piątek, 21 listopada 2014

122

Na następny dzień rano, pobudka była przewidziana na godzinę siódmą, bo samolot miał odlecieć     w pół do jedenastej. Obudziło mnie wrażenie, że ktoś nade mną stoi. Otworzyłam oczy i zaczęłam wrzeszczeć, ale zostałam zakneblowana. Niall wyskoczył na równe nogi, ale od razu usiadł.
- LOUIS?! CO TY TU DO CHOLERY ROBISZ?! - Przestałam wrzeszczeć, bo dotarło do mnie, że to Louis     i trzyma dłoń na moich ustach.
- Nie będziesz się darła? - Zapytał niepewnie.
- Nie wiem - rzuciłam w jego dłoń - po czym puścił moją twarz.
- A więc, co cię tu sprowadza? - Zapytał Niall.
- ZASPALIŚMY! - Zdenerwował się Louis. Zaczęłam znowu wrzeszczeć. Obydwoje się rzucili z dłońmi na mnie.
- Uspokój się - powiedział do mnie Niall, który teraz trzymał dłoń na moich ustach - LOUIS?! PRZECIEŻ TO NIE JEST ŚLUB. OGARNIJ SIĘ.
- To o której mamy ten samolot? - Zdenerwował się Louis.
- O w pół do jedenastej.
Louis spojrzał na swój zegarek.
- SPÓŹNIMY SIĘ! Jest w pół do dziesiątej! Za żadne skarby świata nie zdążymy! - Zaczął latać po naszym pokoju, jak jakiś opętany i wymachiwać rękoma.
- Louis, uspokój się. Cicho bądź! - Powiedział Niall - popatrz na swój zegarek, jak ty go założyłeś! Weź go odwróć!
Lou odwrócił i popatrzył na niego.
- Ups… piąta? - Zaczął się głupkowato śmiać i wycofywać z naszego pokoju.
Wróciłam do łóżka. Przytuliłam się do Nialla i popatrzyłam na niego.
- Niall, jak tam kolano? - Zapytałam.
- Przez tego kretyna wyskoczyłem, jak oparzony. Myślałem, że to złodzieje…
- Ja też - przyznałam.
- No i poczułem, że coś z tym kolanem jest jednak nie tak.
- Co się stało!? - Zaniepokoiłam się.
- Boli jak skurczybyk.
- Przynieść ci lód?
- Jakbyś mogła…
Zeszłam na dół. Poszłam do kuchni, w której było słychać chrapanie Małego Joe. Otworzyłam zamrażalnik i wyciągnęłam worek lodu. Zapakowałam go w ścierkę i poszłam na górę. Wyglądało na to, że Niall chyba śpi, ale gdy podeszłam do łóżka, od razu otworzył oczy. Widziałam ból, który rysował się na jego twarzy. Lekko jęknął, gdy kładłam okład.
- Niall, jak przyjedziemy do domu, idziesz do lekarza, a właściwie idziemy razem.
- Wszystko dobrze - zaczął się migać.
- Nie ma mowy. Nie kłóć się! Przecież widzę, że cierpisz - powiedziałam uważnie, przyglądając mu się.
- Wszystko dobrze - próbował się uśmiechnąć.
- Ja chcę usłyszeć to od lekarza, że jest dobrze - powiedziałam.
- Ale z ciebie ostra zawodniczka - powiedział.
- No co ty, chcesz przestać chodzić? - Spytałam.
- No, nie kłóć się po nocach ze mną - rzucił.
Wlazłam do łóżka i zgasiłam światło. Wydawało mi się, że dopiero co zamknęłam oczy, gdy zadzwonił budzik. Popatrzyłam na zegar. Była siódma. Niall się przykrył poduszką.
- Niall, wstawaj - powiedziałam ziewając - budź się. Idę się myć.
Jakiś pomruk usłyszałam spod poduszki. Zeszłam na dół i zajęłam łazienkę. Miałam szczęście, bo była wolna. Kiedy z niej wyszłam, zobaczyłam jak Louis wychodzi z jadalni.
- Jezus Maria?! Co ty tu robisz? - Zapytałam.
- Jestem już po śniadaniu - uśmiechnął się.
- Następnym razem chyba ci nie powiemy, o której odlatujemy – powiedziałam - o której ty wstałeś?
Zapytałam idąc po schodach na górę.
- O piątej - uśmiechnął się szeroko.
- Idiota - powiedziałam.
- Co powiedziałaś?
- Chyba nie chcesz tego słyszeć - odpowiedziałam. Weszłam do pokoju, a Niall spał.
- Niall miałeś się budzić!
- Mhm…
- Wstawaj!  Bo się spóźnimy na samolot!
- Już to słyszałem - mruknął przekładając się na drugi bok.
- Ale teraz mówię naprawdę! Wstawaj śpiochu! - Podeszłam do niego - Jak chcesz, to w takim razie zostań tu, w Warszawie, a ja lecę na Wiśniową.
To poskutkowało. Niall zaczął się gramolić z łóżka.
- No i co? Jak tam twoje kolano? - Zapytałam.
- Dobrze.
- Yhm… no właśnie widzę - rzuciłam przyglądając mu się.
Kolano było lekko spuchnięte - wcale nie jest tak dobrze… Pomogłam mu wstać. Pokuśtykał po swoje kosmetyki.
- Poczekaj. Wezmę je. Oprzyj się o mnie.
- Nie mogę.
- Nie wygłupiaj się. Słuchaj mnie.
Niall mocno opierał się o mnie, a z pokoju rodziców wyszedł Michał.
- O… Widzę, że nienajlepiej z tym twoim kolanem…
- Nie, wszystko dobrze.
- No, właśnie widzę…
- Obiecaj mi, że pójdziesz do lekarza, jak dolecicie do domu.
- Obiecuję – powiedział  Nialler.
- Słyszałam - wtrąciłam.
- Poczekaj, posmaruję ci maścią i założymy stabilizator - powiedział Michał.
- Na razie się umyję, dobrze?
- Dobrze - zgodził się Michał.
Na górze słychać było trzaskanie drzwi.
- Ja tu stoję cały czas - usłyszeliśmy z góry Louisa.
- Louis! Nie rozrabiaj! – Rzuciłam - Przecież jesteś już umyty! - Krzyknęłam do góry.
- Musisz zdradzać moje tajemnice?! - Usłyszałam w odpowiedzi.
- Bo ja się z tobą jeszcze policzę! - Krzyknęłam.
- Co się stało? - Zapytał Michał.
- Obudził nas o godzinie piątej, powiedział, że musimy wstawać, bo spóźnimy się na samolot.
Michał zaczął się śmiać.
- Co? Miałeś Reisefieber? - Zapytał Michał do Louisa, który schodził po schodach.
- A co? Już ci powiedziała? - Oburzył się - pomyliło mi się - powiedział pod nosem.
- Tak budzić biednych ludzi… nie ładnie - powiedział Niall.
- No, nie mogłem spać. Ty się lepiej idź myć! - Powiedział Louis.
- Ja się z nim policzę… - powiedziałam prowadząc Nialla do łazienki
- Już się boję!
Louis obszedł nas szerokim kołem.
- Nie martw się, ja cię jeszcze dorwę. Samolot nie jest duży - uśmiechnęłam się szyderczo.
- To ja zostaję! - Zakomunikował Louis.
- Nie wiem, co na to powie Ellie…
- Powiem jej, że chcesz mnie pobić!
- Nie wiem, czy ci uwierzy…
Usłyszałam śpiew Nialla spod prysznica. Michał stał pod drzwiami łazienki ze stabilizatorem i jakąś maścią. Gdy woda przestała lecieć, Michał energicznie zaczął pukać.
- Chwileczkę! - Usłyszeliśmy głos Nialla.
- Musisz z nim pójść do lekarza, bo on będzie cię zwodzić, że poszedł, a z tą nogą nie jest najlepiej. Widziałem, co on wyprawia na koncertach, To się może źle skończyć…- postraszył mnie.
- Pójdę z nim, obiecuję - powiedziałam.
- Porozmawiaj z doktorem Janem, może zna jakiegoś dobrego chirurga, albo ja z nim porozmawiam - powiedział poważnie.
Gdy Niall wyszedł z łazienki, był ubrany już w stabilizator i zapytał:
- A co to za maść?
- Taka specjalna dla sportowców.
- A możesz mi zapisać?
- Nie. Lekarz ci zapisze u was.
Oczywiście Michał dał mi tubkę tej maści i powiedział, że gdyby Nialla bolało, to mam mu posmarować i pod żadnym pozorem nie pokazywać mu nazwy maści. Była to szwajcarska maść. Na pewno bardzo skuteczna, bo Niall normalnie chodził.
- Ten stabilizator nie jest mi potrzebny - stwierdził Niall - ta maść działa cuda! To jak ona się nazywa?
- Powiedziałem ci. Nie mogę ci jej przypisać - powiedział Michał - obiecałeś mi coś.
- Słyszałam - poparłam Michała.
Niall zrobił głupią minę. Do łazienki poleciała mama.
- Idź do jadalni - powiedziałam do Nialla.
- Śniadanko? - Zapytał.
- Tak, śniadanko. Lou jest już po śniadanku…
- Co ty nie powiesz? To, o której on wstał?
- O piątej.
- Chyba go coś ugryzło w tyłek… Ciekawe, kogo jeszcze obudził w nocy.
Przy stole siedział jakiś zmarnowany Liam.
- Cześć Liam.
- Hej - wyjąkał.
- Co taki jesteś ledwo ciepły? Też miałeś wizytę?
- A co? Louis też u was był? - Zainteresował się.
- A żebyś wiedział…
- A o której?
- O piątej.
Liam akurat brał łyk kawy i wypuścił piękny prysznic.
- O której?!
- O piątej.
- To my jesteśmy w lepszej sytuacji, bo u nas był piętnaście po szóstej…
- On chyba spać nie mógł - stwierdził Niall.
W tym momencie do jadalni weszła Darcy.
- Cześć mamusiu, cześć wujek, cześć wujek - powiedziała do naszej trójki.
- Cześć Darcy - odpowiedziałam.
- Co? Nie wyspałaś się? - Zapytała.
- Nie za bardzo - rzuciłam ziewając.
- A czemu?
- Nie wiem, najwidoczniej źle spałam… Pewnie się prześpię w samolocie.
- To dzisiaj będziemy w domku?
- Tak.
- Super!
- Sama się myłaś?
- Nie, baba mi pomogła.
Chciałam pójść do łazienki, ale Darcy powiedziała:
- Baba powiedziała, że masz nie przychodzić do łazienki, że masz zjeść śniadanie.
Po kilku minutach, do pokoju wpadł Tommy i Jimmie.
- Umyci jesteście? - Zapytałam.
- Yyy…
- Jeśli nie, to idźcie do łazienki.
- Ale jest zajęta - powiedział logicznie Jim.
- A przez kogo?
- Przez Toniego i babę…
- Ja myślę, że wy możecie się razem myć. Będzie szybciej.
Tommy się wycofał i usłyszałam walenie do drzwi:
- Ja też chce się myć teraz! - Wołał cieniutkim głosikiem.
- Co tam się dzieje?! - Usłyszałam głos Ellie.
- Ja się chce umyć!
- Zaraz się umyjesz - usłyszałam głos mamy - Ellie, idź jedz, ja umyję dzieciaki. Dobrze, Danielle. Zabierz Jasmine na górę.
Krótki czas potem, wszyscy siedzieli przy stole.
- Smutno będzie bez was - powiedziała mama.
- To przyjedźcie do nas - powiedziała Ellie.
- Wiesz… Ja pracuję - powiedział Michał - teraz wziąłem urlop, a potem muszę zostawić urlop na dosyć dużą uroczystość - popatrzył znacząco na Nialla - chyba zaprosisz nas, co?
- Na co? - Zapytał Niall, który nie zajarzył o co chodziło.
- Na ślub - powiedziałam.
Niall się zaczął krztusić.
- Oczywiście, że tak!
- Już myślałem, że nie chcesz nas widzieć na weselu.
- No skądże! - Oburzył się - Wy będziecie honorowymi gośćmi!
- No myślę - zażartował Michał.
Dopiliśmy kawę i zaczęliśmy się pakować do samochodów. Dzięki Bogu stały w garażu, więc nie marzliśmy. O dziewiątej trzydzieści byliśmy na lotnisku. Zameldowaliśmy się przy odprawie                   i czekaliśmy, aż nas wezwą. Niestety coś nas długo nie wzywali… Liam poszedł dowiedzieć się, kiedy poproszą nas do samolotu. Wrócił wściekły i powiedział:
- Jest jakiś problem z samolotem.
- Jak to?! - Zdenerwował się Louis.
- Oblodzenie, czy coś - powiedział Liam - musimy czekać, aż go rozmrożą…
- A ile to potrwa? - Zapytała Danielle.
- Nie wiem. Nie wiem, nie pytałem…
- To ja pójdę - powiedziała energicznie Ellie i z kubkiem kawy na wynos poszła do stanowiska odpraw. Przyglądaliśmy się jej uważnie. Perorowała mocno i gdy przyszła powiedziała:
- NIC SIĘ NIE DA ZROBIĆ! NIE MAJĄ ŻADNEGO SAMOLOTU NA WYMIANĘ! MUSIMY CZEKAĆ!
- A ile to czasu potrwa? - Zapytałam.
- Może nawet do czterech godzin…
- No to możemy iść na zakupy - ucieszył się Louis. Obeszliśmy wszystkie sklepy na lotnisku                       i spotkaliśmy się w kawiarni przed stanowiskami odpraw.
- No i co robimy?
- Czekamy…
- Szlag by to trafił! - Zdenerwowała się Ellie.
- A gdzie ci tak śpieszno? Przecież bez nas nie odleci - odpowiedziałam.
- No mam nadzieję! - Powiedziała zdenerwowana.
Lou zaczął się z niej śmiać.
- To co robimy? - Zapytała Dominika.
- Siedzimy na tyłku i czekamy - powiedział Liam.
Bezradni usiedliśmy na krzesełkach, które nie były za bardzo wygodne.
- Mogliby wygodniejsze te siedzonka zrobić… - stwierdził Lou.
- Jak ci nie odpowiada, to się połóż - rzucił do niego Jay.
- A wiesz, to jest pomysł. Tu jest nawet miękko - stwierdził.
Dzieci poszły w jego ślady i za chwilę u naszych stóp było kłębowisko ciał i ciałek. Obsługa dziwnie nam się przyglądała, ale po trzech godzinach spędzonych na lotnisku, było mi wszystko jedno.
W pewnym momencie podszedł do mnie Antoś i powiedział:
- Mamo, głodny jeśtem…
- A czemu nie jadłeś śniadania, jak ci baba mówiła, żebyś jadł? - Zapytałam.
- Bo wtedy nie mogłem jeść…
- Dlaczego nie mogłeś jeść?
- Bo myślałem o lataniu.
- No widzisz? Niepotrzebnie myślałeś o tym lataniu - powiedziałam.
- To wszystko wina Antosia, że nie lecimy - rzucił Louis.
Antoś bardzo się zdenerwował.
- Przestań głupoty gadać, bo dzieciak się denerwuje - powiedział Niall - on jeszcze nie zna twoich żartów.
Luis ziewnął, jak smok. Za chwilę wszyscy ziewali…
- Przestań ziewać! Czemu w nocy nie spałeś?
- Jakoś nie mogłem – stwierdził - bałem się, że zaśpimy.
- A skąd wiecie, że on nie spał? - Zapytała Eleanor.
Wszyscy jęknęli…
- Czy on wszystkich obudził, po za tobą? - Zapytałam.
- JAK TO OBUDZIŁ?! - Zdziwiła się.
- No tak…
- LOUISIE TOMLINSONIE?! CZY TO JEST PRAWDA!?
Louis głupio się uśmiechnął i powiedział:
- Tak, jakby…
- TO TAK, CZY NIE?!
- Mhm…- mruknął z ziemi.
Za chwilę usłyszeliśmy, jak sobie pochrapuje.
- No wiecie co?! To jest bezczelność z jego strony. Następnym razem Ellie nie wolno mówić, o której wylatujemy - powiedział Liam.
- Że w ogóle wylatujemy - powiedziałam.
- To co? Robimy mu dowcip? - Zaproponował Zayn.
- A jaki masz zamiar zrobić mu dowcip?
- Schowacie się gdzieś, poprosimy w okienku, by przez megafon powiedzieli, że Louis Tomlinson jest proszony do samolotu.
- Dobra - powiedziała Ellie - gdzie się chowamy?
Wszyscy cichutko odeszliśmy z miejsca, gdzie siedzieliśmy. Dzieci poszły z nami, a Lou został całkowicie sam. Zayn poszedł do stanowiska i coś powiedział, po czym szybko się oddalił. Stewardessa wzięła mikrofon i powiedziała:
Pan Louis Tomlinson proszony jest o zgłoszenie się do samolotu. Ostatnie wezwanie.
Louis zerwał się z ziemi i podbiegł do stanowiska odpraw. Usłyszeliśmy, jak krzyczy:
- Jak to?! To nie możliwe, żeby odlecieli beze mnie. Jak to pani wzywała mnie parę razy?! Nie mogła pani podejść i mnie obudzić?! Aha… Pani nie wiedziała, że jestem Louis Tomlinson. To jak ja mogę się teraz dostać do Chicago? Jak to za tydzień?! Nie, to nie możliwe! No nie mam karty! Żona miała wszystko! No i co ja mam zrobić?! Niech mnie pani nie uspokaja! Ja jestem spokojny! Czy pani byłaby spokojna, jakby pani żona poleciała bez pani?! AHA…. PANI NIE MA ŻONY…
Widzieliśmy, że stewardessa jest już ugotowana ze śmiechu. Wybuchneliśmy śmiechem, na co Lou się odwrócił i zobaczył nas. Zaczął do nas iść szybkim krokiem. Z dala powiedział:
- Ja wam dam mnie wkręcać! Mnie! Louisa Tomlinsona!
- Chodź, Louisie Tomlinsonie, idziemy jeszcze usiąść…- powiedziała Eleanor.
Louis nie mógł sobie darować, że go wkręciliśmy.
- I wy przeciwko mnie?! - Powiedział do dzieciaków.
- Ale było fajnie! Super! - Ucieszyły się dzieciaki.
Odmrażanie samolotu trwało cztery godziny, ale gdy wpuszczono nas do środka, było ciepło                  i przyjemnie.
- To gdzie on był zamrożony? - Zapytał Tommy.
- Skrzydła miał oblodzone - wyjaśniła stewardessa.
- I nie mogliśmy tak lecieć?
- No, nie bo byśmy się nie wznieśli.
- A będziemy mogli pójść do pana pilota? - Zapytała rezolutnie Darcy.
- Może potem, dobrze? Najpierw musisz iść usiąść i zapiąć się w pasy. Jeśli będziesz chciała, to mogę ci pomóc - powiedziała stewardessa.
- Tak, proszę - rzuciła Darcy. Usiadła grzecznie.
- Widzę, że ty dużo latasz.
- Tak, dużo - powiedziała Darcy.
Zaczęłam się śmiać.
- No, ostatnio sporo - powiedziałam.
- O, pani mówi po polsku.
- Darcy zresztą też.
- Tak, mówię po polsku. Mówię po angielsku i po polsku - powiedziała zadowolona Darcy.
- No proszę.
- To mogę pani teraz pomóc? - Rzuciła Darcy.
- To później mi pomożesz, jak będziemy już lecieć - stwierdziła stewardessa - teraz siedź spokojnie, bo nie długo będziemy startować.
 Zaczęliśmy kołować na pas startowy i wreszcie wystartowaliśmy. Gdy zapalił się napis, że można rozpiąć pasy, Darcy, czym prędzej to zrobiła i pobiegła do stewardessy.
- W czym mogę pani pomóc?
Stewardessa dała jej koszyk z cukierkami.
- Idź poczęstuj wszystkich.
- A to wcześniej nie powinno być!
- Ale możesz iść i teraz.
Darcy się tak spodobało, że przez cały lot chodziła za stewardessą krok w krok. Biedna stewardessa… Chciałam ją posadzić, ale się nie dała.
- Niall, powiedz jej żeby usiadła…

Nialla też nie słuchała. Wszyscy byli zmęczeni podróżą, a do tego wszystkiego pobudkami Louisa, więc gdy dojechaliśmy na Wiśniową, powiedzieliśmy sobie dobranoc i wszyscy powędrowaliśmy do swoich domów. Gdy położyłam dzieci, zadzwonił telefon.
________________________________________________

Dobra, wiem... Jestem beznadziejna... Nie mam nic na obronę, przepraszam, że Was zawiodłam... 
  Dużo siedziałam nad tym rozdziałem i z góry przepraszam za wszystkie błędy :C
                                                                                                                   ~Meg

piątek, 31 października 2014

121

- Ale żeście szybko dojechali…- powiedziała mama.
- A udało nam się, bo wpadliśmy na pług, który jechał w waszą stronę i cały czas za nim jechaliśmy - odpowiedział Martin.
Na górze, na dzwonek zrobiło się zamieszanie. Za chwilę zeszła Ellie. Dominika przypomniała swojej mamie Eleanor.
- Tylko nie mów nic Zaynowi. Powiedz, że jest podwieczorek - powiedziała Doma.
Eleanor zniknęła na górze i za chwilę towarzystwo zaczęło się schodzić. Najpierw zeszły dziewczyny     z dzieciakami, a za chwilę wszedł Lou z Liamem, a za nimi Zayn, który niósł Nialla. Gdy byli w połowie schodów, Zayn popatrzył w dół i zamarł.
- Zayn, co się stało? - Zapytał Niall - ciężko ci?
Zayn miał minę, jakby chciał uciec. Niall, więc popatrzył w dół, żeby sprawdzić, czego on się tak wystraszył.
- O! Witamy, witamy! - Powiedział i mocno trzymał Zayna za szyję - Zayn! Tylko mnie nie upuść!
- A co się stało? - Zapytała ciocia Agnieszka.
- Niall miał mały wypadek - powiedziałam.
- Coś narozrabiał?
- Coś w tym stylu…
Zayn nie miał innego wyjścia, jak posadzić Nialla na kanapie i przywitać się z gośćmi. Gdy się wszyscy przywitali, mama zaprosiła do jadalni na podwieczorek. Mały Joe stał w drzwiach i pytał:
- Kawa? Herbata? Kawa? Herbata?
Zastanawiałam się, jak on mógł to wszystko zapamiętać…
Po chwili wszyscy siedzieli już parami przy stole.
- Co żeście tak parami usiedli? - Zdziwiła się mama.
- A tak, będzie wygodnie - rzuciła El.
- Czy to Darcy taka duża? - Rzuciła ciocia Agnieszka do małej.
- Ja jestem Darcy - odpowiedziała.
- A ta panienka, jak ma na imię?
- Jasmine - usłyszeliśmy głosik zza pleców Liama.
- Obydwie jesteście śliczne dziewczynki - powiedziała ciocia Agnieszka - Ale nie chciałam robić takiego zamieszania.
- Akurat siadaliśmy do podwieczorku, jak zadzwoniłaś - powiedziała mama.
Dzieci przyglądały się babeczkom z pożądaniem, ale czekały grzecznie, aż im się nałoży. Nawet Tommy z Jimem byli grzeczni. Przyglądali się Martinowi i wyglądało to tak, jakby się jego bali. Na stole pojawiła się kawa i herbata, a Mały Joe zniknął w kuchni.
- Straszna ta zima - stwierdziła ciocia Agnieszka - już takiej nie pamiętam.
- No właśnie nie możemy przez nią odlecieć - powiedziała Dominika.
- No dzięki temu się spotkałyśmy.
Zayn siedział i nic się nie odzywał. Był całkiem biały i zastanawiałam się, czy w ogóle coś do niego dociera.
- Słyszałam o dobrych nowinach - zaczęła ciocia Agnieszka.
Zayn zaczął się wiercić. Zrobił się zielony. Ciocia Agnieszka mu się przyglądała i zapytała:
- Zayn, źle się czujesz?
- Yyy… nie… y…- zaczął coś dukać.
- Pyszne te babeczki - powiedział Niall.
Tym rozładował całą sytuację.
 - Nie wiedziałem, że są babeczki w domu - rzucił.
- I dzięki Bogu, bo by ich nie było - powiedziałam.
- To, czemu Mały Joe mówił, że nic nie ma w domu?
- Nie znasz Małego Joe? Nie wiesz, że on zawsze musi mieć zapas na czarną godzinę?
- Niall, nie zjadaj wszystkich babeczek - upomniałam go - one nie są tylko dla ciebie.
Niall był niepocieszony.
- Ale one są takie pyszne…- zaczął się rozpływać.
Louis zaczął opowiadać dowcipy i rozluźnił całkowicie atmosferę, ale Zayn dla odmiany zrobił się szary. Nie wiedziałam, co miałam zrobić. Kiwnęłam na mamę, żeby wyszła ze mną. Po chwili znalazłyśmy się w kuchni.
- Co z tym Zaynem? On jest tak ciężko przerażony, że nic go nie rusza - powiedziałam.
- No właśnie widzę. Jak nie on. Co robimy?
- Nie wiem…
- Może zostawmy to Dominice? - Powiedziała mama - może szepnij jej słówko, żeby się zlitowała nad nim.
Gdy weszłyśmy do pokoju, Zayn był sino-niebieski. Podeszłam do Dominiki i szepnęłam:
- Doma, zlituj się nad Zaynem. Zrób coś!
Doma popatrzyła na Zayna, który był czerwony. Ponieważ ciocia rozmawiała teraz z mamą, Dominika zaczęła coś szeptać do Zayna, który był żółty. Zayn się chyba trochę opanował, bo zrobił się normalny.
- Chcesz koniaku? - Zapytał Michał.
- Nie, ja nie mogę. Nie piję - powiedział automatycznie.
Martin był pod wrażeniem.
- To, to prawda, że nie pijesz? - Zapytała ciocia Agnieszka.
- Tak. Rzuciłem to świństwo.
- No wreszcie. Tylko cię podziwiać, że ci się udało.
- To tylko dzięki Dominice - odpowiedział Zayn - gdyby nie ona, pewnie bym nie przestał…
Zayn się zaczął rozkręcać. Widać było, że Dominika jest cała szczęśliwa, że Zaynowi przeszło.
- Rozumiem, że po ślubie nie wrócisz do alkoholu? - Powiedziała ciocia.
- Nigdy nie wrócę - powiedział twardo.
Szturchnęłam Nialla, bo jadł kolejną babeczkę.
- No co?
- Nie jedz tyle! Zostaw dla gości.
- A ja nie jestem gościem?
- Nie. Jesteś domownikiem, a nie gościem.
Niall ciężko westchnął.
- No to szkoda…
Darcy popatrzyła do mnie i cichutko zapytała:
- Mamusiu, ja i Antoś zjedliśmy po jednej babeczce, czy możemy zjeść jeszcze po jednej?
Mama to usłyszała i czym prędzej nałożyła im. Atmosfera zrobiła się domowa. Dzieciaki zaczęły się wiercić, więc postanowiliśmy puścić ich do pokoju. W pewnym momencie ciocia popatrzyła na zegarek i powiedziała z przerażeniem:
- Matko Boska?! To już ta godzina?! Musimy wracać!
- No i nie porozmawiałyście sobie. Jeśli macie jeszcze ochotę, to idźcie do mnie do pokoju - zaproponowała mama.
Ciocia szybko się podniosła i dziewczyny również.
- Zayn, idziesz? - Zapytała Dominika.
- Nie, pogadajcie sobie - odpowiedział.
Panie zamknęły się w pokoju rodziców, a Louis z Liamem zaczęli dowcipkować.
- Co, Zayn? Bałeś się spotkania z teściami? A czy my tacy straszni? - Powiedział Martin.
- Nie…- zaczął dukać Zayn.
- To już się nie denerwuj - powiedziała mama.
Rozmowa dziewczyn z ciocią Agnieszką trwała krótko i po kilku minutach goście zaczęli się zbierać.
- Może zostaniecie na kolacji? - Zaproponowała mama.
- Nie, dziękujemy bardzo i tak i tak nadużyliśmy waszej gościnności - powiedziała ciocia.
- Wiecie, gdzie mieszkam. Jak będziecie w Polsce, to nie krępujcie się. Wpadajcie - rzuciła mama.
- Z całą przyjemnością – odpowiedziała ciocia Agnieszka.
Ciocia z Martinem odjechali, a ja wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, że śnieg przestał padać.
- Hura! Śnieg przestał padać!
- Juś nie padał, jak byliśmy na dwozie - powiedział stojący za mną Antoś.
- Antosiu, co ty tutaj robisz?
- Myślałem, zie mógłbym jeście jedną babeczkę.
- Myślę, że to już za dużo dla ciebie.
- Ale wujek zjadł bardzo duzio!
- Ale wujek jest duży - wytłumaczyłam.
- Jak ja będę duzi, to teś będę mógł duzio jeść?
- Może będziesz - odpowiedziałam.
Antoś dał się udobruchać. Popatrzyłam na zegarek. Było po dziewiątej.
- Antosiu, idziemy się myć.
- Ale dlaciego ja musię iść się myć?
- Bo idziesz spać.
- Ale ja nie chcię śpać.
Przypomniały mi się dyskusje z Darcy.
- Zobaczysz. Wszyscy pójdą do łóżek.
- Tommy i Jimmie powiedzieli, zie nie pójdą śpać.
- No to zobaczymy…
Ellie za chwilę wprowadziła chłopaków do łazienki.
- No widzisz? Też poszli się myć.
- No dobzie - zgodził się.
Pomogłam mu się umyć i po chwili w łazience była już Darcy.
- Ja sama - mamusiu.
Wyciągnęła szczotkę do zębów i zaczęła szorować zęby.
Weszła szybko pod prysznic. Odkręciłam jej wodę i szybko znalazła się w łóżku.
Mama weszła do pokoju i powiedziała:
- Widzę, że wy jesteście pierwsi.
- Tak! - Powiedział Antoś.
- Wygraliście dzisiaj - powiedziała.
Zaczęłam się zastanawiać, co wygrali. Okazało się, że mama wymyśliła zabawę, kto pierwszy w łóżku. Ten, co był pierwszy w łóżku, miał prawo wyboru bajki. Ponieważ zwykle dziewczynki były w łóżku pierwsze, chłopcy musieli słuchać bajek dla dziewczynek. Fakt, że usypiali natychmiast, ale stwierdziłam, że to był bardzo dobry pomysł.
- No, jakoś nad nimi musiałam zapanować.
Dziś przypadała kolej Ellie, czytania bajek, więc wycofałyśmy się po ucałowaniu dzieciaków do salonu.
Na środku salonu stał Mały Joe i zastanawiał się, czy ma zrobić kolację.
- Nie, już za późno na kolację - stwierdziłyśmy.
W tym momencie do pokoju wszedł Liam.
- No, to lecimy jutro - powiedział.
- Co? Dowiedziałeś się, czy możemy jutro wylecieć?
- Tak. Nie spodziewają się już takich śnieżyc. Od jutra lotnisko będzie działać normalnie.
- To lecę się pakować - rzuciłam i pobiegłam na górę. Musiałam spakować siebie, Nialla oraz dzieci.
Niall leżał na łóżku.
- Ale się śpieszysz do mnie.
- Nie - odpowiedziałam krótko.
- Jak to nie? - Zapytał zdziwiony.
- Muszę nas spakować.
- Jak to spakować?! - Usiadł zdezorientowany.
- Jutro lecimy.
- GDZIE?!
- Do domu.
- To może ci jakoś pomogę?
- Nie przeszkadzaj - powiedziałam.
Niall się trochę naburmuszył. Otworzyłam walizkę i zaczęłam pakować swoje rzeczy. Jakoś zrobiło się ich więcej. Nie mogłam sobie dać rady. Niall patrzył uważnie i się nic nie odzywał.  Po chwili ktoś zapukał.
- To prawda, że jutro lecimy?! - Rzuciła Ellie, wchodząc do środka.
- Prawda, a ja się nie mogę spakować.
- Poczekaj, zaraz to zrobimy.
Chwila moment i byłam spakowana.
- Ubóstwiam się pakować! - Powiedziała.
- Możesz spakować Nialla? - Zapytałam.
- Chwila moment - powiedziała i rzuciła się na szafę.
- A zostawiłaś coś na jutro? - Zapytał Niall.
- JEZUS MARIA?! - Spanikowałam.
- Co się stało? –  Rzuciła z szafy Elli
- Spakowałaś mi wszystko… W czym ja jutro pojadę?
Ellie popatrzyła na mnie i rzuciła:
- No w tym lepiej, żebyś nie jechała…
Otworzyła szybko walizkę. Coś tam poszperała, wyciągnęła dwie rzeczy i powiedziała:
- Pojedziesz w tym.
Był to t- shirt i sweter.
- Spodnie masz na sobie – powiedziała - poczekaj, jeszcze ci wyciągnę majtki i skarpetki.
Piorunem to zrobiła i jak się okazało byliśmy spakowani.
- Dzieciaki też mam spakować? - Zapytała.
- Robisz to tak świetnie, że grzechem by było nie poprosić cię o to - powiedział Niall.
Ellie zbiegła na dół i w przeciągu półgodziny wszystkie dzieci były spakowane. Gdy Danielle weszła do pokoju, Ellie kończyła pakować Jasmine.
- O, już skończyłaś pakować dzieciaki? - Zapytała zdziwiona.
- Jesteś nieoceniona - powiedziałyśmy niemalże równocześnie.
- Co? Wam też pomóc w pakowaniu? - Zapytała Danielle Elli
- Nie, już się spakowaliśmy.
- No, to super. Okej, to idę pakować Louisa.
Na schodach spotkałyśmy Louisa, który z obłędem w oku czegoś szukał.
- Nie wiesz, gdzie są nasze paszporty?! - Denerwował się.
- Wiem - odparła mu Ellie.
- Dzięki Bogu - odetchnął Lou.

Po jedenastej wszyscy byli już spakowani i umyci. Trzeba było przyznać, że jeśli chodzi o Ellie i o jej organizację, była świetna.
_____________________________________
Happy Halloween Ludzie :) 
Rozdział miał się pojawić tydzień temu, ale przyjechał do mnie kuzyn i nie było jak, przepraszam, moja wina...
Jeśli jesteście zainteresowani, bądź czytacie moje inne opowiadania na wattpad.com to oznajmiam, że niebawem pojawi się kolejne opowiadanie, tym raziem zupełnie inne niż dotychczas :)
Z góry przepraszam za wszelkie błędy, ale wrzucam na szybciocha, żebyście mieli, co czytać :)
                                                                                                                        ~Meg

piątek, 17 października 2014

120

- Co ja mam smarować? Niech każdy sobie posmaruje. Siadamy do stołu - powiedziałam.
Niall został zaniesiony do pokoju, przez Liama i Michała. Za chwilę byli na dole.
- Nic sobie nie zrobił? - Zapytałam.
- Trzeba będzie prześwietlić to kolano - powiedział Michał - zanieś mu trochę jedzenia, bo przecież umrze z głodu.
Posmarowałam cztery naleśniki i zaniosłam na górę.
- Co tak mało? - Powiedział, gdy zobaczył taką ilość na talerzu.
- Na razie masz tyle, ile masz. Reszta też musi jeść. Jak mogłeś?
- Co?
- Jak to co? Dobrze, wiesz o co mi chodzi. Uczyć Antosia przekupstwa. Jak mogłeś?
- Ale ja byłem głodny….
- Wszyscy byli głodni!
- Przepraszam… Chcesz naleśnika?
- Pójdę sobie zrobię. Jak coś zostanie, to ci przyniosę.
Wróciłam do stołu. Na stole był jeden naleśnik, ale za chwilę pojawił się Mały Joe i przyniósł następne. Dzieci chyba już się najadły, więc pozwoliliśmy by odeszły od stołu. Poprosiłam Darcy, żeby poszła do Nialla. Po chwili była z powrotem z pustym talerzem. Posmarowałam naleśniki dżemem morelowym, dałam Darcy i powiedziałam:
- Zanieś jeszcze wujkowi.
- Jeszcze głodni jesteście? - Usłyszeliśmy z kuchni.
- Tak! - Krzyknął Niall z góry. Zaczęliśmy się śmiać.
- Megan, zjadłaś coś? - Krzyknął Mały Joe.
- Tak jednego naleśnika
Większość była już najedzona, więc talerz stanął przede mną.
- Przecież ja tego nie zjem!
- To nie tylko dla ciebie.
- My dziękujemy, najedliśmy się już.
- To ja w takim razie też zjem.
- Siadaj z nami.
Nie zdążyłam zjeść drugiego naleśnika, gdy Darcy była z powrotem.
- Wujek już zjadł?! - Zapytałam.
Darcy nic nie odpowiedziała.
- Co się stało Darcy?
- Nic.
- Pytałam się ciebie, czy wujek już zjadł.
- Nie.
- To gdzie są naleśniki?
- Wujek ma.
- Ja się chyba z nim policzę - rzucił Mały Joe i zerwał się z siedzenia.
Za chwilę wrócił zdenerwowany na dół.
- Co się stało? - Zapytałam.
- Nic nie będę mówił. Idźcie i sami zobaczcie.
Wszyscy powędrowali zaciekawieni na górę. Na stoliczku, obok łóżka stała sterta naleśników.
- NIALL?! Jak mogłeś?! - Powiedziałam z żalem.
- No… pomyślałem, że dla ciebie odłożę, że przyjdziesz do mnie i zjemy razem…
- Ooo… to takie słodkie - powiedział Lou.
Zrobiło mi się głupio, że tak źle myślałam o Niallu.
- To my nie będziemy wam przeszkadzać - powiedział Liam - idziemy na dół.
- Ale ja chcę popatrzeć! - Krzyknął Louis.
- Idziemy! - Eleanor pociągnęła go za ucho.
- AŁA! - Dobiegło nas zza drzwi.
Zostaliśmy sami.
- Jak tam twoje kolano? - Zapytałam.
- Troszkę boli…- odpowiedział.
- Troszkę, czy bardzo?
- No… widzisz, Michał położył mi lodowy okład.
- Dzięki Bogu, że jest Michał - powiedziałam.
- Michał chciał mnie wieźć do szpitala, ale powiedziałem, żeby sobie odpuścił.
- Może powinieneś pojechać? - Zdenerwowałam się - jeżeli Michał tak twierdził, to powinieneś go słuchać.
- Wszystko będzie dobrze - zlekceważył sprawę Niall.
- Mam nadzieję - odpowiedziałam mu.
- Usiądź koło mnie - powiedział żałośnie - będziesz tak stała?
Usiadłam ostrożnie na łóżku.
- Nie musisz tak uważać. Aż tak mnie nie boli. Zjesz naleśniczka? - Zapytał.
- A ty już zjadłeś?
- Czekałem na ciebie.
- No to jedz.
- Bez ciebie jeść nie będę - rzucił.
Wzięłam jednego naleśnika i zaczęłam jeść.
- Dobre te naleśniki - powiedziałam.
- No - mruknął przeżuwając drugiego naleśnika.
- Myślisz, że nam starczy?
- Myślę, że starczy - powiedziałam.
Ja po drugim naleśniku miałam dosyć. Niall wtrząchnął jeszcze cztery i stwierdził, że ma dosyć.
- Poczekaj, odniosę na dół.
- A może potem zgłodnieję?
- To ci przyniosę.
- A jak ktoś zje?
- Nikt nie zje. Nie martw się.
Zeszłam na dół, gdzie siedziała tylko mama.
- Gdzie reszta?
- Postanowili, że muszą zobaczyć, co się dzieje na Żoliborzu.
- Ale jak oni pojechali?
- Samochodami.
- Jak to samochodami?! Przecież wszystko jest zaśnieżone.
- Jak byłaś na górze, to przejechał pług.
- To super, to nie jesteśmy już odcięci od świata! - Wyjrzałam przez okno. Droga była odśnieżona.
- Michał pojechał do szpitala, żeby sprawdzić, czy nie jest potrzebny.
- Przecież ma urlop.
- No, ale musiał zobaczyć, czy nie jest potrzebny.
- Ma już nas dosyć, co? A gdzie są dzieciaki?
- Bawią się w ogrodzie.
- Dawno wyszły?
- Nie, przed chwilą. Niech się jeszcze pobawią.
Odstawiłam talerz do kuchni. Przykryłam go folią aluminiową, a na niej napisałam: Niall. Nie dotykać! Miałam nadzieję, że nikt nie zje Niallowych naleśników.
- A jak Niall się czuje? - Zapytała mama, kiedy wróciłam do salonu.
- Boli go to kolano, tylko nie chce się przyznać.
- Michał mówił, że powinien jechać na prześwietlenie - powiedziała mama - nie podoba mu się to kolano.
- Wiem, Niall mi mówił.
- Może jednak by pojechał? Namów go.
- Nie ma mowy o namawianiu.
- Co? Nie ufa naszej służbie zdrowia?
- Nie wiem – odparłam - ale zaparł się i powiedział, że nie.
- Michał stwierdził, że gdzieś tutaj jest laska po mnie, więc jak będzie potrzebował to będzie mógł chodzić o lasce.
- Dobrze, powiem mu.
- Nic mu na razie nie mów. Idź do niego, bo leży, jak ta biedna sierota sam.
Poszłam na górę.
- Wiesz, rozmawiałem z mamą - powiedział Niall, gdy weszłam - powiedziałem, jaka jest u nas sytuacja. Powiedziałem, że najprawdopodobniej nie przylecimy. Była bardzo niepocieszona.
- Powiedziałeś o kolanie?
- No coś ty… Ty też masz nie mówić.
- No przecież nie rozmawiam z twoją mamą.
- Może do ciebie zadzwonić.
- A w jakiej sprawie?
- No…. Powiedziałem jej, że się zgodziłaś. Bardzo się ucieszyła. Chciała ci pogratulować, ale powiedziałem, że zeszłaś na dół. Kiedy bierzemy ślub?
- A czemu pytasz?
- No, bo mama się pyta… Powiedziałem, że jeszcze nie uzgodniliśmy. Odpowiedziała, że musimy to jak najszybciej uzgodnić.
- Ja bym chciała, żeby było ciepło - powiedziałam.
- Jak sobie życzysz.
- Nie wiem… może czerwiec?
- Dobrze. Niech będzie czerwiec, a gdzie będziemy organizowali uroczystość?
- Wiesz, nie chciałabym na Wiśniowej.
- Ja też nie. To może byśmy zorganizowali w Irlandii?
- A nie będzie to wielki kłopot dla twojej mamy?
- Nie, no coś ty! Mama bardzo lubi gości! Zresztą wynajęlibyśmy hotel. Jak się poprzednio żeniłem, miała do mnie żal, że to nie było u niej.
- To niech będzie Irlandia - powiedziałam.
Niall aż podskoczył na łóżku.
- To zaraz do niej zadzwonię! - Ucieszył się
- Halo? Mamo? No, więc uzgodniliśmy! W Irlandii. W czerwcu. Tak, jest koło mnie. Dobrze, już ci ją oddaję - podał mi telefon.
- Halo? - Powiedziałam.
- Witaj Megan! Bardzo się cieszę, że się zgodziłaś. Niall odkąd cię poznał, mówił tylko o tobie. Jaka jesteś wspaniała, jakie masz kochane dzieci, jaka jesteś dobra. Cały czas mówi o tobie w samych superlatywach.  Właściwie wszystkie rozmowy kończą się na tobie. Greg się śmieje, że jeśli z Niallem rozpocznie się rozmowę o szczoteczce do zębów to i tak skończy się ona na Megan
Widocznie zrobiłam się czerwona, bo Niall chciał mi zabrać telefon. Pacnęłam go w rękę. Mama nawijał, jak najęta.
- Tak się cieszę kochana, że się zgodziłaś na ślub w Irlandii.
- Ja też się cieszę - odpowiedziałam.
- Wszystko zorganizuję! - Rzuciła.
- To może ja oddam Nialla - powiedziałam i oddałam mu telefon.
- Nie, mamo. Zorganizujemy my. Ty nic nie organizuj. Wszystko załatwię. Nie wolno ci nic mówić, bo znowu będą lizały!
Zaczęłam się zastanawiać, kto i co będzie lizać…
- Dobrze. Jak tylko będziemy mogli, to przyjedziemy. Nie wiem tylko, czy nam się uda, bo trzeciego mamy koncert, więc nie wiem, czy zdołamy się wyrwać z Polski. Tak mówiłem ci, że są śnieżyce i nic nie lata. Nie charterów też nie wypuszczają. No też bardzo żałuję. Już też się za tobą stęskniłem. To papa - rozłączył się.
- Coś ty naopowiadał tej swojej mamie? - Zapytałam podejrzliwie.
- Ja? Nic.
- Jak to nic?
- Wiesz, tak opowiadałem o wszystkim.
- Mhm  – odpowiedziałam - mogę się koło ciebie położyć?- Zapytałam, bo cała zdrętwiałam.
- Przecież to twoje łóżko.
- No, nie tylko moje.
- No dobra… Nasze.
Położyłam się delikatnie, a Niall przyciągnął mnie do siebie.
- Słuchaj, może naprawdę powinieneś pojechać do tego szpitala? - Zapytałam, bo zauważyłam na jego twarzy grymas bólu.
- Wszystko będzie dobrze. Już ci mówiłem.
- Gdzie wy macie ten koncert? Ten, o którym mówiłeś mamie?
- W Bostonie.
- To zaczyna nam się robić krótko…
- Najpóźniej musimy wylecieć pierwszego…
- Mam nadzieję, że ta pogoda wreszcie się ustatkuje…
Po świętach, zaczęliśmy codziennie rano dzwonić na lotnisko, by dowiedzieć się, czy możemy już odlecieć, jednak w kółko otrzymywaliśmy wiadomość, że niestety nie, z powodu warunków atmosferycznych.
Sylwester się zbliżał wielkimi krokami wyglądało na to, że chyba będziemy musieli zostać                     w Warszawie…
Usłyszałam jakieś głosy na dole i pomyślałam, że dzieci wróciły. Chciałam się ruszyć, ale Niall nie chciał mnie puścić.
- Muszę pomóc mamie, bo dzieci przyszły z ogrodu. Muszę pomóc je rozebrać.
Niall niechętnie mnie puścić i musiałam obiecać mu, że wrócę. Dałam mu buziaka i zbiegłam na dół. Okazało się, że to nie dzieciaki, tylko przyjechał Żoliborz.
- O! Odkopali was! - Ucieszyłam się.
- No, gdyby nie wasza pomoc, to pewnie bylibyśmy jeszcze zakopani - rzucił Zayn.
- Witaj piękna!- Usłyszałam.
- Postanowiliśmy wspólnie, że Dominika z Zaynem i Gabriela z Jayem zostaną u nas - powiedział Michał.
- Ale przecież nie ma u nas tyle pokoi - powiedziała mama.
- Nic nie szkodzi. Będziemy spali tutaj, w salonie.
Bardzo się ucieszyłam, bo może w końcu porozmawiam z Domą.
- Musicie się zacieśnić w łazience - powiedziała mama.
- Dobrze, zabiorę wszystkie nasze kosmetyki i będą na górze - rzuciłam.
- My nie mamy dużo kosmetyków - powiedziała Gabriela.
- Nie, ty nie - odpowiedziała jej Dominika kpiąco - przecież Jay ci co chwilę jakieś kosmetyki przywozi.
- No, dobra - zgodziła się Gabi.
Złapałam nasze kosmetyki. Moje i Nialla i poszłam na górę.
- Co tam się dzieje? - Zapytał Niall.
- Żoliborz przyjechał, zamieszkają z nami.
- Super! Stęskniłem się za Zaynem i Jayem.
- Dobra, zaraz ich tu przyślę.
Poustawiałam nasze kosmetyki na parapecie, bo w szafach nie było już miejsca i zeszłam na dół.
- Chłopaki, moglibyście trochę pocieszyć Nialla? - Rzuciłam.
- Jasne! - Powędrowali na górę.
Usiadłam z dziewczynami i zaczęłyśmy gadać.
- To kiedy chcecie brać ślub? - Zapytała Dominika.
- Niall uparł się, żeby to było w Irlandii – powiedziałam - chce wynająć hotel i zaprosić tam wszystkich gości. Ustaliliśmy, że chcemy ślub w czerwcu.
- Ja w czerwcu nie będę mogła.
- A dlaczego?
- Bo mama z Martinem będą w Indiach, a chciałabym, żeby jednak byli na ślubie.
- A już żeście gadali z Zaynem na ten temat?
- Ja myślałam o maju…
- Ale nie bierze się ślubu w miesiącach, gdzie nie ma litery „r”.
- To są jakieś przesądy - odpowiedziała.
- Lepiej chuchać na zimne - rzuciłam.
Dominika się zamyśliła. Z góry dobiegały jakieś dziwne odgłosy. Zastanawiałam się, co oni tam wyprawiają…
Mały Joe nie był zachwycony pomysłem Michała, bo miał jeszcze cztery twarze do wykarmienia.
- Co ja mam teraz zrobić?! - Zapytał mnie, gdy weszłam do kuchni, by zrobić herbatę.
- To zamów przez Internet produkty, to ci przywiozą.
Mały Joe popatrzył na mnie.
- Wiesz, ty masz łeb - powiedział i zniknął u siebie w pokoju.
Zaparzyłam herbatę i wróciłam do salonu. Dominika rozmawiała z kimś przez komórkę. Postawiłam herbatę na stoliczku i usiadłam w fotelu naprzeciwko.
- No, nie przyjedziemy mamo, bo nie mamy takiej możliwości.
- To niech mama przyjedzie do nas - powiedziałam.
Ciocia Agnieszka widocznie postanowiła się spotkać z Dominiką. Okazało się, że w pierwszy dzień świąt nie spotkali się.
- Tak z Martinem możecie przyjechać. Tak, jest ciocia Ania - rzuciła Doma - dobrze, już ci ją dam - nie wiesz, gdzie jest twoja mama?
- Pewnie u siebie w pokoju.
- A możesz jej dać telefon?
Zapukałam do drzwi pokoju mamy i usłyszałam:
- Proszę.
Weszłam niepewnie.
- Co się stało? - Zapytała mama.
- Telefon do ciebie.
Mama zdziwiona popatrzyła na komórkę.
- Kto to? - Zapytała szeptem.
- Ciocia Agnieszka - odszeptałam.
- Jaka ciocia Agnieszka?
- Mama dziewczyn. Dominika zaprosiła ją do nas.
Mama wzięła telefon i zaczęła rozmawiać. Ja wycofałam się do salonu. Po krótkiej chwili mama wypadła od siebie.
- Słuchajcie, musimy coś przygotować, bo będziemy mieć gości.
- Znowu?! - Jęknął Mały Joe.
- Nie przejmuj się. Nie będziemy na ciebie zwalać. Jeśli nam pozwolisz, to skorzystamy z twojej kuchni.
- Co chcesz robić? - Zapytał mamy.
- Jeszcze nie wiem. Pozwolisz, że poszperam ci w szafkach?
- No zastanowię się. Jakie będą straty? - Powiedział Mały Joe.
- Masz coś, co można na szybko zrobić?
- No, kupiłem ostatnio korpusy babeczek.
- Wiesz, co? Ty złoty jesteś. Wręcz nawet mistrzu.
- To ja już zrobię.
- Nie możemy na ciebie wszystkiego zwalać. Też coś musimy robić.
- Zostaw, ja już zrobię.
- Nie, no przed chwilą smażyłeś naleśniki i jesteś zmęczony, więc idź odpocząć.
- Pomogę.
Za chwilę Mały Joe wnosił do jadalni babeczki i powiedział:
- Kto mi pomoże udekorować?
Stanęłyśmy wszystkie. Na środku postawiony został talerz, na który miałyśmy wkładać udekorowane babeczki. W miseczkach były różne owoce z kompotów, jak ananas, brzoskwinie, morele, truskawki.
Truskawki podejrzanie dobrze wyglądały, więc doszłam do wniosku, że chyba nie były z kompotu.
- Dobra. Stajemy w ciągu. Ja nakładam śmietanę, podaję dalej, a wy dekorujecie.
W ten sposób w bardzo szybkim tempie zrobiliśmy sześćdziesiąt babeczek.
- Wystarczy?- Zapytał Mały Joe.
- Chyba trochę mało…
- Dlaczego?
- Będzie nas dwadzieścia osób, a Niall zjadłby z sześć…
- O Matko Boska…- Mały Joe zniknął i za chwilę przytargał dwa kolejne kartony korpusów.
Talerz był już pełen, więc przyniósł następny, na którym miałyśmy kłaść gotowe babeczki. Popatrzył na nasze dzieło i przyniósł czekoladę w młynku.
- Może posypać, co?- Zaproponował.
- Jak każesz mistrzu - rzuciła mama.

Posypał babeczki czekoladą i były naprawdę urocze. Nakryłyśmy stół i ledwo się wyrobiłyśmy. Ktoś zadzwonił do drzwi. Rzuciłyśmy się, aby otworzyć. Okazało się, że to ciocia Agnieszka z Martinem.

___________________________
Cześć Ludziska :)

Nie mogę uwierzyć, że to już 120 rozdział! Jeju jak to szybko minęło. Wciąż nie mogę uwierzyć, że chce Wam się czytać te moje wypociny, nie macie pojęcia, jak jest mi przyjemnie widzieć tak dużą ilość wyświetleń. Jest to naprawdę niesamowite i chcę Wam za to podziękować. Jesteście najlepsi i dziękuję z całego serduszka <3 :)
 Serdeczne podziękowania Huf Smoke- Jesteś Wielka, Dziewczyno <3 Uwielbiam Cię, Twoje komentarze i po prostu DZIĘKI <3
                                                                                                ~Meg

piątek, 19 września 2014

119

  Jednym z prezentów dla chłopaków i przypuszczałam, że wiem, od kogo był kulig w Białowieży. Mieliśmy tam jechać w drugi dzień świąt. Na następny dzień rano przyjechał wynajęty autokar,          w który się załadowaliśmy. Podróż była wesoła i w świetnych nastrojach dojechaliśmy na miejsce. Uczyłam się o Białowieży, ale jeszcze nie miałam okazji tam być. Niall już przebolał wczorajsze zajścia  i tryskał humorem. Louis trochę się z niego ponabijał, ale było to nie groźne, jak u Louisa.
Gdy dojechaliśmy, zaczął padać śnieg. I to mocno. Zakwaterowano nas w pokojach. Dzieci były bardzo mocno podekscytowane i nie mogły się doczekać. Kulig miał być na następny dzień. Mama im opowiedziała, co znaczy kulig i nawet chętnie po kolacji poszli spać. Hotel bardzo nam się podobał. Był bardzo nowoczesny i ekskluzywny. Na dole, w piwnicy było urządzone „piekiełko”, do którego postanowiliśmy pójść. Potańczyliśmy trochę i zdecydowaliśmy, że jednak trzeba iść spać. Rano musieliśmy wstać o szóstej…
   Zwlekłam się z łóżka. Niall spał. Zaczęłam go budzić.
- Nie budź mnie! - Warknął.
- Wstawaj, bo nam kulig przepadnie.
Nic. Wzięłam szklankę, do której nalałam trochę zimnej wody. Podeszłam do niego i zaczęłam kroplami wylewać wodę ze szklanki.
- CZYŚ TY OSZALAŁA?! - Obudził się natychmiast.
- Kulig - powiedziałam.
- Zaraz będę gotowy - powędrował do łazienki. Poszłam zobaczyć, jak dzieci. Były już ciepło ubrane      i wychodziły na lekkie śniadanie. Szybko bardzo się uwinęły i wyszły na dwór rzucać się śnieżkami. Były pod opieką Michała. Wróciłam do pokoju. Niall był już gotowy.
- Szybko ci to poszło - powiedziałam.
- No takie przebudzenie… Zemszczę się… Kiedyś.
- Dobrze, że powiedziałeś „kiedyś”.
Zeszliśmy na śniadanie, ale Niall nie za bardzo był głodny. Zaproszono nas do sań. Wyszliśmy przed hotel, gdzie czekały już sanie zaprzęgnięte końmi.  Michał z mamą zdecydowali, że pojadą z dziećmi. Michał miał pod opieką chłopaków, a mama dziewczynki. Reszta par miała sanie dwuosobowe plus woźnica. Wsiedliśmy do sań. Byliśmy w pierwszych saniach.  Odjechaliśmy kawałek i następne sanie zostały zapełnione przez Jaya i Gabrielę.  Wszystkie pary wsiadły do sań i ruszyliśmy. Dzieci jechały    w środku kuligu i tylko słyszeliśmy ich piski. Sanie po obydwu stronach miały zamontowane pochodnie. Było to bardzo romantyczne. Byliśmy przykryci kocami. Śnieg padał i było przecudownie. Z tyłu Lou wydawał dziwne okrzyki. Echo niosło po lesie od czasu do czasu spadał śnieg z drzew, co wywoływało pisk i śmiechy wszystkich. Kulig trwał około godziny i dojechaliśmy na jakąś polanę, na której paliło się ognisko. Zaczęła się szarówka. Zaproszono nas do pieczenia kiełbasek.
- Kiełbaski! - Ucieszył się Niall.
Tego nie mógł sobie odmówić. Darcy była zachwycona i przybiegła do mnie powiedzieć:
- Mamo! Jak jest fajnie!
- Też ci się podoba?
- SUPER!
Do picia była kawa, albo herbata. Panowie dostali po żubrówce, co ich bardzo rozpogodziło. Po zjedzeniu i wypiciu, zabrano nas z powrotem do sań i powieziono dalej. Woźnica powiedział do nas:
- Teraz macie być cicho.
Przetłumaczyłam Niallowi, co powiedział woźnica. Jechaliśmy dalej w ciszy. Dojechaliśmy do polany, która była otoczona siatką, za którą pasły się żubry.
- O! Bizony!- Powiedział Niall.
- Jakie bizony? W Polsce są żubry.
- To żubry jeszcze żyją?- Zdziwił się.
 - W Polsce jeszcze żyją – odpowiedziałam - jak widzisz, całkiem nieźle się mają. W pewnym momencie jeden z żubrów podszedł do siatki. Był olbrzymi. Ellie się wystraszyła i Louis ledwo ją złapał, bo o mało, co nie wypadła. Woźnica oznajmił, że możemy wysiąść. Wyskoczyłam, a Niall patrzył na mnie, jak na wariatkę.
- Gdzie ty idziesz?!
- Do żubra.
- Bo ci zrobi krzywdę!
- Nie, zrobi. Jest oswojony z ludźmi.
Nie najładniej pachniało, więc Darcy powiedziała:
- Mamo… Śmierdzi!
Poprawiłam ją:
- Brzydko pachnie.
- No perfumami nie pachnie - rzucił woźnica, który kręcił się blisko nas.
Następnie podwieziono nas pod stanowisko, gdzie były wilki. Stwierdziłam, że to wspaniałe zwierzęta. Obserwowaliśmy je z daleka. Nawet nie wiem, kiedy zrobiło się jasno…
Gdy wracaliśmy jeden z woźniców zaczął śpiewać i było to bardzo śmieszne. Podchwycili pozostali. Chłopcy nie chcieli być dłużni i zaczęli śpiewać coś po angielsku. Trzeba przyznać, że kulig był bardzo udany. Zadowoleni byli wszyscy. Dojechaliśmy do hotelu i czas było, żeby się spakować. Zjedliśmy obiad, a potem rozeszliśmy się po pokojach. Spakowaliśmy się i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Dzieci pełne wrażeń pousypiały na swoich miejscach. Kupiłam parę pamiątek z Białowieży no                i żubrówkę. Pomyślałam, że dam ją Kazikowi. Zasnęłam na kolanach Nialla. Kiedy się obudziłam, wciąż jechaliśmy.
- Co? Znowu korki? - Zapytałam.
- Nie, śnieżyca – odpowiedział - nic nie widać. Ale macie tutaj dużo śniegu.
- Jakby u was nie padał śnieg.
- Nie, aż tyle.
Wyjrzałam przez okno i powiedziałam:
- Zwykle u nas tyle nie pada.
W pewnym momencie przyszła do nas Dominika.
- Niall? Mógłbyś pogadać z Zaynem? Bo ja chciałabym pogadać z Megan - podniosłam się do pozycji siedzącej, bo leżałam na Niallu, który przeszedł na miejsce Dominiki. Za chwilę usłyszałam głos Nialla:
- Chcesz się położyć?
- A może ty chcesz się położyć? - Powiedział Zayn.
- Chętnie - stwierdził Niall.
- Chyba nie pogadamy - stwierdziła Doma.
- A o czym chcesz gadać? - Rzucił Zayn za naszymi plecami.
- O kuligu - odparłam.
- Był super - rzucił Niall.
- Czy możecie się zamknąć?! - Zdenerwowała się Dominika - zajmijcie się sobą.
- Noooo, to co robimy? - Usłyszałyśmy uwodzicielski głos Nialla.
- Odwal się - Zayn odwrócił się do szyby.
- No to mów - rzuciłam do Dominiki.
- Jak myślisz, czy to nie było wymuszone?
- Co? - Zdziwiłam się.
- No te zaręczyny - szepnęła.
- CO TAM SZEPCZESZ?  – Zapytał Niall
- Dobra, chyba będziemy musiały pogadać o tym w domu, bo teraz nam nie dadzą. - Stwierdziłam
Autokar się zatrzymał i usłyszałyśmy rumor.
- Co się stało? - Zapytałam.
- Nic - zobaczyłyśmy gramolącego się z podłogi Nialla.
- Co ty robisz? - Zapytała Doma.
- Dojrzałem i spadłem - stwierdził.
- To wracaj na miejsce. Na swoje.
Okazało się, że jesteśmy na jakimś parkingu, bo kierowca musi mieć przerwę. Nie chciało nam się wyłazić, ale musiałam wyjść, bo Antoś chciał siusiu. Niall poszedł ze mną. Zabrałam wszystkie dzieciaki i odbyło się zbiorowe siusianie. Niall zabrał chłopców, a ja dziewczynki. Po chwili wpadła Ellie.
- Ale mi się chciało siusiu! Dobrze, że jest ta przerwa! - Ucieszyła się.
Gdy wracaliśmy do autokaru, było po kostki śniegu.
- Bałwany wracają! – Powiedział Lou, gdy wróciliśmy do autokaru. Faktycznie sporo było na nas tego śniegu. Mieliśmy jeszcze trochę czasu i wyszliśmy wszyscy rozprostować nogi. Chłopcy zaczęli nas okładać śnieżkami. Rozpoczęła się normalna wojna śnieżkowa. Dostałam śnieżką pod oko i miałam już dosyć.
- AŁA! - Wrzasnęłam i zgięłam się w pół.
Niall podbiegł do mnie.
- Co ci się stało?
- Cholera, dostałam śnieżką! Będę miała limo! Kto to był?
Następny, który dostał, był Niall. Dostał w ucho.
- AŁA! – Zawył - to boli!
- A coś ty myślał?! - Zdenerwowałam się - ja idę do autokaru - powiedziałam.
Na to wszystko wyszedł Michał z dzieciakami. Chłopcy z ochotą rzucili się na robienie śnieżek i zaczęli rzucać we wszystkie strony. Obserwowałam to wszystko z autokaru. Gdy Lou dostał od swoich chłopaków, złapał Tommiego i przeturlał go po śniegu. Ellie się bardzo zdenerwowała.
- PRZECIEŻ ON SIĘ PRZEZIĘBI - krzyknęła na niego.
Louis rozejrzał się za Jimim.
- Ja wam dam! Tak swojego ojca?!
Jim schował się za Michałem. Obserwowałam gonitwę wokół Michała, który chwiał się na wszystkie strony, jakby nie wiadomo ile wypił. Wreszcie zobaczyłam, jak wszyscy padają na siebie. Wszyscy zostali potraktowani śniegiem. Kiedy się podnieśli, wrócili do autokaru, a Eleanor zaczęła wszystkich swoich chłopaków rozbierać.
- Przeziębią się! - Zaczęła histeryzować - dostaną zapalenia płuc!
- Nic nam nie będzie - uspokoił ją Lou.
W pewnym momencie poczułam, jakieś zimno na karku.
- ZIMNE! - Wrzasnęłam i się zerwałam z fotela.
- Co? Tańczysz Gangnamstyle, o i teraz kaczuszki! - Powiedziała mama, a ja piszczałam, jak głupia.
- ZABIERZCIE TO ZABIERZCIE! - Wrzeszczałam.
- Co mamy zabrać? - Zapytał Liam, wchodzący do autokaru.
Poczułam, że śnieżka wpada mi w majtki… zaczęłam zdejmować z siebie kurtkę, którą miałam jeszcze na sobie, po czym zaczęłam rozpinać spodnie.
- Tak przy dzieciach?! - Powiedział niewinnie Niall.
- ZAMKNIJ SIĘ!
Cały autokar leżał na fotelach i płakał ze śmiechu.
- WEŹ MI TO W CHOLERĘ WYCIĄGNIJ! - Powiedziałam zdenerwowana.
- Ale co?
- JAK TO CO?! TO, CO MI WRZUCIŁEŚ ZA KOŁNIERZ!
- To jeszcze się nie rozpuściło? - Zdziwił się.
- WYCIĄGNIJ TO! - Jeszcze raz wrzasnęłam.
- No przecież nie będę ci grzebał w majtkach, przy dzieciach! - Powiedział cicho.
Louis piał swoim wyjątkowym śmiechem, a Dominika stwierdziła:
- Przepraszam, ale ja muszę iść jeszcze do toalety - i wybiegła w popłochu. Zayn wykorzystał okazję     i poszedł zapalić, a śnieg sypał co raz bardziej. Wreszcie wyciągnęłam tą pioruńską śnieżkę i mogłam spokojnie usiąść. Byłam wściekła. Niall coś zagadał, a ja warknęłam na niego.
- No nie gniewaj się na mnie…
- Jeszcze raz się odezwiesz, a sam będziesz miał w gaciach tą śnieżkę i sama ci ją wsadzę. Obiecuję!
- Mmm… to mogłoby być interesujące - usłyszałam głos Louisa.
- Ty też sobie życzysz? - Zapytałam.
- Nie, dziękuję - powiedział cieniutko. Wiedział, jak mnie rozbroić. Uświadomiłam sobie, jak to musiało komicznie wyglądać i zrobiło mi się trochę lepiej.
Gdy Doma z Zaynem wróciła, kierowca powiedział:
- Możemy jechać.
Było mi mokro. Usiadłam na fotelu i oparłam się o okno.
- No, chodź tu, połóż się - rzucił Niall, klepiąc się po kolanach.
- Nie - burknęłam pod nosem.
- Nie myślałem, że tak będziesz tańczyć…
- To trzeba było myśleć - warknęłam, chociaż zaczynało mnie to bawić.
Wesoły autokar odjechał z parkingu. Im bardziej się zbliżaliśmy do Warszawy, tym większy zaczął padać śnieg. Louis stwierdził, że trzeba będzie wyjść i odkopać drogę przed nami. Przedstawił to tak wyraziście, że wszystkich bolały boki ze śmiechu.
Faktycznie jechaliśmy 40 km/h, bo było ślisko, a widoczność była prawie zerowa.  Do Warszawy dojechaliśmy około północy. Podjechaliśmy pod dom, a tam dwie postacie próbowały odśnieżyć podjazd.
Wygramoliliśmy się z autokaru. Podziękowaliśmy kierowcy, pożegnaliśmy się z Gabi, Domą i ich chłopakami i ruszyliśmy do domu. Mimo prób odśnieżenia, brnęliśmy do domu po kolana śniegu. Biedny Mały Joe był zmachany, jakby przerzucił tonę węgla, a Filip już nic się nie odzywał. Mały Joe porzucił odśnieżanie, żeby zrobić nam herbatę, a Louis zaczął mu opowiadać o przygodach, które nam się przytrafiły. Poszliśmy spać nad ranem. Mieliśmy wylatywać za dwa dni.  
Obudziłam się na następny dzień. Odsunęłam kołdrę i zwlokłam się z łóżka. Powędrowałam do okna. To, co zobaczyłam za nim, spowodowało, że wróciłam, czym prędzej do łóżka. Niall obudził się, gdy wstałam i był bardzo zdziwiony, że wracam z powrotem.
- Co? Stęskniłaś się za mną? - Mruknął uśmiechając się cwaniacko.
- Nie, ale czarno widzę nasz odlot… - Powiedziałam kładąc cię z powrotem.
- O czym ty mówisz? - Otworzył szeroko oczy.
- To idź, zobacz, co się dzieje za oknem.
Faktycznie świata nie było widać. Niall podszedł do okna i zaczął przez nie wyglądać.
- Czemu za oknem jest tak biało? Pomalowałaś je, czy jak?
Otworzył okno i stwierdził:
- ZIMNO! BRRRRRRRRRRRRR….
- Jak śnieg pada, to zwykle jest zimno - odpowiedziałam filozoficznie.
 Niall zamknął szybko okno i biegiem wskoczył do łóżka lepiąc się do mnie. Spletliśmy nasze stopy,            a ja położyłam głowę na jego torsie.
- To co robimy z tak rozpoczętym dniem?
- Zastanówmy się, co zrobimy, gdy nie będziemy mogli odlecieć. Przecież mieliśmy być u twojej mamy.
- Zadzwonię do niej i powiem, jaka jest sytuacja - powiedział logicznie.
- Myślisz? - Zapytałam - Że zrozumie?
- No przecież to nie od nas zależy. To pogoda.
Trochę się uspokoiłam.
- Może nie będziemy dzisiaj wstawać z łóżka, co? - Zapytał Niall przykrywając się prawie, aż po nos.
- Też mi się nie chce, ale muszę zobaczyć, co robią dzieci…
Przytrzymał mnie, gdy chciałam wyjść. Przytulił mocno i mruknął do ucha:
- Jeszcze chwilę. Poleżmy tak sobie.
- Dobrze. Chwilę - powiedziałam.
Na korytarzu zaczął się jakiś ruch.
- Jak myślisz, co tam się dzieje? - Zapytałam.
- Cicho, jeszcze śpimy - położył mi wskazujący palec na ustach.
- Ale...- Zaczęłam mówić, ale skończyło się na tym, że zaczął mnie całować.
  Zeszliśmy na śniadanie bardzo spóźnieni…
- Ale robaczki sobie pospały – usłyszeliśmy - widzieliście, co się dzieje za oknem?
- Widzieliśmy… Z domu nie można wyjść. Zasypało nas - powiedział Niall.
Mały Joe ciskał się po kuchni.
- Co tam się dzieje?
- Piecze chleb, bo nie może wyjść do sklepu.
- Faktycznie nas tak zasypało?
Podeszłam do okna i zobaczyłam, że śniegu napadało do połowy drzwi.
- Dobrze, że dostaliśmy się do domu. Gorzej by było, gdybyśmy utknęli w zaspach…
- Byłoby wesoło - stwierdziła mama.
- To, co mamy do jedzenia? - Zapytał Niall.
- Co? Odkochałeś się już? - Zapytał Liam.
- Nie - burknął Niall - ale burczy mi w brzuchu.
- Zostało trochę z kolacji.
Popatrzyłam na zegarek i zrobiło mi się słabo. Było piętnaście po szesnastej…
- Ale żeśmy pospali!
- Kto pospał, ten pospał - rzucił Michał.
- A co się stało?
- Dzieciaki nie dały mu pospać. Koniecznie chciały iść na górkę - powiedziała mama - wtedy odkryliśmy, że nie można wyjść z domu.
- To, co? Tak zostaniemy do wiosny? - Ucieszył się Louis.
- Może nas odkopią… Trzeba zadzwonić na Żoliborz, żeby przyjechali z łopatami - powiedziałam.
- Myślisz, że oni mogą wyjść? Że ich nie zasypało? - Rzucił Michał.
- Jeśli oni wyjść nie mogą, to trzeba zadzwonić po straż pożarną! - Powiedział, Liam.
Wybrałam numer na Żoliborz, ale usłyszałam komunikat:
 Przepraszamy. Podany numer, na który dzwonisz jest niedostępny. Spróbuj ponownie później.
Wyciągnęłam komórkę i wybrałam numer Dominiki:
- Cześć Doma. Jak tam u was sytuacja? Możecie wyjść, czy nie?
- No ciężko – usłyszałam - nie możemy otworzyć drzwi…
- Możemy pogadać?
- Nie za bardzo…
- A co? Zayn siedzi obok ciebie?
- Nawet leży…
- Macie co jeść?
- Coś tam będzie.
- To jesteście w lepszej sytuacji, niż my,
- Jak to?! - Zdziwiła się.
- No… nie ma chleba, nie ma masła… Mały Joe się wściekł, bo nie może iść do sklepu. Postanowił upiec chleb sam.
- Chociaż macie Małego Joe… - odparła na to Doma.
- Chyba pozostaje faktycznie wezwać straż pożarną, żeby nas odkopali…
- A co? Sądziłaś, że was odkopiemy?
- No… troszkę.
Wybrałam numer do straży pożarnej, ale był zajęty.
- Zdaje się, że nie tylko ja wpadłam na ten sam pomysł…
- Jaki? - Zapytał Liam.
- O straży pożarnej. Nie można się dodzwonić.
- To wiś na słuchawce - powiedziała mama.
  W pewnym momencie Tommy, który stał przy drzwiach do ogrodu, nacisnął na klamkę i drzwi się otworzyły…
- Hura! Jesteśmy uratowani! - Wrzasnął Niall.
- Co się stało? - Zapytał Mały Joe.
- Tommy odkrył drogę ucieczki z tej twierdzy! - Cieszył się Niall.
Okazało się, że wiatr zawiał nam drzwi wejściowe, ale ogrodowymi można było wyjść.
Mały Joe szybko się ubrał w kombinezon Filipa i powiedział:
- Trzeba się przekopać, aby pójść do sklepu.
Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Zaczęliśmy obserwować, jak znika za domem, z trudem idąc. Dzieci pobiegły do okien z drugiej strony.
- Nie widać go, nie widać! - Zaczęły krzyczeć.
- No, za nim dojdzie tutaj, to trochę potrwa… - stwierdził Michał - panowie, ubieramy się i idziemy kopać.
Wszystkie kombinezony narciarskie poszły w ruch i po chwili panowie znaleźli się w ogrodzie. Zaczęli coś pokrzykiwać. Okazało się, że są tylko dwie łopaty, więc jest problem. Mały Joe szuflował, jakby był do tego stworzony. Okazało się, że sąsiedzi byli już odkopani. Michał zaczął coś krzyczeć przez płot          i za chwilę znalazły się jeszcze dwie szufle. Niall wrócił do domu.
- Niall ty nie kopiesz? - Zdziwiłam się.
- Nie ma dla mnie łopaty…
- To pójdziesz kogoś później zmienisz.
Po piętnastu minutach, słaniając się na nogach, przyszedł Louis.
- Ale to jest ciężka praca!.
- Niall do roboty - zawołałam.
- Ale ja jestem taki głodny! - Zaprotestował.
- Dzieci też są głodne - powiedziałam wściekła.
Niall ubrał się w kombinezon Louisa i wyszedł. Obserwowałam stronę ulicy i w pewnym momencie zobaczyłam, że coś się dzieje z boku. Panowie odkopali już cały bok. Nie widziałam nigdzie Nialla. Liam zwijał się, jak w ukropie. Michał obok, Mały Joe za nimi, a Nialla nie było widać.
- Gdzie on poszedł? - Zaczęłam się zastanawiać.
Po następnych piętnastu minutach wrócił.
- Ale jestem zmęczony…
- Nie widziałam cię, żebyś kopał.
- Ale ja z tyłu byłem.
- Tak… z tyłu byłeś, zobaczysz nie dostaniesz śniadania.
Niall wyskoczył, jak z procy. Zobaczyłam go w pierwszym rzędzie. Po następnych piętnastu minutach, udało im się przekopać do ulicy. Mały Joe wrócił do domu i powiedział:
- Idę na zakupy! Może pojadę samochodem?
- Ale ulica jest nieodśnieżona - powiedziała mama.
- A no tak, faktycznie. Zakopię się. To pójdę piechotą.
Złapał jakieś siatki i poszedł. Michał zadzwonił do straży miejskiej z prośbą, by odkopali ulicę. Niestety śnieg padał cały czas i powiedzieli mu, że nie prędko to zrobią. Po półtorej godzinie wrócił Mały Joe. Targał jakieś siaty, pełne po brzegi i powiedział:
- Udało mi się wziąć masło, więc wziąłem trzy kilo, olej, całą szynkę, ser…
Dobrze, że wziął również plecak, bo miał gdzie pakować.
- To musi nam wystarczyć na jakiś czas.
Niall, jak na złość był głodny.
- Nie ma marnowania jedzenia. Wszyscy jedzą to, co jest podane.
- A co z Żoliborzem zrobimy? - Zaczęłam się zastanawiać.
- Niech się starają sami – powiedział Mały Joe - mają zamrażalkę, więc niech sobie rozmrożą.
Zadzwoniłam do Dominiki.
- Doma, macie w zamrażalce jedzenie.
- Też to odkryliśmy, ale zaczęliśmy się zastanawiać, czy możemy.
- No pewnie, że możecie!
- Jay nawet znalazł chleb w zamrażalniku…
- To wsadźcie do mikrofali, to wam się szybciej rozmrozi - powiedziałam.
- Co? Oni będą mieli jedzonko? - Zapytał Nialler kręcący się koło mnie.
- Będą.
- To może ja do nich pójdę?
- Może do jutra rana zajdziesz – powiedziałam - tu będzie szybciej.
Niall niepocieszony usiadł na fotelu. Miał taką minę, jakby miał zaraz umrzeć.
- Mamusiu, głodna jestem - powiedziała Darcy.
- Poczekaj, zaraz pójdę zobaczyć, czy czegoś nie ma dla ciebie.
Wszystkie dzieci były głodne. Zajrzałam do kuchni. Mały Joe szalał po niej i bałam się wejść, bo nie chciałam oberwać szmatą.
- Coś słoneczko chciałaś?  – Zapytał Mały Joe. Widać było, że był w dobrym humorze. Zobaczyłam, że smaży naleśniki.
- O jak dobrze!
- Co? Głodna jesteś? To weź sobie.
- Nie, dzieciaki są głodne.
- Masz tu pięć naleśników. Tyle zdążyłem nasmażyć.
Wzięłam nutellę, zabrałam do jadalni i zaczęłam smarować. Jakimś dziwnym trafem, znalazł się Niall.
- JEDZONKO! - Wrzasnął. Wszystkie dzieciaki znalazły się zaraz za nim.
- To dla dzieciaków - powiedziałam.
Rozsmarowywałam równo nutellę, składałam naleśniki i rozdawałam najmłodszym.
- A ja? - Zrobił maślane oczy Niall.
- No przecież widzisz, że nie mam.
- Sama zjadłaś!
Po chwili pojawił się Mały Joe i przyniósł kolejne pięć naleśników. Niall rzucił się na niego, ale Mały Joe zgrabnie go wyminął.
- Tutaj Megan zarządza tymi naleśnikami - skomentował stawiając naleśniki przede mną. Obok mnie pojawiła się Ellie.
- Pomóc ci? - Rzuciła.
- No, byłoby szybciej.
Niall wpatrzony w półmisek stał nieruchomo.
- Co ty narkotyzujesz się tym zapachem? - Zapytałam.
- No tylko to mi zostało – powiedział i prawie zaczął płakać.
Okazało się, że było sześć naleśników.
- Mogę mu to dać? - Zapytała Ellie.
- Daj, bo przecież żyć nam nie da.
Niall szczęśliwy wybiegł do salonu. Za chwilę ustawiła się przerażająca kolejka.
- Dzieci mają pierwszeństwo powiedziałyśmy.
W pewnym momencie zobaczyłam, że Antoś stoi drugi raz, ale trzyma coś z tyłu w rączce.
- Zjadłeś już Antosiu?
Antoś nic nie odpowiedział. Był jakiś nie swój.
- Antosiu, co trzymasz za placami?
- Naleśnika - przyznał się.
- To jak zjesz, to ci dam następnego.
- Ale wujek Niall powiedział, że mi da dwadzieścia dolarów, jak mu przyniosę naleśnika.
Eleanor się wkurzyła.
- Będzie dzieci przekupstwa uczył! NIALL!!!!!!!!!!!! -  Wrzasnęła.

Ellie wyskoczyła z jadalni, a ja usłyszałam rumor na schodach.  Zdaje się, że kogoś pokarało… Tym kimś oczywiście był Niall. Dzięki Bogu w domu był Michał i sprawdził, co się nie stało. Nie był za bardzo rozmowny, z czego wywnioskowałam, że coś jest nie tak. Postanowiłam, że dopadnę go później, bo na razie musiałam się zająć nakarmieniem głodnych. Mały Joe donosił naleśniki, więc była teraz ich cała sterta.
___________________________________

Przepraszam, ale jakoś nie mam ostatnio weny. Wszystko się sypie... Jestem zakochana po uszy, ale nie mogę wyjawić swoich uczuć, bo tylko się ośmieszę i to jest najgorsze. W dodatku straciłam najlepszego przyjaciela... Jednym słowem... Do dupy.

sobota, 6 września 2014

118

*UWAGA*
 Dzisiaj ogłoszenia parafialne wyżej :) Jest w sumie jeden z przełomowych rozdziałów na tym blogu ;) Skupcie się, nie przerywajcie czytania ani na chwilę, przysięgam, że nie pożałujecie :) Mam nadzieję, że Was zaskoczę w pewien sposób, więc życzę wszystkim przyjemnego czytania <3

PS. Do wszystkich, którym zrobię smaka i oczywiście wprowadzę w klimat gwiazdkowy, BARDZO PRZEPRASZAM :D xox
                                                                                      ~Meg
________________________


  Wieczerza była bardzo udana. Wszystko było znakomite, a Mały Joe rósł w oczach, gdy go chwaliliśmy. Oczywiście Niall był pioruńsko głodny i cały czas twierdził, że nie wytrzyma, ale jakoś udało mu się przeżyć. Byłam pełna podziwu dla Małego Joe, że przygotował takie ilości jedzenia i tyle rodzajów potraw. Były cztery rodzaje śledzi:
  • ·         W śmietanie
  • ·         Pod pierzynką (moje ukochane)
  • ·         Korzenne
  • ·         W ketchupie

Była ryba po grecku i po litewsku oraz pstrąg w galarecie. Brałam po jednym dzwonku z każdej potrawy, bo tradycja nakazuje spróbować wszystkich potraw wigilijnych. Po zjedzeniu wszystkich tych potraw byłam już pełna, a to był dopiero początek… Potem na stole pojawił się barszcz, oraz zupa grzybowa i rybna. Barszcz był z uszkami. Wszystkie zupy były podane w wazach. Spróbowałam barszczu. Był przepyszny. Wszyscy się rozpływali. Niall spróbował po jednym talerzu każdej zupy. Byłam pełna podziwu dla niego i zaczęłam się zastanawiać, gdzie on to wszystko mieści? Następnie na stół wjechał karp w różnych postaciach. Był smażony, gotowany oraz w szarym sosie. Wzięłam pół dzwonka gotowanego i ledwo w siebie wmusiłam, do tego były oczywiście ziemniaki oraz kapusta      z grzybami, obok stały pierogi z kapustą i grzybami. Niall bardzo ucieszył się na pierogi. Większość była przeżarta, ale Niall dalej próbował każdej potrawy.
- PEROGI! – Krzyknął - No przecież to tradycja - powiedział, gdy popatrzyłam na niego z przerażeniem.
Następnie wjechał kompot z suszu i słodkie. W tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi.
- O chyba idzie Mikołaj! - Powiedziałam głośno.
Mam nadzieję, że nie Harry… Jay wstał i potoczył się otworzyć. Dzieci zdenerwowane patrzyły            w stronę drzwi. Faktycznie za drzwiami stał Mikołaj.
- Mikołaj! - Krzyknął Jay.
 Popatrzyłam na dzieci. Były lekko przerażone. Wór był olbrzymi i Mikołaj mruknął coś do Jaya.
- Ojej! Jeszcze jeden worek prezentów? - Powiedział Jay - Już idę!
 I wniósł jeszcze jeden wór podobnej wielkości.
Mikołaj usiadł niedaleko choinki i zaczął rozwiązywać worki.
- Czy wszystkie dzieci były grzeczne? - Zapytał tubalnym głosem.
Dzieciaki popatrzyły po sobie, a Antoś zaczął chlipać. Mikołaj pokazał w kierunku Antosia i zapytał:
- Jak masz na imię?
Antoś ze zdenerwowania zapomniał swojego imienia.
- Antoś - powiedziała Darcy.
- To chyba Antoś był grzeczny, bo mam dla niego prezent - zaczął grzebać w worku. Antoś przybiegł do mnie i powiedział:
- Mamusiu? To dla mnie?
- No chyba dla ciebie – powiedziałam - idź do Mikołaja. Na pewno coś ci da.
Podszedł niepewnym krokiem, a Mikołaj wyciągnął olbrzymią paczkę.
- Tu jest napisane Toni - powiedział.
- To ja!- Powiedział Antoś.
- Ty jesteś Antoś, a nie Toni.
- To, to samo!
Mikołaj podał mu paczkę i chwilkę przytrzymał, gdy Antoś złapał prezent.
- A powiesz nam wierszyk?
Antoś się strasznie zestresował. Zobaczyłam, że robi mu się podkówka na twarzy, więc podeszłam do niego i powiedziałam:
- Powiedz szybko wierszyk i będziesz miał to z głowy.
Antoś wypalił:
- Na tapcianie lezi leń. Nić nie lobi ciały dzień…
Ponieważ wierszyk był po polsku, nie wszyscy go rozumieli, ale po tym jak skończył, dostał wielkie owacje.
Następnie Mikołaj wyciągnął jakiś długi prezent.
- Tu jest napisane Tommy. Który to jest Tommy?
Tommy zerwał się i podbiegł do Mikołaja.
- Chyba byłeś niegrzeczny w ciągu roku - stwierdził Mikołaj.
- Byłem grzeczny.
- Na pewno? Bo coś mi się wydaje, że tu rózga jest w środku…
Tommy złapał paczkę i pobiegł do Lou.
- O, następna rózga dla Jimmiego.
Mikołaj wyciągnął taką samą paczkę.
- Chyba z was niezłe urwisy…- stwierdził.
Chłopcy stali, jak trusie.
- Wiecie, co to jest rózga?- Zapytała mama.
- Nie - odpowiedzieli.
- Niegrzeczne dzieci dostają po pupie rózgą - powiedział Michał.
Tommy rzucił prezentem, który upadł na podłogę.
Następnie prezenty dostały dziewczynki. Jakieś wielkie pudła. Gdy dzieci dostały już wszystkie prezenty, Mikołaj przeszedł do rozdawania prezentów dla dorosłych. Wyciągał po kolei z worka           i rozdawał. Rozdawanie prezentów trwało godzinę.
- To co? Można już otwierać prezenty?
Dzieci siedziały grzecznie i czekały. Nawet Tommy z Jimmem siedzieli, jak trusie.
- To co? Otwieramy prezenty, prawda? - Powiedziałam.
- Jeżeli już wszystkie rozdane, to otwieramy! - Odpowiedział mama.
Byliśmy zastawieni wielką ilością prezentów. Mikołaj się pożegnał i powiedział, że ma jeszcze dużo domów do odwiedzenia. Poszedł w kierunku ogrodu. Dzieci rzuciły się do otwierania prezentów. Po chwili w pokoju znalazł się Stefan. Został oczywiście ugoszczony odpowiednio, a mama powiedziała coś do Darcy:
Darcy zajrzała pod choinkę.
- O jeszcze jest coś! Widocznie Mikołajowi wypadło - wrzasnęła.
Wyciągnęła jeszcze paczkę.
- O! Tu jest napisane: Stefan! Widocznie Mikołaj podrzucił, bo nie było cię, gdy rozdawał prezenty.
- No nie było mnie. Bardzo przepraszam. Takie korki były, że nie mogłem dojechać na czas.
Darcy do mnie przyszła i szepnęła:
- Mamusiu, a dlaczego wujek Stefan pachnie tak samo, jak Mikołaj?
- Widocznie używają tej samej wody kolońskiej. A powiedz mi, rozpakowałaś już wszystkie prezenty - zapytałam, zmieniając temat.
- Jeszcze nie.
- No to idź rozpakuj! - Powiedziałam.
Okrzyków radości nie było końca. Dzieci oczywiście dostały bardzo dużo zabawek, ale największą furorę zrobiły kolejki elektryczne. Wszyscy panowie. Dosłownie cała płeć męska zasiadła na podłodze i zaczęli rozkładać po salonie kolejkę. Kolejka była super ekstra i sama z przyjemnością się jej przyglądałam. Był to bardzo trafiony prezent. Dziewczynki bawiły się lalkami, obie dostały wózki          i jeździły tymi wózkami nawet po kolejce, co denerwowało przeciwną płeć. Razem z Danielle kazałyśmy dziewczynkom przejść na drugą stronę salonu i tam się bawić. Były zachwycone, bo miały kąt dla siebie. Gdy zapanowałam nad prezentami dzieci, postanowiłam, że otworzę swoje. Dostałam super sweter, który był bardzo mięciutki oraz przyjemny. Dostałam perfumy od Calvina Kleina. Zapach był przeuroczy. Po za tym dostałam naszyjnik, pasek, kosmetyczkę pełną kosmetyków, długopis z piórem, biografię Michaela Buble, oraz książkę kucharską. Popatrzyłam na autora i aż mnie podniosło. Było dwóch autorów książki. Tytuł był: „Jak gotować i nie zwariować”. Jako autorzy byli podani: Mały Joe i Chudy Su.
- To wydaliście książkę?! - Wrzasnęłam.
Okazało się, że każda z dziewczyn dostała po jednej.
- Czy mogę poprosić o autograf?! - Rzuciłam się do Małego Joe.
Oczywiście autor siedział zadowolony i ochoczo wpisywał się do książek. Mama zabrała kompot i na stół wjechał mak wigilijny, kutia, kluski z makiem, ciasteczka, makowiec, piernik, keks. Stół uginał się od słodyczy. Dzieci mieliśmy z głowy, bo były zajęte prezentami. Ciężko było je nawet oderwać, by poszły spać. Zresztą wszyscy panowie siedzieli przy kolejce, która z trzech została połączona w jedną   i objeżdżała prawie cały salon…
Wszyscy byli zachwyceni. Niall ledwo się ruszał. Tak się objadł, a Mały Joe stwierdził:
- No to chyba śniadanka  jutro nie będzie…
Niall się zaniepokoił.
- Nie strasz gości - powiedziała mama.
- Niech nikt nie mówi o jedzeniu - rzucił Niall.
Koło jedenastej dzieci zostały położone spać. Wszystkie zabawki musiały pójść do ich pokoju, poza kolejką, która została wyłączona, bo chłopcy nie chcieli zasnąć.  Wypiliśmy jeszcze po koniaczku. Pożegnaliśmy towarzystwo z Żoliborza, które wytoczyło się do samochodu, a pozostali zaczęli się rozchodzić po pokojach. Lubiłam siedzieć pod choinką, więc postanowiłam, że jeszcze chwilkę tam pozostanę. Mały Joe szybko się uwinął z robieniem porządków i przyszedł zapytać:
- Chcesz coś jeszcze?
- Herbaty bym się napiła - odpowiedziałam.
- Zaraz ci zrobię - rzucił i zniknął w kuchni.
Przyniósł w dzbanku i powiedział:
- Wybacz, ale jestem bardzo zmęczony. Czy mogę iść spać?
- Oczywiście. Nie krępuj się mną. Jak będę czegoś potrzebowała, to sama sobie zrobię.
W salonie zostałam sama. Lampki się świeciły i było magicznie. W pewnym momencie na schodach pojawił się Niall.
- Co ty tu robisz?
- Siedzę sobie - odpowiedziałam.
- Nie idziesz spać?
- Jeszcze wypiję herbatę.
Byłam lekko zamyślona, więc nie zauważyłam, kiedy do mnie podszedł.
- O, jemioła - powiedział i pociągnął mnie za rękę. Znalazłam się w jego objęciach. Pocałował mnie,       a ja zapytałam:
- A to, za co?
- No stoimy przecież pod jemiołą – powiedział - napiłbym się szampana…
- Pewnie stoi w kuchni - odparłam.
Niall poszedł do kuchni. Usłyszałam brzęczenie szkła. Specyficzny strzał butelki i za chwilę Niall przyszedł z dwoma kieliszkami.
- Sam nie będę pił - podał mi kieliszek - za nas - szepnął mi do ucha.
Upiłam łyk i nim się zorientowałam, Niall klęknął przede mną. Popatrzyłam na niego lekko zdziwiona, a on był bardzo zdenerwowany.
- Słuchaj… Jesteśmy już od pewnego czasu razem i chyba nam dobrze, prawda?
- Prawda - odpowiedziałam.
- Naprawdę ci dobrze ze mną?- Zapytał niepewnie.
- Gdyby nie było dobrze, to bym z tobą nie była - odpowiedziałam logicznie.
- No właśnie, więc pomyślałem, że może zostałabyś moją żoną?- Wyciągnął pudełeczko z kieszeni marynarki i otworzył je.  Zatkało mnie. Zaparło mi wręcz dech w piersiach. W pudełku był przepiękny pierścionek z dużym szmaragdem.
- Boże, jaki piękny!- Powiedziałam przez lecące mi po policzkach łzy.
- Czy to ma znaczyć tak?
Chwila była tak magiczna, że powiedziałam:
- Tak, Niall!
Niall złapał mnie na ręce i zaczął ze mną tańczyć po salonie. Z pokoju rodziców, wyjrzał Michał.
- Co tu się dzieje?
- ZGODZIŁA SIĘ! - Prawie wrzasnął Niall.
- Dzieci śpią - upomniał go Michał - na co się zgodziła?
- WYJŚĆ ZA MNIE!
 Michał zamknął za sobą drzwi, jednak po chwili otworzył i wyszedł z pokoju.
- CO POWIEDZIAŁEŚ?! - Zapytał zdezorientowany.
 - ZGODZIŁA SIĘ WYJŚĆ ZA MNIE ZA MĄŻ! - Rzucił uradowany Niall.
Michał został wepchnięty do salonu, a za nim wpadła mama.
- NARESZCIE! - Ucieszyła się i zaczęła nas całować.
Za chwilę w salonie pojawili się wszyscy.
- Co się dzieje? - Zapytała Ellie.
- ZGODZIŁA SIĘ! - Wrzasnął ponownie Niall.
Wszyscy byli uradowani. Za chwilę zaczęły strzelać butelki od szampana.
Na następny dzień ciężko było wstać. Kiedy się obudziłam, Niall patrzył na mnie.
- Witaj moja narzeczono.
Uśmiechnęłam się do niego. Niall mnie zaczął całować.  Na dole zadzwonił dzwonek.
- Która to godzina? - Zapytałam.
- Wpół do jedenastej.
- JEZUS MARIA!? Przecież śniadanie. Zerwałam się z łóżka i gdy wybiegłam na korytarz, usłyszałam głosy na dole. Pobiegłam na górze do łazienki, która była pusta i szybko się umyłam. Gdy wróciłam do pokoju, Niall leżał jeszcze w łóżku.
- Niall, wstawaj! Idź się myć!
- Myślałem, że poleżymy dzisiaj w łóżku…
- Na śniadanie trzeba iść!
- Nie jestem głodny…
- Chory jesteś?! Zaszkodziło ci coś? - Zaczęłam się niepokoić.
- Nie. Jestem szczęśliwy - odpowiedział.
Siedziałam przy toaletce i malowałam się.
- Niall, idź się myć! Łazienka jest wolna.
- To już wszyscy wstali?
- Zapewne. Na dole są już z Żoliborza.
Niall wyskoczył z łóżka, jak oparzony.
- Muszę im powiedzieć!
- Najpierw idź się umyj!
- Poczekaj tu na mnie.
- Dobrze, poczekam - powiedziałam spokojnie.
Szybko załatwił poranną toaletę, bo po chwili był z powrotem.
- Ogoliłeś się już?
- Cholera, zapomniałem.
Cofnął się. Po następnych dziesięciu minutach był z powrotem ogolony i ubrany w garnitur. Wyglądał bardzo elegancko. Postanowiliśmy zejść na dół.
- Dobrze wyglądam? - Zapytałam.
- Ty zawsze dobrze wyglądasz - odparł.
Gdy zaczęliśmy schodzić na dół, usłyszeliśmy oklaski.
- To jednak prawda! - Powiedział Zayn.
- Co prawda? - Zdziwiłam się.
- Niall tak odstawiony, to tylko w ważnych momentach życia bywa - zaśmiał się.
Niall był uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Widzisz? Uprzedziłem cię - powiedział do Zayna.
Dominika się zarumieniła. Zayn udawał, że nic nie zrozumiał. Wszyscy popatrzyli na Zayna, a potem na Domę. Zayn nie wytrzymał tego i podszedł do Dominiki i klęknął przed nią:
- Zostaniesz moją żoną? - Zapytał.
- Już myślałam, że nigdy nie zapytasz!
- Czy to oznacza tak? - Zapytał Zayn zbity z tropu.
- Tak, głuptasie.
Znowu był szampan, a Louis skomentował:
- Wreszcie! Wszyscy będą żonaci!
Ustawiliśmy się w kolejce, aby pogratulować Dominice i Zaynowi. Mały Joe zagonił nas do jadalni         i powiedział:
- Tak szampana na czczo! Będzie nie dobrze. Siadajcie i jedzcie!
- To najpierw życzenia! - Powiedziała mama.
Złożyliśmy sobie wszyscy życzenia i zasiedliśmy do stołu. Niall chyba faktycznie był najedzony, bo mało co jadł, aż się zaniepokoiłam. Mały Joe też to zauważył i powiedział:
- Zaszkodziło ci coś wczoraj?
- Nie, on jak jest zakochany to nie je - odpowiedział Louis.
Zayn za to był przy dużym apetycie. Stoły się uginały od jedzenia. Na stole na półmiskach leżały szynka, baleron, polędwica, pieczony schab. Były również nóżki w galarecie. Do tego chrzan. Zobaczyłam również pasztet.
- To z zająca? - Zapytałam.
- Z zająca - odpowiedziała mama.
- A jest cumberland?
- No przecież stoi obok.
Byłam przeszczęśliwa. Na stole stały również sałatki trzech rodzajów. Nałożyłam sobie pasztetu na talerz i zaczęłam jeść.
- Jak ty możesz jeść? - Zdziwił się Niall.
- No mogę - odpowiedziałam.
Przy stole panowała wesoła atmosfera.    
- To co? Znów wspólny ślub bierzecie? - Zapytał Liam.
- Jeszcze się nad tym nie zastanawialiśmy. Ja się z tym dopiero od wczoraj oswajam, że wychodzę po raz kolejny za mąż, ale damy wam znać - powiedziałam.
 Dominika tryskała humorem i była przeszczęśliwa. Siedziała blisko Gabrieli i coś tam sobie szeptały do ucha. W pewnym momencie Michał odchrząknął:
- Niall, ale w Polsce jest zwyczaj, że powinieneś poprosić rodziców przyszłej panny młodej, o rękę.
Niall się zrobił czerwony.
- Nie wiadomo, czy wyrażą zgodę - dorzucił Michał.
Widziałam, że sobie kpi z Nialla. Zayn dla odmiany zrobił się blady.
- A jak ja mam poprosić o rękę jej rodziców, skoro oni są gdzieś w Indiach?!
Gabi zaczęła się dusić ze śmiechu. Zayn nie zauważał, co się dzieje wokół.
- Przepraszam, ale muszę iść zobaczyć, kiedy odlatuje najbliższy samolot do Delhi – powiedziała Gabi.
- Może sprawdź do Kalkuty - powiedziała Dominika - będzie bliżej.
- A GDZIE ONI SĄ?! - Zaczął histeryzować Zayn.
- Teraz? W Warszawie - odparła Doma.
- Ubieraj się, jedziemy.
- Pozwól, że najpierw ja porozmawiam - rzuciła Doma.
Zayn zrobił się zielony.
- To, co ty tutaj jeszcze robisz?!
- Jem śniadanie.
- Widzisz, Niall? Jak dobrze, że moi rodzice siedzą naprzeciwko nas? - Rzuciłam do niego.
-Yyy… - Niall wstał od stołu i pobiegł na górę.
Wszyscy ryknęli śmiechem.
- No widzisz? Zestresowałeś biednego Nialla! Jak tak możesz!? - Oburzyła się mama - idź na górę, bo jeszcze zawału serca dostanie!
- No przecież żartowałem! Wszyscy pojęli, o co mi chodziło, tylko nie on.
Zayn się jakoś rozluźnił.
- Wreszcie nie są to panienki na wydaniu!
- Jak to nie są?! - Oburzyła się mama.
- Zdaje się, że zaraz będzie awantura małżeńska - skomentował Lou.
Mama pogroziła mu palcem, a on się uroczo uśmiechnął.
- Zdaje się, że będę musiał po ojcowsku z nim porozmawiać - powiedział Michał.
Wstał od stołu.
- Tylko nie bij go - dodałam.
Po pewnym czasie, zeszli obydwaj.
- Co? Dostałeś błogosławieństwo? - Zapytałam Nialla.
- Odbyliśmy męską rozmowę - powiedział Michał.
- Wszystko w porządku? - Zapytałam po cichu Nialla, który usiadł obok.
- Tak, wszystko okej - powiedział uspokojony Niall.
- Powiedz mi, co ci mówił Michał.
- Później ci powiem - odszepnął.
Nałożył sobie coś na talerz i udawał, że je. Po śniadaniu Zayn z Dominiką oraz Gabriela z Jayem wyszli, bo Zayn stwierdził, że musi porozmawiać z mamą Dominiki i Gabrieli. Przejął się tym, co Michał powiedział, nie na żarty. Dla świętego spokoju, dziewczyny zgodziły się pojechać do mamy. Doma szepnęła mi do ucha:
- Musimy pogadać.
- Oczywiście - zgodziłam się - kiedy?
- Może jutro.
- Okej. Powiesz mi, jak wypadła rozmowa z mamą.
- Ja mamę już przygotowałam  – powiedziała - czułam, co się święci.
- Chodźcie już! - Zawołał Zayn z dołu.
Wszyscy objedzeni rozeszli się po pokojach i gdy zostaliśmy sami w pokoju, zaatakowałam Nialla:
- To co ci powiedział Michał? Co uświadamiał cię?
- Zapytał się, czy nie jesteś w ciąży - wybąkał Niall - powiedziałem, że nie wiem…  - spalił buraka.
- Zdaje się, że muszę porozmawiać z Michałem - powiedziałam.
- Chodź, idziemy. Poproszę Anię o twoją rękę.
- A ja porozmawiam poważnie z Michałem - dodałam.
Zeszliśmy na dół. Michał siedział w fotelu i udawał, że czyta książkę, którą dostał pod choinkę. Mama siedziała w drugim fotelu i była mocno zamyślona. Niall chciał zawrócić od schodów, ale go pociągnęłam dalej. Stanął obok mamy, która popatrzyła na niego.
- Mamo - zaczął Niall - Ekhem… Aniu…
- Możesz mi mówić Aniu cały czas - powiedziała rozbawiona mama.
- Chciałem cię prosić o rękę - powiedział Niall.
W salonie zapanowała cisza. Usłyszeliśmy chrząknięcie zza książki.
- Ja już jestem mężatką - powiedziała przez łzy mama.
Do Nialla doszło, co powiedział. Zrobił się czerwony, jak burak i odparł:
- O Megan, to znaczy o rękę… To znaczy rękę Megan, to znaczy…
- Już bez żadnych „to znaczy”. Zgadzam się - powiedziała mama.
- Na co się zgadzasz? - Zapytał Louis schodzący ze schodów.
- Niall poprosił o rękę Ani - powiedział ciągle czytając, Michał.
Louis był zdezorientowany, a przynajmniej tak wyglądał. O mało nie spadł ze schodów.
- To kto kogo prosił o rękę? - Zapytał Lou, który stanął obok, cały czas zdezorientowany.
- Michał Nialla - powiedziałam.
Michał nie wytrzymał i zaczął się śmiać.
- Bardzo interesująca ta książka, nie? - Zapytałam.
- Bardzo - wydukał.
Mama o mało nie spadła z fotela. Niall stał, jak słup. Nic się nie ruszał, tylko mrugał oczami i głęboko oddychał.
- Szkoda, że tego nie widziałem - prawie się popłakał, Lou.
Miałam majtki mokre ze śmiechu.
- Przepraszam, muszę się iść przebrać - rzuciłam i pobiegłam do pokoju.
Za chwilę w pokoju był Niall.
- Co? Przyszedłeś mi pomóc?
- W przebieraniu, zawsze. Ale jajcarz z tego Michała…
- To nie wiedziałeś? - Zdziwiłam się - Nie stresuj się tak. Przecież oni robią sobie jaja. Nie widzisz? Michał cię wkręcił.
- A co? Nie muszę prosić mamy o rękę?
- Mamy na pewno nie… Przecież mówiła ci, że jest mężatką.
- No, mamy nie. Chodziło mi o twoją.
- Kiedyś był taki zwyczaj.
Niall odetchnął z ulgą.
- To ja nie muszę już tam schodzić?
- Jak chcesz to nie musisz.
- Chyba nie wyjdę do końca wieczora.
- Pewnie zgłodniejesz.
- Nie. Nie zgłodnieję.
- Chyba faktycznie chory jesteś. Takie dobre rzeczy były i pierogi i śledzie. Nic z tego nie jadłeś, a już dzisiaj, to w ogóle.
- Szczęście mnie dławi widocznie - powiedział.
- To nie dobrze - powiedziałam. Przytuliłam się do niego i powiedziałam:
- Przestań się tak martwić. Czego ty się tak boisz? - Zapytałam.
- Czy nam się ułoży - odparł

- Zróbmy wszystko, żeby nam się ułożyło.