ciebie laska się zrobiła -  stwierdził.
Doma zachichotała pod nosem.
 -  Widzisz, tego ci trzeba było -  powiedziała do mnie.
Ktoś zapukał  do drzwi.
- Co się u was wyprawia?! Zayn lata z torbami w te i we w te…
 -  Odnawiamy garderobę.
 -  Jak ty ładnie wyglądasz! Gdzieś to kupiłaś?! Ja też chcę mieć coś takiego! -  Rzuciła Ellie.
 -  I co? Będziecie wyglądać, jak bliźniaczki?  -  Zakpiła Doma  -  wybij to sobie z głowy. Wysyłasz Megan na wczasy, to musi mieć nowe ciuchy, a jeszcze w towarzystwie mężczyzny…
 -  Niall to nie mężczyzna  -  rzuciła szybko Ellie.
 -  Ekhem…. Ja tutaj jestem  -  obruszył się Niall.
 -  No, dobrze. Jest z ciebie kawał chłopa – przyznała  -  nawet, jak spojrzeć, to niezłe z ciebie ciacho, ale wolę Louisa.
- Co o mnie gadacie? Fiu, fiu, fiu… co to za piękność tu stoi? Skąd ją wytrzasnęłyście? -  Powiedział Louis.
 -  Ty zdaje się, że jesteś zajęty… to impreza dla wolnych…
 -  A co tu przepraszam robi moja żona?
 -  Pytaj mnie, a ja ciebie -  rzuciłam.
 -  Wpadła coś pożyczyć.
 -  A czego jej zabrakło?
 -  LOUIS, zamknij się! -  Warknęła Ellie -  jeżeli to jest impreza dla wolnych, to wychodzimy  -  wypchnęła go przez drzwi.
 -  Kobieta mnie bije! -  Usłyszeliśmy za nim zamknęły się drzwi.
 -  To co robimy z tak pięknie rozpoczętym wieczorem? -  Zapytał Zayn, który zdążył wrócić po następne torby.
 -  Zayn, my idziemy, bo mamy misję do wykonania.
 -  Jaką misję?
 -   Wytłumaczę ci wszystko w domu  -  i nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, drzwi zamknęły się za nimi.
 -  Jesteś głodny? -  Zapytałam.
 -  No… coś bym wrzucił -  uśmiechnął się.
 -  To idę do kuchni.
 -  A mogę z tobą?
 -  Chodź.
 -  Już się cieszę na nasz wyjazd  -  rzucił Niall  -  zostałaś całkowicie odmieniona.
 -  No może nie całkowicie, ale trochę.
 -  Świetnie ci w tym nowym ubraniu  -  powiedział Niall.
 -  Dziękuję, dziękuję. Dzięki Bogu mogłam sama wybrać -  mruknęłam pod nosem.
- Co mówiłaś?
 -  Nic. Tak do siebie.
Przygotowałam kolację i postawiłam ją na stole, lecz po ilości którą zjadł Niall, stwierdziłam że chyba jest chory.
 -  Niall, czy ty jesteś chory? -  Zapytałam.
 -  A dlaczego pytasz?
 -  No bo zjadłeś strasznie mało.
 -  Nie… jakoś nie jestem głodny  -  wykręcił się od odpowiedzi  -  wybacz, ale nie mogę się na ciebie napatrzeć, tak ci dobrze w tym stroju.
 -  To co? Straciłeś apetyt na mój widok? -  Zakpiłam sobie -  to się zastanów, czy chcesz jechać, bo jeszcze umrzesz z głodu…
Niall rzeczywiście nie zjadł dużo, więc zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę nie jest chory. Szybko stosunkowo wyszedł. Gdy poszedł postanowiłam, że pójdę spać. Weszłam jeszcze na Skype, zobaczyć czy nie ma tam Gabi, ale nie była widoczna. Zadzwoniłam jeszcze do mamy, ale Mały Joe powiedział, że pojechała na lotnisko.
 -  Już?! -  Zdziwiłam się.
Policzyłam czas i doszłam do wniosku, że Gabriela faktycznie niebawem będzie lądowała, o ile już tego nie robiła. Postanowiłam, że zaczekam na telefon.
Rzeczywiście po pół godzinie, zadzwoniła komórka, więc szybko weszłam na Skype.
 -  Jesteśmy już w domu, dzieciaki ci chciały coś powiedzieć.
 -  Mamusiu! Toni pilotował samolot i ja też! -  Usłyszałam Darcy.
 -  I co? Jak było?
 -  Supel! -  Powiedział Antoś.
 -  To bardzo się cieszę, a ciocia Gabi się nie zgubiła?
 -  Nie.
 -  A byliście grzeczni?
 -  Tak!
W okienku pojawiła się Gabriela.
 -  Wszystko okej. Prawie nie odczułam, że lecę z dwójką dzieci. Stewardessy pomogły mi we wszystkim.  Muszę kończyć, bo Mały Joe czeka z kolacją.
 -  Okej, to ucałuj wszystkich ode mnie i życzę miłej kolacji.
 -  Dzięki!  -  Gabi się rozłączyła.
Nawet nie wiem kiedy zasnęłam… Na następny dzień rano, gdy się obudziłam usłyszałam, że coś się dzieje na dole. Zerwałam się na równe nogi i pierwsza myśl, jaka mi przyszła: BOŻE CZY TO HARRY?!        O mało się nie wywaliłam na schodach. Gdy zbiegłam na dół. Na stole stało śniadanie i usłyszałam jakieś odgłosy dochodzące z kuchni.
 -  Przepraszam, kto tu jest? -  Zapytałam.
Coś spadło. Z kuchni dobiegło mnie przekleństwo po polsku, co jeszcze bardziej mnie zaniepokoiło.
 -  Dominika? Co ty tu robisz? -  Zapytałam.
 -  Pomyślałam sobie, że zjemy razem śniadanie, bo ty taka przyzwyczajona jesteś, że zawsze z kimś jesz, więc postanowiłam przyrządzić coś na śniadanie, ale wiesz, jak to nie we własnej kuchni… Nic nie mogę znaleźć.  Jesteś sama?
 -  Tak, a dlaczego pytasz? Kto miałby być?
 -  Nie, nic bo myślałam, że wiesz… Zostawiłam cię z Niallem…
 -  No wiesz co?! Co ty mnie tak swatasz?!
 -  Pora najwyższa zapomnieć o starych dziejach!
Chciałam coś powiedzieć, ale ktoś zapukał do drzwi. Poszłam otworzyć.
 -  Słuchaj, pomyślałem sobie, że zjemy razem śniadanie, bo ty tak przyzwyczajona jesteś, bo zawsze     z kimś jesz, więc postanowiłem przyrządzić coś na śniadanie i przyniosłem… -  rzucił Niall. Nagle rozległ się przeraźliwy łomot z kuchni.
 -  Hmm… ktoś jest u ciebie?! -  Zdziwił się.
 -  Tak, Dominika przyszła w tym samym celu  -  wydusiłam z siebie.
 -  To może ja pójdę.
 -  Nie! Już wchodź. Miło z twojej strony!
Gdy kończyliśmy jeść, ktoś znów zapukał do drzwi.
 -  Ciekawa jestem, czy ktoś znowu przyszedł ze śniadaniem -  powiedziałam wdzięcznie wstając od stołu. Poszłam otworzyć. Była to Ellie…
 -  O! Ładna piżamka, cześć! Właśnie przyszły bilety! Lecicie jutro!
- Co?!
 -  O, widzę, że nie jesteś sama. Myślałam, że wypijemy kawę.
 -  Wchodź -  wprowadziłam Ellie do salonu -  przyniosłam coś słodkiego, ale widzę że muszę iść po więcej. Zaraz wrócę.
 -  Czy dla Louisa też mam robić kawę?
 -  Nie Lou zostanie z dziećmi.
Nie zamykając  na klamkę przymknęłam drzwi. Po pewnym czasie przy moim stole siedzieli już wszyscy…
Doszłam do wniosku, po raz kolejny, że mam niezastąpionych przyjaciół. Eleanor zaczęła nawijać na temat naszego wyjazdu…
 -  No więc lecicie jutro na Jamajkę. Macie załatwiony pięciogwiazdkowy hotel  -  o mało się nie udławiłam  -  należy wam się to! Macie ful wypas i macie się bawić świetnie! Zastanawiałam się nad jednym pokojem, ale wzięłam dwa… Musicie się spakować. Jeszcze macie dziś, żeby kupić najpotrzebniejsze rzeczy. Olejek mam nadzieję, że macie -  powiedziała.
 -  ojej Ja nie mam -  zorientowałam się.
 -  To jedźcie razem. Zaoszczędzicie na benzynie  -  rzucił Liam.
 -  Może wam pomóc w zakupach?  -  Rzuciła bez namysłu Ellie. Louis ją szturchnął, więc spuściła głowę   -  Zapomniałam, że mam coś do załatwienia -  powiedziała.

Po krótkim czasie wyszli z Louisem. Zaczęłam się dusić ze śmiechu. Sytuacja zaczęła mnie bawić. Wszyscy na siłę chcieli nas zeswatać, ale postanowiłam dobrze się bawić. Wybrałyśmy się jeszcze        z Dominiką na uzupełniające zakupy, co było zagrożeniem dla mojego portfela… Jednak z całą przyjemnością wydałam jeszcze parę dolarów. Wieczorem zostałam spakowana. Na następny dzień rano, zostaliśmy z Niallem odwiezieni na lotnisko. Wszyscy nas wycałowali i życzyli miłej zabawy, po czym zostaliśmy sami.
_________________________________

Więc tak... Chciałam na początek podziękować wszystkim osobom, które komentowały. Bardzo Wam dziękuje i macie u mnie naprawdę wielkiego plusa :) 
Pozostałym czytelniczkom również chciałam podziękować za to, że czytacie/ czytałyście bloga. Nie mogę wciąż uwierzyć, że stuknęły mi dwa lata odkąd wrzuciłam pierwszy wpis, jednak z przykrością chcę stwierdzić, że opowiadanie zbliża się ku końcowi. Przyczyniła się do tego mała ilość komentarzy, mimo że wejść jest dość sporo. Prosiłam Was, jednak działało to w jedną stronę. Czy jest mi przykro? Tak, ale kogo to obchodzi... Macie (oczywiście nie wszystkim. Te osoby wiedzą, o co chodzi) wszystko gdzieś. Taki jeden marny komentarz serio motywuje, jednak jak widać nie stać was nawet na to. Po prostu nie ma sensu prowadzić dłużej tego opowiadania,bo mam wrażenie jakbym pisała tylko dla siebie. 
                                                                                                        ~Meg

piątek, 23 maja 2014

107

Siedzieliśmy z Niallem i dzieciakami w salonie Simona i czekaliśmy aż rozpocznie się ceremonia. Byli wszyscy. Z Wiśniowej, ciocia Agnieszka z Martinem, trochę rodziny z Polski, mama z Michałem. Sala była pełna. Oczywiście był jeszcze zespół The Wanted ze swoimi dziewczynami. Impreza się rozpoczęła. Gabi wyglądała olśniewająco. Jay wyglądał na bardzo szczęśliwego. Promieniał wręcz szczęściem.
Zrobiło mi się tylko bardzo smutno, gdy przysięgali sobie miłość i wierność do końca życia. Stanął mi Zamek Królewski przed oczami. Szybko tą wizję jednak przepędziłam i zaczęłam cieszyć się ich szczęściem.
Wesele było bardzo udane. Wytańczyłam się z wszystkimi, a najwięcej z Niallem. Oczywiście Harryego nie było. Dominika poprzedniego dnia z powrotem przeprowadziła się do Zayna i oboje promienieli szczęściem. Do sklepu zatrudniłyśmy dwie sprzedawczynie, oraz dziesięć osób do produkcji biżuterii. Wynajęłam już firmę budowlaną, która miała powiększyć nasz sklep. Firma zaczęła się kręcić pełną parą, z czego byłam bardzo szczęśliwa.
Dzieci były bardzo grzeczne i nie rozrabiały, jak na poprzednich ślubach. Louis wywinął kilka dowcipów, jak to Louis -  prawda?
Eleanor już się pogodziła, że musi coś wyprawiać. Kazik był dumny ze swoich potraw, a Simon czynił honory pana domu. Wesele skończyło się o siódmej rano i wszyscy byli bardzo zadowoleni. Gabriela    z Jayem, mieli odlecieć o siedemnastej, więc postanowiliśmy wszyscy, że ich odwieziemy. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy.
Na lotnisku, Dominika mi szepnęła:
 -  Musimy pogadać!
 -  Teraz? -  Zdziwiłam się.
 -  Nie! Później -  rzuciła twardo.
Całe towarzystwo wróciło na Wiśniową i stwierdziliśmy, że musimy pomóc Kazikowi zniszczyć to, co zostało. Kazik był w swoim żywiole i fruwał po kuchni.  Zadzwoniła moja komórka.
 -  Halo? -  Odebrałam. Dzwonił Derek z informacją, że złożył papiery w sądzie. Podziękowałam mu za informację i rozłączyłam się. Trochę straciłam humor, ale Louis za chwilę mi go poprawił. Wyciągnął mnie do tańca i powiedział:
 -   Wybij go sobie z głowy. Jest dupkiem i koniec  -  dobrze, że to się stało po trasie koncertowej.
- Co miałeś na myśli?
 -  Bo bym go zabił własnoręcznie i chyba nie jestem jedyny -  popatrzył na Nialla.
Niall, jakoś blisko nas tańczył i pokiwał potakująco głową.
 -  To cieszę się, że go nie zabiliście -  powiedziałam.
Louis prychnął.
 -  Jeszcze się nie spotkaliśmy…
 -  Ja nie chcę iść do więzienia.
 -  No wreszcie -  mruknął Lou.
- Co wreszcie?
 -  Wreszcie się roześmiałaś! Witamy z powrotem. Wiedz, że każdy z nas służy ci pomocą.
 -  Wiem, że na was mogę liczyć -  odpowiedziałam.
 -  Odbijany! -  Usłyszeliśmy.
Za Lou stał Niall.
- Co on ci tak gruchał? -  Zadał mi pierwsze pytanie, gdy mnie przejął w swoje ramiona.
 -  To jest nasza słodka tajemnica -  powiedziałam.
 -  No powiedz!
 -  Nie! Powiedziałam, że to nasza słodka tajemnica.
 -  Bo powiem Eleanor!
Kolacja potrwała trochę krócej, niż wesele i mocno zmęczeni wróciliśmy do domu. Michał poszedł  spać, a my z mamą usiadłyśmy jeszcze przy herbacie.
 -  I co zamierzasz teraz robić? -  Zapytała mama.
 -  Muszę trochę popracować w sklepie, więc będę miała trochę zajęć.
 -  A jak się czujesz? Powiedz.
 -  Dzisiaj Derek mnie zawiadomił, że złożył papiery rozwodowe. Było mi bardzo ciężko, ale zdecydowałam, że muszę to zakończyć…
 -  I to bardzo słusznie -  powiedziała mama.
 -  Nie przypuszczałam, że sprawy się tak potoczą.
 -  Nikt tego nie wiedział… Szkoda, że to się tak skończyło.
 -  Też żałuję -  powiedziałam- Ale nie ma co. Zachowuje się, jak zachowuje, nawet przez ten czas nie zadzwonił i się nie zapytał o dzieci…
 -  Po prostu go przerosłaś -  stwierdziła mama.
 -  Trzeba iść spać, bo już trochę późno -  rzuciłam zbierając się. Zachciało mi się płakać -  jutro mam masę zajęć. Wykorzystam jeszcze to, że jesteście.
 -  Oczywiście! Pozałatwiaj sobie, co potrzebujesz, my się dzieciakami zajmiemy.
Nazajutrz pojechałam do sklepu, gdzie rozpoczęła się już budowa. Ekspedientki dawały sobie radę,    a towar spływał sukcesywnie ze sklepu. Nawet nie wiem, kiedy nasz sklep przerodził się w takie „imperium”. Miałyśmy zatrudnione dwunastu pracowników, interes się kręcił, drzwi się nie zamykały, trudno było nastarczyć z towarem. Zajęłam się projektowaniem nowych wzorów. Zamówiłam materiały i znowu nie wiedziałam, kiedy minął mi cały dzień. Wróciłam do domu wieczorem, gdzie powitały mnie zachwycone dzieci.
 -  Mamusiu! Byliśmy w muzieum!
 -  Jakim muzeum? -  Zapytałam.
 -  Muzieum.
- Ale jakim? -  Dopytywałam się dalej.
 -  No w muzieum.
 -  W muzeum zabawek -  powiedziała Darcy.
 -  To jest takie? -  Zdziwiłam się.
 -  Antoś to chciał zabrać wszystkie zabawki.
 -  Nawet nie wiedziałam, że jest tu takie muzeum  -  powiedziałam, uśmiechając się do mamy.
 -  Widzisz? Tyle czasu mieszkasz w Chicago i co?
 -  Pojedziemy tam jutro? -  Zapytała Darcy.
 -  No przecież już byliście.
- Ale my chcemy jeszcze!
 -  Może innym razem… wybierzecie się z mamą i pokażecie jej, a teraz idźcie szybko się myć - odpowiedziała mama.
 - Popatrzyłam na zegarek. Była dziesiąta! Dzieciakom kleiły się oczy, więc powiedziałam:
 -  Robimy konkurs  -  kto pierwszy będzie w łóżku.
Dzieciaki zerwały się ze swoich miejsc i pobiegły na górę. Poszłam za nimi. Gdy weszłam do pokoju Antosia, leżał w swoim łóżeczku przykryty całkowicie kołdrą. 
 -  Ja juź jeśtem w łóźku.
Odkryłam kołdrę i tak jak przypuszczałam Antoś leżał pod nią jak wcześniej stał. Był nawet                   w kapciach.
 -  Antosiu tak nie można. Nie oszukuj! Przecież się nie umyłeś.
- Ale nie mówiłaś nić o myciu.
 -  Szybko wstawaj, rozbierz się i biegnij do łazienki – powiedziałam
Poszłam do pokoju Darcy. Na środku na podłodze leżały porozrzucane jej ubrania, które miała na sobie. Usłyszałam, że  Darcy jest pod prysznicem. Wróciłam do pokoju Antosia. Ten próbował się rozebrać, ale mu to jakoś nie wychodziło. Stał na środku pokoju i szamotał się z bluzą. Nie mógł jej zdjąć. Podeszłam do niego i pomogłam mu. Szybko rozebrałam go i pobiegł do łazienki. Poszłam za nim i zderzyliśmy się w drzwiach.
 -  Juź – powiedział wychodzący Antoś.
 -  Przecież się jeszcze nie umyłeś.
 -  Juź – odparł
 -  Nie oszukuj. Darcy się kąpie i ty też musisz. Pomogę Ci.
Szybko wykąpałam go i kazałam umyć zęby. Poczekałam, aż to zrobi i gdy kładłam go do łóżka              z sąsiedniego pokoju usłyszałam wrzask Darcy:
 -  Mamusiu już jestem w łóżku.
Wyszłam z pokoju Antosia i na korytarzu zderzyłam się z mamą.
 -  Jak tam?  – Zapytała mama pokazując na drzwi pokoju Antosia
 -  Już w łóżku rozebrany i umyty – odpowiedziałam – możesz opowiedzieć mu bajkę?
 -  Ok – powiedziała mama wchodząc do pokoju.
Poszłam do Darcy. Faktycznie leżała w piżamie w łóżku.
 -  No byliście równocześnie w łóżkach – powiedziałam
 -  Jak to?????????? – Zapytała zawiedziona Darcy
 -  No trochę musiałam wyrównać wasze szanse – odparłam – Antoś jest jeszcze za mały, aby sam wszystko zrobić. Ale ty jeszcze nie posprzątałaś – powiedziałam i pokazałam na ubrania walające się po ziemi.
 -  To jutro, bo dzisiaj chce mi się strasznie spać – odparła Darcy zamykając oczy udając, że śpi.
 -  Darcy zrób szybko porządek, bo jeszcze będziesz żle spała – powiedziałam
Darcy wstała naburmuszona z łóżka, złapała wszystkie rzeczy i zaniosła do łazienki. Usłyszałam, że otworzyła pojemnik na brudną bieliznę. Za chwilę była już w łóżku.
 -  No i nie lepiej? – Zapytałam
 -  Nie – odparła nadal naburmuszona.
 -  To co gniewasz się na mnie, czy mam ci przeczytać jakąś książeczkę? – Zapytałam
Darcy od razu się rozchmurzyła i podała mi bardzo zniszczoną, ukochaną bajkę. Przeczytałam ją. Gdy skończyłam smacznie spała. Poszłam do Antosia. On również spał. Mamy już nie było. Zeszłam  do salonu. Mama siedziała w fotelu i oglądała coś w telewizji.
 -  Już wszyscy śpią? – Zapytała
 -  Tak – odparłam – a ty nie idziesz spać?
 -  Jeszcze sobie pooglądam telewizję, jeśli ci to nie przeszkadza? – Odpowiedziała
 -  Nie, oglądaj do której chcesz – odparłam i poszłam na górę.
Zadzwonił mój telefon.
 - Halo? -  Po drugiej stronie usłyszałam jakiś bełkot
 -  Halo! -  Znowu bełkot
Rozłączyłam się. Za chwilę telefon znów zadzwonił. Znów ta sama osoba znów to samo. Zdenerwowałam się,  wyłączyłam komórkę i poszłam spać. Miałam jakieś dziwne sny, ale gdy rano się obudziłam, nie pamiętałam ich. Obudziłam się zmęczona i na siłę wstałam z łóżka. Poszłam do kuchni, przygotowałam śniadanie dla dzieciaków. Po chwili w kuchni pojawiła się mama.
- Co tak wcześnie wstałaś? -  Zapytała.
Popatrzyłam na zegar. Było dziesięć po szóstej.
 -  Nie wiem. Miałam jakieś dziwne sny, nie pamiętam. Musiałam wstać.
- Jakie masz plany na dzisiaj? -  Zapytała mama.
 -  Chyba muszę sobie zrobić trochę wolnego -  odpowiedziałam.
 -  To może gdzieś się wybierzemy?
 -  Wiesz, to jest niezły pomysł. Przydałoby mi się parę dni wolnego.
 -  To może pojedziemy do Disneylandu?  -  Zaproponowała mama  -  Dzieciakom przydałoby się trochę zabawy.
Postanowiłam, że załatwię rezerwację. O w pół do ósmej, ktoś zapukał do drzwi. Był to Niall.
 -  A co ty tu robisz o tej porze?
 -  Przyszedłem po Darcy.
 -  Cześć wujek! Już jestem gotowa! -  Usłyszałam za plecami.
 -  Dobrze. Już idziemy królewno.
 -  Wpadnij do mnie później -  powiedziałam, gdy wychodzili.
 -  Na śniadanko? -  Zapytał z nadzieją.
 -  Oczywiście może być na śniadanko.
Zaczęłam przygotowywać na pełnych obrotach śniadanie, gdy na dół zszedł Michał.
 -  Czy mama ci mówiła o naszym projekcie? -  Zapytał.
 -  O jakim projekcie -  zainteresowałam się.
 -  Wypadu z Chicago.
 -  A tak, wspomniała mi.
 -  I co ty na to?
 -  Nie jest to zły pomysł -  powiedziałam.
 -  O czym rozmawiacie? -  Zapytała wchodząc mama.
 -  O wyjeździe -  wyjaśnił Michał.
 -  No i co?
 -  Megan twierdzi, że to niezły pomysł.
 -  Jaki pomysł? -  Usłyszeliśmy od drzwi.
 -  Chcemy jechać do Disneylandu.
 -  Super pomysł! -  Powiedział Niall.
 -  To co? Chcesz jechać? -  Zapytałam.
 -  Wszyscy by chcieli!
 -  To, co? Wynajmujemy samolot i lecimy? -  Zażartowałam.
 -  A czemu nie?  -  Rzucił Niall  -  byłaś w Disneylandzie?
 -  Nie, tylko w Euro Disneylandzie -  odpowiedziałam.
Okazało się, że wszyscy chcą jechać i zorganizowaliśmy wyjazd zbiorowy. Dzieciaki były zachwycone, dorośli zresztą też. Spędziliśmy tam bardzo miłe, trzy dni i wreszcie mogliśmy wyszaleć się na wszystkich atrakcjach. Przylecieliśmy  rozemocjonowani i gdy podjechaliśmy na Wiśniową był wieczór. W jedynym domu paliły się światła. Był to mój dom. Zaczęłam się zastanawiać, czy zapomnieliśmy pogasić światła przed wyjazdem. Weszliśmy do domu wszyscy. Jakimś dziwnym trafem znaleźli się po prostu wszyscy… Weszłam do salonu, ale nikogo tam nie było.  Zgasiłam światło i powiedziałam na cały głos:
 -  Chyba zapomniałam zgasić światła przed wyjściem.
Coś zaczęło się dziać w bibliotece. Wszyscy zamarli.
 -  Dzwonię po policję! – Powiedziała mama.
Ellie zabrała wszystkie dzieciaki  i wybiegła z nimi z domu. Louis z Niallem zaczęli rozglądać się za czymś ciężkim.
 -  Cicho bądźcie -  rozkazał Liam.
Louis złapał pogrzebacz, a Niall pierwsze, co mu wpadło w ręce, czyli parasol… Mama poszła do salonu, do telefonu, a Michał z Liamem szukali czegoś, czym mogliby obezwładnić złodzieja. Ja stałam z Danielle na środku korytarza.
 -  Schowajcie się -  wyszeptał Louis.
Schowałyśmy się za schodami i gdy to zrobiłyśmy, drzwi od biblioteki się otworzyły. Chłopcy                  z narzędziami rzucili się na złodzieja. Było ciemno, więc nic nie widziałyśmy. Zaistniała jakaś szamotanina i po chwili zapanowała cisza.
 -  Mamy go! -  Powiedział lekko zdyszany Liam.
 -  Nie uszkodziliście go? -  Zapytała Danielle.
 -  No trochę mu przygrzmociłem -  powiedział Lou.
 Na to wpadła mama.
 -  Policja już jedzie! -  Krzyknęła.
 Z tobołka, który leżał u nóg chłopaków, dotarły do nas, jakieś pomrukiwania.
 -  Cicho bądź, bo ci przygrzmocę jeszcze raz! -  Powiedział Niall bojowo.
Po krótkim czasie przyjechała policja.
 -  Czy można zapalić światło? -  Zapytał policjant.
- Ależ tak, oczywiście -  powiedziałam.
Wszyscy zaczęli mówić jeden przez drugiego, włącznie z dywanem, który coś pomrukiwał… Tak, dywanem.
 -  Po kolei. Wszyscy po kolei. Nie wszyscy na raz  -  rzucił policjant  -  kto jest właścicielem domu.
 -  Ja- odpowiedziałam.
 -  Proszę mówić, co tu się wydarzyło.
Zaczęłam opowiadać. Wszyscy pozostali dogadywali.
 -  CISZA, SPOKÓJ -  zdenerwował się policjant.
Ponieważ dywan, cały czas się poruszał, policjant stwierdził, że trzeba wyzwolić złodzieja. Gdy rozwinęli dywan, o mało nie upadłam z wrażenia. W dywanie leżał wściekły Harry. Wszyscy zamarli      i w tym momencie z wielkim hukiem otworzył się parasol, który trzymał w dłoni Niall.
 -  Yyy… Co ty tu robisz?  -  Zapytał  Niall wywijając mu przed nosem parasolem.
 -  Jak to? Nie mogę być we własnym domu?!  -  Powiedział wściekły Harry.
 -  To chyba już nie twój dom! -  Wysyczała mama.
Policjanci byli zdezorientowani.
 -  Rozumiem, że państwo się znacie -  powiedział jeden z nich.
 -  Tak znamy się- odpowiedział z niesmakiem Liam.
 -  W takim razie, nie jesteśmy potrzebni  -  powiedział drugi z nich.
 -  Wręcz przeciwnie  -  rzucił Michał  -  obawiam się ostrych zajść tutaj… -  zerknął na chłopaków.
 -  Czy wszyscy państwo tu mieszkacie?
 -  Nie. Jesteśmy sąsiadami  – odparł Li
 -  To proszę, aby osoby niemieszkające w tym domu, opuściły budynek.
Niall i spółka niechętnie wyszli. Harry został zaprowadzony do biblioteki, a ja z rodzicami do salonu. Jeden policjant przesłuchiwał jego, a drugi nas. Gdy przesłuchanie dobiegło końca, policjanci stwierdzili, że nie mają co tu robić i się pożegnali. Siedziałam odrętwiała na kanapie. Gdy policjanci wyszli całe towarzystwo znowu weszło do środka.
 -  Grupa wsparcia? -  Zapytał Harry.
 -  Ja nadal trzymam pogrzebacz -  ostrzegł go Louis.
 -  A ja….. Parasol -  dodał Niall.
Było to przekomiczne.
 -  Po co przyjechałeś? -  Zapytała lodowato mama.
 -  Chyba wystarczająco narozrabiałeś  -  poparł ją Michał.
 -  Jesteś tu niemile widziany -  rzuciła Danielle.
 -  Czemu się wtrącasz w moje sprawy? -  Zapytał Harry Danielle.
 -  To są nie tylko twoje sprawy  -  powiedział Liam.
- Co to ma znaczyć?!  -  Powiedział Harry rzucając mi papiery.
 -  To co z nich wynika  – powiedziałam  -  nie umiesz czytać?
 -  Jaki rozwód?!
 -  Czy tobie trzeba tłumaczyć, jak dziecku, że jak się ludziom nie układa, to trzeba wziąć rozwód? -  Zapytał Niall.
- Ale ja się nie zgadzam!  -  Ryknął Harry.
 -  Ty szalejesz od pół roku, gdzieś po świecie, nie interesując się nawet własnymi dziećmi. Na co ty się możesz zgadzać, albo i nie?!  -  Usłyszeliśmy podniesiony głos Michała.
 -  Ja dawałem czas Megan, żeby się zastanowiła!
 -  Nie odzywając się do niej i pijąc na umór? -  Rzucił Niall.
W tym momencie uświadomiłam sobie, co to były za bełkotliwe telefony.
 -  To ja zabieram dzieci! -  Zdecydował Harry.
 -  Nie ma mowy! -  Odpowiedział błyskawicznie mu Niall.
 -  Niall! Wynoś się stąd!  -  Ryknął Harry i rzucił się na niego z gołymi rękoma.
Niallowi otworzył się znowu parasol.
 -  Myślę, Harry że lepiej będzie, jak ty się wyniesiesz -  powiedziała mama.
 -  Zawiodłeś nas wszystkich i pomyśleć, że byliśmy przyjaciółmi  -  rzucił Louis.
 -  Wszyscy będziemy świadczyć przeciwko tobie  -  powiedziała Danielle.
Harry popatrzył na mnie, a ja powiedziałam lodowatym głosem:
 -  Wynoś się stąd.
Usłyszałam pomruk aprobaty. Harry jak nie pyszny wyszedł, rzucając:
 -  Nie dam ci rozwodu.
Po jego wyjściu, wszyscy odetchnęli z ulgą.
 -  Megan! Musisz wymienić zamki!
 -  Tak, jutro to zrobię -  powiedziałam twardo.
 -  Od bramy też trzeba zmienić -  rzucił Lou.
 -  Jutro wezwę ślusarza -  dodał Niall.
Do salonu wpadła Ellie.
 -  Dzieci śpią! Gdzie jest ta cholera?! Zaraz mu przyłożę!
 -  Ellie, uspokój się. Poszedł -  powiedziałam.
 -  Tylko żeby nie śmiał tutaj wracać.
 -   Myślę, że chłopcy dali mu do zrozumienia, żeby nie wracał.
 -  Myślę, ze powinnaś przenocować u mnie, bo nie wiadomo, co ten cholernik wymyśli  -  rzucił Niall.
 -   Ale przecież są rodzice..
 -  Rodzice też muszą przenocować gdzie indziej! Wiem! U Simona  -  rzucił.
 -  Myślicie, że wróci?
 -  A wiadomo, co w tym popieprzonym mózgu się zrobiło?

Stanęło wreszcie na tym, że z rodzicami będę spała u Simona, a w domu na wszelki wypadek zostawimy zapalone światło. Niall stwierdził, że będzie obserwował mój dom całą noc. Tak też zrobiliśmy.

______________________________________
    Ten rozdział jest dość... specyficzny :) Trochę bólu, jednak więcej śmiechu, co uwielbiam... :) Mam nadzieję, że przypadł Wam do gustu xx :)
 ~Meg

piątek, 9 maja 2014

106

Gdy siedzieliśmy nad lodami, zaczęłam mówić:
 -  Niall, strasznie was przepraszam. Wiem, że sprawiam wam bardzo dużo problemów.
Niall się obruszył.
 -  Nie sprawiasz problemów! Przecież od tego ma się przyjaciół!
 -  Jesteście wspaniali. Nie wiem, co bym bez was zrobiła… Chyba strzeliła sobie w łeb…
 -  No, no, no! Tylko bez myśli samobójczych! -  Zdenerwował się Niall.
 -  Przy takich przyjaciołach, jak wy nie ma się myśli samobójczych -  wyznałam -  jesteście najwspanialszymi ludźmi, na jakich mogłam trafić. Od jutra… nie, co ja mówię, od dzisiaj biorę się      w garść. Nie mogę być dla was obciążeniem. I tak i tak za długo byłam..
 -  No co ty gadasz?! Dla nas to sama przyjemność… No, może nie w takiej sytuacji. Źle się wysłowiłem. Wszyscy cierpimy z tego powodu. Harry zachowuje się jak idiota, skończony kretyn.
 -  Tak… Zdecydowałam, że muszę rozwiązać ten problem. Nie możecie cierpieć wy, a najbardziej maluchy.
- Co masz zamiar zrobić?
 -  Jutro, a właściwie dzisiaj zadzwonię do Dereka.
Zobaczyłam, że Niallowi robią się wielkie oczy.
 -  O czym ty mówisz?!
 -  Trzeba to przeciąć -  odpowiedziałam -  występuję o rozwód.
Niall popijał wodę i się zakrztusił.
 -  Nie utop się -  powiedziałam do niego -  jeszcze dzisiaj przeprowadzimy się do mnie do domu.
- Jeśli chcesz, zostań u mnie, ile chcesz -  powiedział.
 -  Już za długo siedzę ci na głowie…
 -  Dla mnie to sama przyjemność.
 -  Mhm… -  odpowiedziałam.
Dojechaliśmy do domu.
 -  Mamusia! -  Usłyszałam głos Antosia. Dopadła do mnie dwójka brudasów.
- Co wyście robili? Jak wy wyglądacie?
 -  Pieczemy ciasto dla ciebie! -  Krzyknęła Darcy.
 -  Sami pieczecie? -  Zdenerwowałam się.
 -  Nie, Kazik dał nam składniki. Pieczemy czekoladowe ciasto!
 -  A ile czekolady zjedliście?
 -  Tlośkę -  odpowiedział Toni.
Weszłam do środka.
 -  Słuchajcie. Idźcie się umyć. Pakujemy się i idziemy do domu.
 -  Przecież jesteśmy w domu.
 -  Tak, ale to jest nasz drugi dom. Wracamy do pierwszego.
 -  Tatuś wraca? -  Zapytał Tosiek.
 -  Nie, ale my idziemy do naszego domu. To jest dom wujka Nialla, nie możemy tyle czasu siedzieć mu na głowie.
Miny dzieciaków zrzedły.
 -  To nie będziemy się widywać już z wujkiem Niallem? -  Prawie płacząc zapytała Darcy.
 -  Będziecie. Kiedy będziecie chciały, możecie do mnie wpadać -  powiedział Niall -  ja też będę do was wpadał, jeśli mama pozwoli.
Popatrzyłam na Nialla surowo, po czym go szturchnęłam w bok.
 -  No co ty opowiadasz?! Dla ciebie drzwi są zawsze otwarte.
Do pokoju zajrzała Dominika.
 -  Hejka! Jak się macie?
 -  Całkiem dobrze -  odpowiedziałam.
 -  Jadę do sklepu zmienić Gabrielę.
 -  Jutro ja pojadę, jeżeli pozwolicie -  powiedziałam.
Dominika mi się przyjrzała i się uśmiechnęła.
 -  Zaczynam widzieć dawną Megan -  rzuciła i wyszła.
Zaczęłam pakować nasze rzeczy i gdy walizki były już gotowe, ginęły jakimś dziwnym trafem.
 -  Gdzie są moje walizki?! -  Zapytałam, gdy skończyłam.
 -  Na pewno jesteś zdecydowana? -  Zapytał Niall.
 -  Tak -  powiedziałam, biorąc głęboki wdech.
 -  To chodź. Idziemy do twojego domu.
Kiedy stanęłam pod drzwiami, zawahałam się.
 -  Jesteś pewna?
 -  Tak -  odpowiedziałam -  nigdy nie byłam pewniejsza -  odparłam.
Niall ze smutkiem otworzył drzwi  i wpuścił mnie, bym weszła.
 -  Zaraz przyniosę więcej walizek -  oznajmił i się wycofał.
Weszliśmy do środka. Widać było, że dom jest opuszczony, co zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Postanowiłam, że muszę przemeblować go, ale na razie należało mu się sprzątanie.
 -  Wiesz Darcy? Musimy zrobić porządki.
 -  Dobrze mamo.
 -  Ci ja teś mogę pomóć? -  Zapytał Antoś.
 -  Wszyscy będziemy pracować -  powiedziałam -  zamienimy się w ekipę sprzątającą i każdy będzie miał swoje zadanie. Na razie, musimy wstawić walizki i je rozpakować.
Za nami coś się zaczęło dziać. To Niall… Przyniósł następne walizki. Za nim stał Liam.
 -  To aż tyle miałam u was rzeczy?! -  Zdziwiłam się.
 -  No, uzbierało się -  przyznali.
Za chwilę za drzwiami pojawiła się Danielle.
 -  Przyszłam ci pomóc. Eleanor zajmie się dziećmi, a my doprowadzimy chałupę do porządku.
Rozdzieliła wszystkim zadania i każdy zajmował się inną częścią domu. Dzieci pobiegły do Ellie, a ja zajęłam się rozpakowywaniem, a reszta przydzielonymi funkcjami.
Wkrótce dom lśnił. Wszystko zostało popowieszane i poukładane w szafach. Nie zaglądałam do szafy Harryego, więc nie wiedziałam, czy są tam jakieś rzeczy, czy nie. Potem doszłam do wniosku, że chyba bałam się tam zajrzeć. Gdy skończyliśmy, wpadła Gabriela i powiedziała:
 -  Słuchajcie przyjdziecie do nas, czy mam tu przytargać obiad?
 -  Chyba tutaj -  odpowiedział Niall. Liam go poparł. Niall zachowywał się jakoś dziwnie, ale doszłam do wniosku, że pewnie był zmęczony.
Zjedliśmy obiad, dzieci poszły spać, Liam z Danielle poszli do siebie. Zostaliśmy z Niallem sami.
 -  Jesteście dla mnie tacy dobrzy -  zaczęłam pochlipywać siedząc naprzeciwko niego.
 -  Przestań, bo nie zniosę tego! Nie znoszę, jak płaczesz. Chodź no tutaj do mnie. Przytulę cię, wiesz że jestem mistrzem przytulania.
Zadzwonił telefon. Zastanawiałam się, czy odebrać.
 -  Mam odebrać? -  Zapytał Niall.
 -  Odbierz -  odpowiedziałam.
 -  Halo? -  Usłyszałam.. Zapanowała głucha cisza.
Za chwilę usłyszałam:
 -  Pomyłka.
 -  Kto to dzwonił?
 -  Nie wiem, jakiś kretyn, bulgotał do słuchawki. Wiesz, muszę coś załatwić, więc zostawię cię samą. Połóż się i się prześpij.
 -  Muszę jeszcze jedną rzecz załatwić -  powiedziałam.
 -  Nie zamykaj się, dobrze?
 -  Dobrze -  odpowiedziałam.
Wzięłam telefon i zadzwoniłam do Dereka.
 -  Halo? Czy zastałam Dereka? Mówi Megan Styles -  „Styles” przeszło mi ledwo przez gardło. Wręcz         z obrzydzeniem.
Za chwilę w słuchawce usłyszałam znajomy głos.
 -  Witaj Megan, co u was słychać, w czym ci mogę pomóc?
 -  Chciałabym się z tobą spotkać i omówić sprawę rozwodową.
 -  Czyja sprawa rozwodowa? -  Zdziwił się.
 -  Moja i Harryego -  odpowiedziałam.
 -  Będę u ciebie za dwadzieścia minut -  rzucił do słuchawki i się rozłączył.
Faktycznie za dwadzieścia minut był. Nie przyjechał sam, lecz z drugim przystojnym mężczyzną i od drzwi powiedział:
 -  Przepraszam cię, ale zabrałem ze sobą kolegę z kancelarii, gdyż ja cię nie mogę reprezentować. Mam kontrakt z One Direction, który zakazuje mi występowania przeciwko członkom grupy. Rozumiem, że Harry jest ciągle członkiem grupy? Kolega jest lepszy ode mnie i zajmuje się sprawami rozwodowymi. Zostaliśmy poinformowani, jako kancelaria o sytuacji i dlatego mamy przygotowane już papiery. Jeśli je podpiszesz, to zaczniemy procedurę rozwodową.
Byłam zaskoczona tym wszystkim, jak to się zaczyna toczyć. Panowie wyszli, zostawiając mi papiery. Wieczorem  zjawili się u mnie wszyscy i dosyć przyjemnie spędziliśmy koniec dnia. Gdy większość wyszła, zostaliśmy sami z Niallem, który zapytał:
 -  Na pewno chcesz zostać sama na noc?
 -  Sama nie zostanę. Zostanę z dziećmi.
 -  Pamiętaj, że gdyby coś się działo, masz do mnie zadzwonić.
 -  Dobrze, nie martw się. Zadzwonię, jeśli bym czegoś potrzebowała.
Niall poszedł. Ja posprzątałam po kolacji i poszłam do siebie do pokoju. Wzięłam prysznic i weszłam do łóżka. Byłam tak zmęczona, że zasnęłam od razu.
Rano obudził mnie Antoś.
 -  Mama, jeśtem głodny!
 -  Która godzina? -  Zapytałam.
 -  Nie wiem -  odpowiedział.
Popatrzyłam na zegarek. Było po dziesiątej. Zerwałam się z łóżka i pobiegłam do pokoju Darcy. Łóżko było zaścielone, a Darcy nigdzie nie było.
Zbiegłam na dół, gdzie znalazłam kartkę:
Zabrałem Darcy do przedszkola. Wszystko pod kontrolą.
                                                            ~Niall
- Co zjesz Tosiu? -  Zapytałam.
 -  Gofly -  rzucił, siadając na krześle.
Zrobiłam szybko gofry  i po chwili siedzieliśmy zajadając się śniadaniem.
Gdy zjedliśmy, postanowiłam że muszę dać znać, że żyję. Wybrałam numer do Ellie.
 -  Halo? -  Usłyszałam.
 -  Hej Ellie, czy Toni mógłby do ciebie przyjść?
- Ależ oczywiście! A co porabiacie?
 -  Muszę pojechać do sklepu, żeby zaopatrzyć lodówkę.
 -  To już żeście wszystko zjedli!? -  Zdziwiła.
 -  Jak to?
 -  No przecież masz pełną lodówkę!
 -  Jezus! Nawet do niej nie zajrzałam -  przyznałam się.
- Ale jak chcesz jechać do sklepu, to nie ma problemu.
 -  Myślałam o wyjeździe do mojego sklepu.
 -  A, chyba że tak! To przyślij do mnie Tonia.
Następny telefon wykonałam do Gabi. Odebrała Dominika.
 -  Słuchaj, chciałabym pojechać do sklepu. Nie będzie ci to przeszkadzało?
 -  Gabi zaraz jedzie, także jak chcesz, to zabierz się z nią. Witaj wśród żywych! -  Ucieszyła się.
 -  Za ile minut Gabriela wyjeżdża?
 -  Za pięć.
 -  Okej. Będę zaraz przy samochodzie -  wyprawiłam Tosia do Ellie, zabrałam torebkę i wyszłam zamykając drzwi na klucz.
Gabriela stała już przy samochodzie.
 -  Hej Meg! Cieszę się, że jedziemy razem! -  Zapakowałyśmy się do samochodu i pojechałyśmy. Byłyśmy dziesięć minut przed otwarciem -  Megan, zobacz. Tu brakuje tylu rzeczy…
Byłam z lekka przerażona. Brakowało prawie wszystkiego. Postanowiłam, że muszę zacząć projektować nową biżuterię. Sprawdziłam materiały i z przerażeniem doszłam do wniosku, że brakuje wszystkiego…
 -  Muszę pozamawiać materiały -  rzuciłam do Gabrieli i wycofałam się na zaplecze. Weszłam na stronę mojego ulubionego sklepu internetowego, zalogowałam się i zaczęłam zamawiać wszystko po kolei. Okazało się, że rachunek wyszedł na gigantyczną kwotę. Zaczęłam się zastanawiać, czy stać mnie na opłacenie go. Poszłam do Gabrieli.
 -  Gabi, jaka jest sytuacja finansowa firmy?
 -  Świetna! Wszystko masz na rachunku.
 -  Jak to wszystko mam na rachunku?
 -  No, tu masz wszystkie rozliczenia, które zapisywałyśmy, jak prąd, woda, śmieci, dzierżawa i inne wydatki, jak opakowania. Reszta pieniędzy jest na rachunku. Weszłam na rachunek i o mało nie spadłam z krzesła.
- Że niby ile?! Gabi… Ile czy tu jest tyle zer, ile powinno być?! -  Powiedziałam do przyjaciółki.
 -  Tak. Odpowiednia ilość. Przecież mówiłyśmy ci, że sklep nieźle zarabia.
 -  Cóż… Nie przypuszczałam, że aż tak dobrze zarabia…
Na rachunku było 800 000 euro.
 -  A widzisz. Ludziom się podoba, co tu jest -  rzuciła siadając przy kasie fiskalnej.
Sklep był pełen, a resztki towarów schodziły w piorunującym i zastraszającym tempie. Pobiegłam na zaplecze i zamówiłam czym prędzej towar, który miał być na jutro, to znaczy materiały… Usiadłam       i zaczęłam wymyślać nowe wzory.
Zadzwoniłam do Dominiki i powiedziałam:
 -  Słuchaj! Musimy zatrudnić pracowników!
Dominika o mało się nie zachłysnęła.
 -  Jak to?!
 -  Bo przecież ktoś musi robić tą biżuterię!
 -  No więcej nie możemy zrobić.
 -  Dlatego musimy kogoś zatrudnić.
 -  To może dajmy ogłoszenie?
 -  To jest dobry pomysł -  stwierdziłam -  trzeba będzie dobudować pracownię... -  Stwierdziłam.
 -  Widzę, że wróciłaś na dobre!
 -  No trzeba się tym zająć -  stwierdziłam -  bo nie długo przestaniemy mieć obrót i nie będzie czym handlować!
Rozłączyłyśmy się. Weszłam na stronę jakiejś gazety. Sformułowałam treść ogłoszenia. Zapłaciłam za nie. Wyznaczyłam termin naboru, za dwa dni o godzinie dziewiątej rano.
Zajęłam się dalszym projektowaniem i nawet nie wiem, kiedy minął mi cały dzień pracy. Nie zauważyłam nawet kiedy, Gabi zmieniła Dominika. Dopiero, gdy wsiadałyśmy do samochodu, stwierdziłam, że coś jest nie tak.
 -  Jezu, Doma?! Co ty tu robisz?!
 -  No, jak to co?! Pracuję.
 -  No, ale przyjechałam tu z Gabrielą.
- Ale ona pojechała załatwiać swoje sprawy.
 -  Boże… Ja nie wiem, jak ja się wam odwdzięczę.
 -  Przecież jest to nasz wspólny sklep, sama tak powiedziałaś.
 -  Nawet chyba wasz -  powiedziałam smutno.
- Co ty opowiadasz, bez ciebie ten sklep nie będzie istniał!
 -  Zamówiłam materiały, ogłoszenie w prasie, że prowadzimy nabór. Zrobiłam parę nowych projektów.
 -  To kiedy będzie ten sądny dzień?
 -  Jak to?! Jaki sądny dzień?!
 -  Na kiedy określiłaś nabór pracowników? -  Zapytała.
 -  Za dwa dni. Pojutrze.
 - Pamiętasz, że za pięć dni jest ślub?
 -  Pamiętam. Muszę jeszcze coś załatwić. Możesz podjechać do sklepu, w którym kupuje się prezenty dla Gabrieli i Jaya?
 -  Okej.
 -  Pomożesz mi wybrać.
 -  Jeżeli jeszcze jest co.
Po zdecydowaniu się na odpowiedni prezent ślubny i po kłótni z Dominiką, która stwierdziła, że jest to za drogi prezent, wróciłyśmy do domu. Popatrzyłam na zegarek. Było po osiemnastej.
 -  Boże, a co z Darcy?!
 -  Nie martw się. Wszystko pod kontrolą -  usłyszałam zza drzwi, które się otworzyły. W drzwiach stał Niall.
 -  Mamusia! -  Rzucił się Antoś. Za chwilę dwójka dzieci wisiała mi z obydwu stron.
 -  Witajcie kochani! Co porabialiście?
 -  Może ja już pójdę -  usłyszałam zza pleców.
 -  Absolutnie nie ma mowy -  rzuciłam błyskawicznie -  zaraz coś zjemy.
Niall się ucieszył. Otworzyłam lodówkę, która była zapchana po same brzegi.
 -  Boże, kto to zrobił?!
- Co?! -  Usłyszałam zdenerwowany głos Nialla- Coś nie tak?!
 -  Wszystko w porządku, Nialler. Komu jestem winna pieniądze?
 -  Nikomu, poszło na koszt Harryego.
 -  O czym ty mówisz?! -  Zaczęłam się zastanawiać.
 -  Dobrze jest mieć kredyt w sklepie -  stwierdził.
 -  Słuchaj, Harry nie może takich rzeczy płacić.
 -  Może, w końcu są to jego dzieci, więc może. Jak jest dupek, to na to nic nie poradzę, ale za wyżywienie was, musi zapłacić.
Właściwie zgodziłam się z nim. Przygotowałam szybko kolację i wspólnie usiedliśmy do stołu. Dzieciaki, jeden przez drugiego opowiadały mi, co się działo w ciągu dnia i było to bardzo słodkie. Były pełne wrażeń. Darcy znowu zakochała się w jakimś koledze, który miał na imię Tom. Postanowiłam, że muszę poznać Toma, przyszłego zięcia.
 -  Czy jutro mogę cię odprowadzić? -  Zapytałam. Niall zmarkotniał.
 -  A wujek nie może? -  Zapytała Darcy.
 -  Dobrze, no jak chcesz, to może wujek -  powiedziałam smutno.
 -  Nie dobrze, to ty mnie odprowadzisz -  odpowiedziała błyskawicznie.
 -  To wujek cię jutro odbierze, dobrze?
 -  Dobrze, dobrze.
 -  Wujek się jutro wyśpi -  powiedziałam, mrugając do Nialla.
 -  To lubię -  powiedział.
 -  Wiem -  uśmiechnęłam się kokieteryjnie.
 -  No, zostawię was już. Jesteście wszyscy zmęczeni.
 -  A nie umyjeś mnie? -  Zapytał Antoś.
 -  Dobrze. Położę cię do łóżka i pójdę sobie. Mama zajmie się Darcy.
Pomyślałam sobie, że Niall jest niezastąpiony. Wkrótce dzieci były już w łóżkach. Darcy mocno się przytuliła się do mnie i powiedziała:
 -  Kocham cię mamusiu. Nie wiesz, jak mocno.
 -  Wiem, jak mocno, ale ja ciebie mocniej.
 -  Wcale nie.
 -  Wcale tak.
 -  Ja cię kocham najmocniej na świecie!
 -  A ja do nieskończoności.
 -  A co to jest?
 -  Jak pójdziesz do szkoły, to się dowiesz -  dałam jej mocnego buziaka i wyszłam, zamykając drzwi do pokoju. Zajrzałam do Toniego, który smacznie już spał.
Zeszłam na dół, gdzie w salonie siedział Niall.
 -  I jak dzisiejszy dzień? -  Zapytał.
Opowiedziałam mu, co się działo i o swoich planach na najbliższe dni. Widziałam, że co raz bardziej się uśmiecha.
 -  Mam pytanie -  zaczął kręcić się nerwowo na fotelu.
- Co jest? -  Zapytałam.
 -  Słuchaj. Zbliża się ten ślub. Ja nie mam partnerki, ty nie masz partnera… Może pójdziemy razem?
 -  Wiesz, to nie jest głupi pomysł -  powiedziałam.
Kamień spadł mu z serca, co było widoczne i prawie słyszalne.
 -  Okej, to jesteśmy umówieni -  rzucił i zerwał się z siedzenia -  pójdę już. Miłych snów ci życzę.

Pocałował mnie w czoło i wyszedł. Zostałam sama. Poszłam do biblioteki, gdzie na biurku leżały akta do sprawy rozwodowej. Wzięłam długopis i podpisałam je. Postanowiłam, że jutro podjadę do kancelarii i zostawię papiery u prawników. Z taką decyzją poszłam spać. Wiedziałam, że mam wokół siebie przyjaciół i że dam sobie radę. Pogodziłam się z tym, że Harry nas zostawił i że zostałam samotną matką… Stwierdziłam, że muszę ułożyć sobie życie na nowo.
____________________________________________

Dzień dobry, w sumie dobry wieczór :) 
Stwierdzam fakt, że rozdział mi się podoba :D Jestem z niego bardzo zadowolona :)
Proszę o Wasz motywator, czyli komentarze, bo coś ostatnio kulejecie, ale nie przejmuję się tym, bo wiadomo... Majówka była czy coś :)
                                                                                                     ~Meg