No więc tak... Nowy rozdział przed chwilą pojawił się na blogu. Co raz więcej Was, prosi mnie, abym polecała i komentowała Wasze blogi. Ten post jest poświęcony Waszym blogom! Jeśli posiadacie i chcecie się podzielić swoją pracą, to w komentarzach zostawiajcie adresy do nich :) Z miłą chęcią zobaczę, ile Was jest i nad czym pracujecie :D
* Co myślicie o Haylor?
~Meg
sobota, 8 grudnia 2012
Rozdział Pięćdziesiąty Pierwszy
Dni mijały, a my nadal leżałyśmy w swoich łóżkach. Czułam
się, jakbym była przybita do tego łóżka… Głowa mnie mniej bolała i regularnie
miałam zmieniany opatrunek. Miałam nadzieję, że włosy odrosły, no w każdym bądź
razie odrastają. Ellie nadal była podłączona do kroplówki, ale wyglądała trochę lepiej i nawet nabrała
kolorów. Duży Bo czuwał nad nami najlepiej jak mógł i siedział bez przerwy w
swoim fotelu. Chłopcy nadal nic nie wiedzieli, gdzie my się znajdujemy. Całe
szczęście! Jutro mieli jechać do Townswille.
Otworzyły się drzwi. Do pokoju wszedł Duży Bo.
- Przywiozłem wam kogoś.
- Co, Kazik przyjechał - zapytałam.
- Cześć słoneczko! - usłyszałam
- Skąd ty się tu wzięłaś? - zapytałam, gdy weszła.
- Nie mogłam wcześniej przylecieć, bo nie było biletów.
Przyleciałam najwcześniejszym lotem, jaki udało mi się załatwić. Jak się
czujecie?
- Ellie dzisiaj chyba wyjdzie ze szpitala, a ja nie wiem,
ile czasu mnie tu będą trzymać...
-Duży Bo odebrał mnie z lotniska i od razu przyjechaliśmy
tutaj - powiedziała mama i dała mi siarczystego buziaka.
- A ja nie dostanę? - zapytała Ellie.
- Dostaniesz - powiedziała mama i podeszła do niej -
Świetnie wyglądasz!
- I tak też się czuje - odpowiedziała.
Do pokoju wpadła pielęgniarka.
- Jak tam dziewczyny? O, widzę że macie gościa.
- To moja mama - powiedziałam.
- Czy będę mogła porozmawiać z doktorem Janem?
- Tak, oczywiście. Może pani pójść ze mną?
Wyszły.
- Bo, nic mi nie powiedziałeś, że mama przylatuje. Masz u
mnie minusa - zaczęłam się śmiać.
- Dopiero wczoraj się dowiedziałem. Mama zadzwoniła do mnie
z lotniska i prosiła, żebym po nią przyjechał.
- Z Chicago!?
- Nie z Chopina. Posłusznie pojechałem i dostarczyłem na
miejsce. W którym pokoju możemy zakwaterować mamę? - zapytał.
- Obecnie jest wolny pokój Harryego. Możesz zakwaterować
tam.
Po pewnym czasie przyszła mama. Była już w całkiem dobrym
humorze.
- Co mówił lekarz? - zapytałam.
- Ellie będzie mogła dzisiaj wyjść, a ty Megan jutro.
- Ja bez Megan nigdzie nie idę!
W tym momencie wszedł
doktor Jan.
- Czy ja dobrze słyszę? Tak pani dobrze u nas?
Ellie się zarumieniła.
- Przyszłyśmy tutaj razem, położył nas pan razem to i
wyjdziemy razem - powiedziała Ellie.
- Musimy przeprowadzić jeszcze badania. Niestety w tubie…-
powiedział uśmiechając się do mnie - żeby sprawdzić, czy jest wszystko w
porządku. Nie powinno się pani już
kręcić w głowie. Mam nadzieję, że pani nie będzie tak emocjonalnie podchodziła
do tego badania.
Parsknęłam śmiechem i wydusiłam:
- No, już chyba nie…
- Widzę, że pani koniecznie chce dzisiaj wyjść - powiedział
do mnie - zaraz zadzwonię i dowiem się czy nie mają wolnego miejsca na badania,
bo bez tego ani rusz.
Wyszedł.
- To co to się działo z tym badaniem? - zapytała mama.
- Znowu dostałam ataku histerii.
Wszyscy wybuchli śmiechem. Wpadła siostra i powiedziała:
- Jedziemy.
Zabrała mnie do tej przeklętej tuby. Przeniesiono mnie z
łóżka na łóżko rezonansu i zaczęły się badania. O dziwo nie zemdlałam i nie
czułam się sparaliżowana. Gdy skończyło się badanie, przewieziono mnie z powrotem
do pokoju.
- I co, znowu miałaś histerię?
- Nie. Tym razem nie.
Po krótkim czasie przyszedł doktor Jan.
- Badania wyszły świetnie! Po zakrzepie nie ma ani śladu –
powiedział - spróbujemy panią postawić na nogi.
Nacisnął guzik przy moim łóżku i poczułam, że siadam. Gdy
byłam w pozycji siedzącej doktor zapytał:
- Nie kręci się pani w głowie?
- Nie.
- To niech pani sobie chwilę posiedzi i za chwilę postawimy
panią na nogi.
Popatrzył na Ellie kartę.
- Tu jest wspaniale - powiedział - może się pani zbierać.
Zobaczyłam, że Bo łapie za telefon.
- Kazyk? Szykuj się. Na pewno Ellie przyjeżdża do domu. Tego
nie wiem. Okaże się.
I się rozłączył. Po pięciu minutach siedzenia doktor
powiedział:
- Proszę teraz przesunąć nogi nad ziemię.
Wykonałam polecenie.
- I wstajemy - wziął mnie na ręce, zsunęłam się z łóżka i
stanęłam twardo na nogach - Jak się pani czuje?
- Świetnie.
- Nie kręci się pani w głowie?
- Nie.
- Proszę się przejść.
Niepewnie postawiłam pierwszy krok wsłuchując się w swoje
ciało. Stwierdziłam, że wszystko jest w porządku, więc przeszłam dalej nie
zastanawiając się nad niczym.
- No, więc właśnie. Tak miało być - powiedział doktor - pani
też może się pakować. Idę wypełnić formularze wypisu i jak będą gotowe,
będziecie panie mogły pojechać do domu.
- A co z tą kukłą na głowie? - zapytałam.
- Zrobimy mały opatrunek, żeby nie było widać, a jutro
przyjadę do pani, aby zmienić opatrunek.
Wyszedł znowu. Mama zaczęła nas pakować. Ellie była już prawie spakowana.
- Ubierajcie się - powiedziała.
Duży Bo wyszedł z pokoju, a my się w tym czasie
przebrałyśmy.
Kiedy byłyśmy już gotowe, przyszedł doktor z formularzami.
Wręczył nam je i życzył szerokiej drogi.
- Macie do mnie telefon. Gdyby coś się działo, to dzwońcie o
każdej porze. Jutro będę u was koło dziewiątej - i wyszedł.
Duży Bo złapał nasze bagaże i poszliśmy do samochodu. Do
domu dojechaliśmy w ciągu pół godziny. W drzwiach powitał nas Kazik.
- No, wreszcie! Poszły na badania i zostały dwa tygodnie -
powiedział z wyrzutem.
Zaczęłyśmy się śmiać.
- Czy mam was zanieść na piętro? - zapytał Duży Bo.
- Czy mam cię strzelić? - zapytała Ellie.
Weszłyśmy same i poszłyśmy do naszych pokoi. Troszkę się
zmęczyłam tym spacerkiem po schodach, więc usiadłam na łóżko. Popatrzyłam w
lustro. Fryzura była dosyć dziwna. Miałam jakiś płaski placek na środku
głowy. Co z tym fantem zrobić?! Przecież
nie mogę się tak pokazać Harryemu… zaczesałam włosy do tyłu. Podtapirowałam je
trochę i było znacznie lepiej. Weszłam na Skype, ale Harryego nie było. Może
mają koncert? - pomyślałam.
Do pokoju weszła mama z moją torbą. Zaczęłyśmy rozpakowywać
moje rzeczy. Poustawiałam wszystko na swoim miejscu.
- Bardzo widać? - zapytałam.
- Co?
- Że mam wygoloną głowę…
- W tym uczesaniu nie widać - powiedziała mama.
Trochę mnie to ucieszyło.
- Nieźle mnie wystraszyłaś. Michała też… kiedy się
dowiedzieliśmy, co się z tobą dzieje, Michał powiedział, że mam natychmiast lecieć.
Dzięki Bogu wszystko jest już w porządku. Doktor Jan powiedział, że skrzep,
który trafił do twojej głowy musiał się zrobić dużo wcześniej i miałaś
wyjątkowe szczęście, że nic się nie wydarzyło na Seszelach.
- No… Pierwsze objawy były już na Seszelach - powiedziałam.
Przytuliłam się do mamy. Na korytarzu usłyszałyśmy:
- Obiad!
Zeszłyśmy na dół i zasiedliśmy do stołu. Z niedowierzaniem
popatrzyłam na talerz zupy. TO BOTWINKA!!! Botwinka!
- Skąd to? - zdziwiłam się.
- Sprowadziłem z Polski - powiedział dumny Kazik.
- Jesteś wielki!
- Ale to ja jestem DUŻY - powiedział Duży Bo.
- Jeszcze mam jedną niespodziankę, ale o niej nie powiem.
Zjadłam z apetytem botwinkę. Ellie przyglądała się jej
nieufnie.
- Spróbuj! To jest moja ukochana zupa! Są w niej ogórki!
Ellie spróbowała i widziałam, że jej smakuje.
- Taką zupę, to ja mogę jeść! - powiedziała.
Kazik pozbierał talerze i zaczął wnosić drugie danie. Stanął
przede mną talerz z kotletem schabowym, kapustą zasmażaną i ziemniakami.
- Zupełnie jak w domu! - powiedziałam.
Wszystko było pyszne. Ellie też smakowało.
- To teraz idziecie się położyć - zarządził Duży Bo.
Posłusznie pomaszerowałyśmy na górę. Położyłam się i
włączyłam komputer. Połączyłam się z Harrym, który pojawił się na ekranie.
- Widzę, że macie wreszcie naprawione komputery. Wreszcie! -
powiedział.
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Co porabiacie? - zapytałam.
- Jesteśmy już w Townswille. Za trzy dni mamy koncert.
Możemy sobie odpocząć. Jutro zwiedzamy okolicę, a potem z górki.
- Super! Nie długo się zobaczymy!
- NO…
Pogadaliśmy. Harry opowiedział dokładnie, co się u niego
działo, a ja pilnowałam tylko, żeby nie zapytał co u mnie… na szczęście oto nie
zapytał.
- Zmieniłaś fryzurę? - zauważył Harry.
- A… Jakoś tak - stwierdziłam, że jest bardzo
spostrzegawczy.
- Całkiem nieźle - przyznał.
- Dzięki - odburknęłam.
Roześmiał się. Pożartowaliśmy trochę i zapytałam:
- A jak tam Louis z
porządkami?
- Ellie go pilnuje – powiedział - Jak się łączy z Lou, to
każe sobie pokazywać cały pokój.
Wytrzeszczyłam oczy.
- Co ty powiesz?!
- Nie wiem, co zrobiła, ale Louis twardo się trzyma i nawet nie robi
bałaganu.
- Hardcore – odpowiedziałam - A jak pozostali?
- Niall skacze śmiejąc się, a Zayn się przegląda w lusterku.
- A… to sobie znalazł?
- Kupił nowe. Widocznie jakaś fanka mu ukradła…- zaczął się
śmiać - A jak ty się czujesz?
- Dobrze. Jeszcze żyję - zażartowałam.
- A jak potomek?
- Nie daje się we znaki. Kazik o nas bardzo dba. Wyobraź
sobie, że dzisiaj zrobił schabowego z kapustką zasmażaną! I moją ukochaną zupę,
której na pewno nie znasz.
- A jaką?
- Botwinkę.
- Bo… co?
- Botwinkę.
- A jak to wygląda?
- Jak wrócisz, to może poproszę Kazika, żeby zrobił. A jak
tam koncerty?
- Są okej. Napisaliśmy parę nowych piosenek i nie możemy się
doczekać, kiedy wejdziemy do studia.
- To cieszę się bardzo i chętnie ich posłucham.
- To jak wrócimy - powiedział Harry.
- Okej. Jesteśmy umówieni - zaczęłam się śmiać.
W pewnym momencie zobaczyłam Louisa, który był jakiś smutny.
- Co się stało Louis’ owi? - zapytałam.
- Chyba tak na niego działa Ellie. Stracił poczucie humoru…
- O matko! To będzie nie do zniesienia…
- Przyznaję, że jest ostatnio bardzo spokojny.
- Zawołaj go tutaj - powiedziałam- Cześć Lou! Jak się
miewasz?
- A… Tak sobie.
- No, co się z tobą dzieje?
- Nic - odpowiedział wymijająco.
Postanowiłam pogadać z Ellie.
- A co taki smutny jesteś?
Louis na siłę się uśmiechnął.
- Jak będziesz
chciał, to pamiętaj, że zawsze możesz ze mną pogadać.
- To… Może później - powiedział i gdzieś poszedł.
- Harry, zrób coś, żeby odzyskać dawnego Louisa.
- Robiłem co mogłem, ale nic.
- Niech on do mnie zadzwoni. Martwię się o Lou. Dobrze, że
ty nie straciłeś humoru.
- Straciłem. Bo nie ma cię koło mnie - westchnął ciężko i
zrobił smutną minę.
- Przestań! Nie rób miny przydeptanego jamnika -
zdenerwowałam się.
- A co? Nie podoba ci się?
- Nie - warknęłam.
- No, już dobrze.
Pogadaliśmy jeszcze z godzinę i Harry musiał się rozłączyć,
bo szli na wywiad do radia. Postanowiłam
pójść do Ellie. Zapukałam do drzwi i usłyszałam:
- PROSZĘ!
- Śpisz?
- Nie, nie śpię.
- Słuchaj, co się dzieje z Louisem?
- A co ma się dziać?
- Jest strasznie smutny. Harry narzeka, że całkowicie
stracił humor. Wiesz coś na ten temat?
- Ścięliśmy się trochę. Taki bałagan robi, a zresztą wiesz.
Powiedziałam mu, że ma spoważnieć, bo jak
nie, to się z nim rozwiodę.
- Ellie! Co ty wyprawiasz?! - zdenerwowałam się.
- To co powinnam. On musi się nauczyć porządku!
- No, ale nie w ten sposób. Wszyscy z tego powodu cierpią,
że spoważniał…
- Jak to?
- Harry mówi, że w ogóle się nie uśmiecha, nie robi żartów.
Jak nie on. Zrobił się właściwie nudny… Tego chcesz?
Eleanor się zawahała.
- No, ale sama
mówiłaś, że jest to uciążliwe, że jest bałaganiarzem.
- Bałagan, bałaganem, ale przecież za to go kochamy. Za humor i za
głupie dowcipy. Nikt nie jest idealny. Zadzwoń do niego.
- Dobra. Zaraz zadzwonię - powiedziała.
Wyszłam z pokoju i poszłam do siebie. Położyłam się. Za
chwilę wpadła Ellie.
- Nie odbiera. Nie wiesz, co się dzieje?!
- A… Zapomniałam ci powiedzieć. Pojechali do radia. Spróbuj
później.
Wypadła z pokoju, prawie zderzając się z mamą.
- Co? Źle się czujesz? - zapytała mama.
- Nie, wszystko w porządku - odpowiedziałam.
- A jak głowa?
- W porządku, mamo. Harry zauważył, że zmieniłam fryzurę.
- A to nic mu nie powiedziałaś?
- A co miałam mu mówić? Jeszcze by przyjechał i przerwał
tourne…
- No może i masz rację - powiedziała mama - chcesz pewnie
się przespać?
- Jakoś właśnie zachciało mi się spać.
- To prześpij się - powiedziała wychodząc - zawołam cię na
kolację - dodała.
Zasnęłam. Obudził mnie mamy głos.
- Słońce! Kolacja!
- Boże! Tyle czasu spałam?!
- Troszkę sobie pospałaś.
Wstałam jak pijana.
- Co, znowu masz zawroty głowy?!
- Nie. Dobrze mi się spało - powiedziałam, idąc za mamą.
Wcale nie byłam głodna i nie miałam na nic ochoty. Weszłam
do jadalni. Usiadłam na swoim miejscu i zobaczyłam śledzie w śmietanie.
- Kazik! Skąd ty to wziąłeś?!
- To nie ja. To twoja mama.
Popatrzyłam na mamę pytająco, która odpowiedziała mi
uśmiechem.
- Kiedy Kazik dzwonił po botwinę, powiedział, że marzysz o
śledziach. Jakichś specjalnych i pomyślałam, że myślisz tylko o tych. Miałam
rację?
- Pewnie, że miałaś rację.
Wszyscy wybuchli śmiechem. Nałożyłam sobie solidną porcje i
zaczęłam jeść. To było to, czego mi
trzeba było. Mniam!
- Dasz spróbować tych śledzi? - powiedziała Ellie - Tyle
czasu gadasz o nich.
- No, przecież są. Stoją. Proszę - odpowiedziałam.
- Nakładajcie sobie szybko, bo zaraz ich nie będzie…-
powiedziała mama.
Ellie spróbowała i się uśmiechnęła.
- Rzeczywiście wspaniałe! - powiedziała.
Duży Bo nic nie powiedział, ale widać było, że mu smakowały.
I to bardzo. Przy stole zapanowała cisza. Wszyscy zachwycali się śledziami. Zobaczyłam
jeszcze półmisek z wędlinami.
- Mamo?! Przywiozłaś litewską?!
- Przywiozłam. Wiem, że to twoja ulubiona.
- Bosko! A tatara przywiozłaś?
- Nie dostałam - powiedziała smutno.
- Nie szkodzi!
Okazało się, że mama przywiozła całą szynkę.
- Dobrze, że mnie nie złapali na granicy.
- Dlaczego?
- A to nie wiesz, że do Stanów, nie wolno wwozić jedzenia?
Zdziwiłam się.
- Widać dużo rzeczy jeszcze nie wiem - skwitowałam. Wszyscy
zachwycali się śledziami i szynką.
- Polacy mają bardzo dużo potraw - powiedział Kazik.
- Których jeszcze nie jedliście - dodałam.
- A dlaczego my tego w Polsce nie jedliśmy?!
- Już ci mówiłam. Przecież kucharzem w Polsce był Mały Joe.
Gotował jak potrafił.
- A no tak… To następnym razem będzie gotować Kazyk.
- Nie wiem, czy Mały Joe się nie obrazi…
- Schabowego też jadłam po raz pierwszy.
- Harry jadł schabowego i bardzo mu smakował. No i sławne
pierogi, które jedliście regularnie przez Nialla…
Wszyscy zaczęli się
śmiać, bo Ellie przypomniała Nialla i Zayna siedzących na pierogu
wiśniowym. Po kolacji wzięłam herbatę i poszłam na górę. Wreszcie mogłam wziąć
długi prysznic i spokojnie pomyśleć. Pogłaskałam się po brzuchu.
- Halo! Jesteś tam? - powiedziałam, ale nie było odpowiedzi.
Okazało się, że Ellie kończy trzeci miesiąc ciąży, a ja
jestem w połowie drugiego miesiąca…
Włączyłam komputer, ale Harryego nie było. Położyłam się do łóżka,
poczytałam trochę książkę i zasnęłam. Coś mi się śniło, ale wiem, że gdzieś uciekałam. Nie wiem przed czym, przed kim i
dlaczego, ale to straszne wrażenie, że coś mnie goni mnie obudziło. Poczułam,
że ktoś leży obok mnie. Prawie krzyknęłam, ale nie mogłam, bo ktoś zaczął mnie całować.
Co jest? - pomyślałam i otworzyłam oczy. Zobaczyłam, że jest jasno i zobaczyłam
twarz Harryego.
- C… C…. Co ty tu robisz?! - wydusiłam z siebie.
- Leżę i całuję moją żonę.
- Przecież powinieneś być w Australii!
- Za bardzo się stęskniłem.
- Kiedy przyleciałeś?!
- Jakąś godzinę temu.
- Czemu mnie od razu nie obudziłeś?
- Bo tak smacznie spałaś i nie chciałem cię budzić.
- A kto cię wpuścił?
- Duży Bo.
- Która jest godzina?
- Wpół do ósmej. Jeszcze jakieś pytania?
Pocałował mnie i
zauważył opatrunek.
- Co się stało z twoją głową?
Usiadłam poprawiając
fryzurę.
- Nic - powiedziałam.
- No, jak to nic? Przecież masz opatrunek! Co? Uderzyłaś
się? Przewróciłaś się?
- Nie. Zrobili mi operację…
- JAK TO?!- usiadł obok mnie.
- Wylądowałyśmy z Ellie w szpitalu.
- JAK TO?! CO SIĘ STAŁO?!
- Dasz mi powiedzieć? Już teraz ci wszystko powiem. No, więc
z Ellie wylądowałyśmy obydwie w szpitalu. Ellie leżała pod kroplówką, a ja musiałam
mieć zrobione badania, bo wyniki, które były zrobione w Polsce, były
niejednoznaczne i popuchły mi nogi. Wsadzili mnie do tuby. To znaczy zrobili mi
rezonans magnetyczny. Miałam znowu takie przeżycia jak z rekinami. Doktor
zaczął coś podejrzewać. Dał mi środki na uspokojenie i znowu wsadzili mnie do tuby.
Okazało się, że mam skrzep w mózgu i potrzebna była natychmiastowa operacja.
Zrobili mi małą dziurę w głowie, wyjęli skrzep, a wcześniej musieli mi wygolić
kawałek włosów - powiedziałam z rozpaczą.
- To dlatego zmieniłaś fryzurę?
- Nie chciałam ci nic mówić, bo wiedziałam, że byś przerwał
tourne.
- Słońce, powinnaś mi o tym powiedzieć. Przyjechałbym do
ciebie.
- No, właśnie chodziło oto żebyś nie przerywał tourne. Teraz
jest już wszystko w porządku i doktor dzisiaj przyjeżdża, żeby sprawdzić, czy
wszystko jest okej.
Harry był bardzo zdenerwowany.
- Nie możesz przede mną ukrywać takich rzeczy! Przecież
trudno, żeby tobą się opiekował Duży Bo!
- Stanął na wysokości zadania. Poza tym przyleciała mama.
- A gdzie jest?!
- Pewnie śpi w twoim byłym pokoju.
Harry się trochę uspokoił, na wieść, że przyjechała mama.
- To co, komputery nie były zepsute, prawda?
- Nie…, ale nie chciałyśmy was martwić. Wiedziałam, że jak
ty się dowiesz, albo Lou to przerwiecie tourne i przyjedziecie.
Harry mnie przytulił.
- Cały czas mówiłem, że nie zasługuję na ciebie -
powiedział.
- Coś przeskrobałeś? - zapytałam.
- No, wiesz co?! Strasznie się tylko denerwowałem, że nie
mogę cię widzieć. Gdy się okazało, że mamy dwa dni wolne, postanowiłem, że
przylecę do ciebie. Louis zresztą też tak zdecydował.
- To Lou też tu jest?
- Tak. Poszedł do Ellie.
- Zmęczony jesteś? O której wyleciałeś?
- Około pierwszej, obecnego czasu - powiedział.
- Biedaku. Połóż się i prześpij.
- Nie będę sam spał - powiedział.
- To kładź się.
Położył się. Przytuliłam się do niego. Było mi tak dobrze,
że chciało mi się krzyczeć z radości. Harry zaczął mnie całować.
- A czy możemy…? - zapytał.
- Doktor nie mówił, że są jakieś przeciwwskazania -
powiedziałam i zaczęłam się cicho śmiać.* Cześć i czołem! Co tam u Was słychać? :) U mnie świetnie ;) W zasadzie chcę już święta :O a zresztą... Pewnie, jak każda z Was ;D Dziś spędziłam całe popołudnie na zakupach świątecznych z mamą xdd Stwierdzam, że NIGDY WIĘCEJ :D Cieszę się, że Wam się podoba i że co raz więcej ludzi czyta bloga :D DZIĘKI :**
~Meg

piątek, 7 grudnia 2012
Rozdział Pięćdziesiąty :D
- No wreszcie!
- Czy do toalety też mam chodzić z laptopem? - zapytałam. Tym go rozbroiłam.
- Przepraszam - powiedział ze swoim uśmieszkiem - Jestem trochę zły, bo fanka chciała się dostać do mojego pokoju. Nie powiem ci jakie propozycje miałem od niej…
- To lepiej nie mów…
- Dzięki Bogu Ted mnie uwolnił od niej.
- A kto to jest Ted?
- Na miejsce Dużego Bo, zatrudniliśmy Teda.
- To dlaczego my nic nie wiemy!?
- Ellie wie, bo go sama zatrudniała.
- A… No chyba, że.
- Mam nadzieję, że nie przytulałaś się do Dużego Bo…
- Zapytałam go tylko czy mogę się do niego przytulić.
- Bo go zwolnię!
- Jak go zwolnisz, to wrócimy do Warszawy…
- Tego to byś mi nie zrobiła…
- Chcesz spróbować? Założymy się?
- Nie. Przypomniałem sobie coś… Wiem, że jesteś zdolna.
Wiedziałam o czym mówił.
- Nie wracajmy do tego, dobrze?
- Z miłą chęcią. Rozpakowałeś się już?
Nagle na głowie Hazzy wylądował różowy stanik w rozmiarze G.
- Harry, możesz mi wytłumaczyć, co masz na głowie? Co to za Ufo wylądowało na twoich lokach?
Hazzie zerwał stanik i odrzucił go. Po chwili usłyszałam przeraźliwy krzyk Liama.
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!! Bo zaraz przegram!- domyśliłam się, że gra na konsoli.
- A gdzie Danielle?
Nagle nad Harrym przeleciał samolot.
- Co wy tam wyrabiacie?! Rozpakowaliście się już?
- No…. Jak widzisz… Louis się rozpakowuje…
- Widział ktoś moje lusterko? - usłyszałam głos Zayna.
- Pewnie zostawiłeś w Chicago…- powiedział smutno Louis.
- A co robi Niall?
- A jak myślisz, co może robić Niall?! Je orzeszki…
- Zostaw tą paczkę! To moja paczka!
- Jaka twoja paczka? - zapytałam spokojnie.
- Y… Żelki…. HARIBO…
- Miałeś już nie jeść żelków…
- Nawet nie otworzyłem…
Na ekranie pojawiła się dobrze znana mi paczka żelków HARIBO. O dziwo opróżniona do połowy. Za nią wjechała ręka Nialla.
- Nie waż się! I tak i tak zżarłeś już połowę! - usłyszałam Harryego, a po chwili usłyszałem plaśnięcie.
- AUA! Przyjaciół się nie bije…
- Harry, co ty wyprawiasz?!
- A kto mi zeżarł żelki?!
- No, byłem głodny - tłumaczył się Niall.
Nagle nad chłopakami coś przeleciało. Zdążyli zrobić unik. Tak. Nawet Niall.
- A co tym razem?
Nie zdążyli odpowiedzieć, bo znów coś przeleciało.
- Właśnie Louis się rozpakowuje.
Do mojego pokoju weszła Ellie.
- Co robisz? - zapytała.
- Próbuję rozmawiać z chłopakami, ale Louis się rozpakowuje… Sama zobacz.
Dostałam ataku śmiechu. Ellie się wkurzyła.
- Czy możecie odwrócić komputer? - zapytała.
- Możemy – powiedział Hazza i odwrócił komputer, robiąc przy tym kolejny unik.
Zobaczyłyśmy Louisa stojącego nad walizką i wyrzucającego wszystko, co mu wpadnie do ręki.
- Louis, LOUISIE!!!- krzyknęła Ellie.
Lou się zatrzymał z koszulką w garści.
- Co ty wyprawiasz?! - Louis się odwrócił - Ułożyłam ci wszystko ładnie, a ty co robisz?!
- SZUKAM! - krzyknął zdenerwowany.
- Można wiedzieć czego?
- Gdzie mi schowałaś szelki?!
- Jedne już przeleciały - powiedziałam.
- Nie o te szelki mi chodziło - warknął Louis.
- Szelki są w bocznej kieszeni! Przecież ci tłumaczyłam, gdzie co masz!
- Nie ma! Sprawdzałem!
- A w drugiej sprawdzałeś?
- To są dwie?
Wszyscy ryknęli śmiechem. Odwrócił torbę, otworzył kieszeń i zaczął wyjmować szelki.
- To teraz masz wszystko posprzątać i poukładać ładnie.
- Ha…
- Nie. Harry ci nie pomoże! Harry nie wolno ci się stamtąd ruszyć. Niall, ty też nie! Louis zrobił bałagan, to teraz musi sam posprzątać.
Zostałyśmy odwrócone.
- Gdzie jest Niall? - zapytałam.
- Oberwał butem - odparł Harry - i wyszedł z pokoju, żeby nie dostać następnym.
- Następnym razem, załatwiamy wam dwa pokoje. Jeden jednoosobowy i jeden cztero… Lou będzie mieszkał osobno. Zaczyna być niebezpieczny dla otoczenia - powiedziała Ellie.
- Ja to słyszałem! - usłyszeliśmy.
- Jak tam twoje porządki? - zapytała Ellie.
Nastąpiła cisza. Harry patrzył w ekran i chyba widziałam, że marzy, aby się wynieść z tego pokoju.
- Ellie, czy pozwolisz, że ja przejdę do pokoju Danielle? - zapytał.
- To włącz laptopa Lou i zaloguj się na Skype- powiedziała twardo Eleanor.
Harry zniknął i po chwili pojawił się znów. Otoczenie zaczęło się ruszać razem z Harrym. Zobaczyłam, że zamyka drzwi i puka do następnych. Ellie wyszła z pokoju.
- Danielle, jesteś ubrana?
- Tak- powiedział Liam.
- Mogę do was wejść?
Drzwi się otworzyły.
- Czy ja mogę spokojnie porozmawiać z Megan?
- Jasne, wchodź.
- To co się dzieje tam w pokoju, przechodzi ludzkie pojęcie. Jak chcesz to idź i sam sprawdź.
- Cześć Li i Dani!- krzyknęłam.
Liam wyszedł.
- Hej Megan! Jak się miewasz?
- Właśnie przeżyłam ekstremalną przygodę z laptopem…
- Przepraszam…
- A ty za co przepraszasz?
- Za Lou.
- Nie masz za co.
- Pójdę i zobaczę, czy się tam nie pozabijali…
Usłyszałam zamykanie drzwi.
Harry pocałował kamerkę.
- To dla ciebie - powiedział.
- Miło mi - powiedziałam.
- Zobacz co mam! - wyciągnął centymetr, który był ucięty przy liczbie 31- Codziennie będę ucinał jeden centymetr, jako jeden dzień.
- Tylko nie oszukuj! - zaczęłam się śmiać.
Pogadaliśmy trochę. Harry opowiedział mi jak to było z fankami.
- O mało mnie nie zgwałciła! - powiedział.
- Dobrze, że się broniłeś - odpowiedziałam.
Harry wybuchł śmiechem.
- Robiłem, co mogłem. Ted wyniósł ją wrzeszczącą przed hotel… Żałuję, że odwołałaś te dwa pokoje… Mógłbym mieć pokój dla siebie… Trochę mnie już męczy bałaganiarstwo Louisa. Jeszcze tylko ponad miesiąc…
- To postaw się, a nie sprzątasz za niego. Jutro rano nas nie będzie, bo jedziemy do doktora, żebyś się nie denerwował.
- A jak tam dzidziuś? Grzeczny?
- Grzeczny.
- A nie tęskni za tatusiem?
- Mamusia tęskni. Wystarczy. To ile macie koncertów w Sydney, bo zapomniałam…
- Dzisiaj i jutro. Potem lecimy do Canberry, Melbourne, Adelaidy, Perth, Catherine, Alice Sings, Townswille, Rockhampton, Brisbane, New Castle, a potem wracamy do Sidney. W każdym jesteśmy parę dni. W Sidney na koniec dajemy jeszcze jeden koncert i na końcu do domciu. Już nie mogę się doczekać, kiedy wrócę.
Uśmiechnęłam się.
- Dobrze, że możemy się zobaczyć, chociaż na Skype - powiedziałam.
Do pokoju wróciła Danielle i pokazała się na ekranie. Była roześmiana i mocno ubawiona.
- Harry, możesz już wracać do pokoju. Jest już porządek. Ellie rozstawiła Lou po czterech kątach. Chodził jak w zegarku. Wszystko pochował i już jest czysto.
- Pozwolisz, że pogadam jeszcze chwilę z Megan? - zapytała Dan.
- Okej - odpowiedział Harry.
- Powiedz, co się dzieje z Ellie. Byłaś z nią dzisiaj u lekarza. Co z nią?
- Nie wiem. Wyniki dopiero poznamy przy jutrzejszej wizycie, ale chyba czuje się lepiej, skoro Lou tak rozstawiała…
- Gdybym nie była tego świadkiem, to bym nie uwierzyła… Nawet Niall z Zaynem wynieśli się z pokoju… szkoda, że was tu nie ma - powiedziała Danielle.
- No, my też żałujemy, ale nie dałybyśmy rady…
- Rozumiem. Idziemy o siedemnastej do sali, gdzie mamy koncert. Dzisiaj będzie mój wielki dzień - powiedziała Danielle - Będę musiała ich ucharakteryzować…
- To prześpij się trochę – zaproponowałam - Żebyś miała siły na wieczór. Będę za was trzymać kciuki. Pilnuj chłopaków.
Rozłączyłyśmy się. Postanowiłam poszukać Ellie. Siedziała w salonie na kanapie. Właściwie leżała. Laptop stał na stoliczku przed nią i obserwowała Louisa.
- Jeżeli jeszcze raz zobaczę, że tam jest bałagan, to będziesz miał ze mną do czynienia - usłyszałam - Jak następnym razem się z wami połączę, to ma być taki porządek jak teraz. Pamiętaj! Odpowiadasz głową za to!
Zobaczyłam, że Harry leży na łóżku. Wycofałam się i poszłam do siebie. Włączyłam telewizor i zaczęłam oglądać jakiś muzyczny kanał. Położyłam się na łóżku i przymknęłam oczy. Przypomniałam sobie, jakie miałam problemy z pilotem na początku i zaczęłam się sama z siebie śmiać.
- Oj Megan, Megan. Rozkochałaś w sobie bożyszcza nastolatek. One śnią o tym, aby go dotknąć, a ty jesteś z nim w ciąży… Farciara - pomyślałam.
Nazajutrz pojechałyśmy z Ellie do doktora Jana. Zmierzył jej ciśnienie, zapisał leki i kazał przyjść w przyszłym miesiącu. Gdyby leki miały nie pomagać, ma się zjawić wcześniej. Otrzymała wyniki badań i przyszła pora na mnie. Weszłam do gabinetu. Doktor Jan mnie serdecznie przywitał i powiedział:
- Dostałem od Michała pani wyniki badań. Jedna rzecz mnie trochę niepokoi i chciałbym powtórzyć to badanie.
- Panie doktorze. Wczoraj mi spuchły strasznie nogi – powiedziałam - położyłam je wysoko i opuchlizna dzięki Bogu zeszła do dzisiaj…, ale trochę mnie to zaniepokoiło.
- Proszę pokazać nogi.
Okazało się, że mam już lekko opuchnięte.
- Czy miała pani zakrzepicę?
- Nie, ale moja mama miała, kiedy była w ciąży.
- Dobrze by było zbadać pani krzepliwość. Zaraz to zrobimy - powiedział i zadzwonił gdzieś. Za chwilę zjawiła się siostra z oprzyrządowaniem do pobierania krwi.
- Ostatnio zemdlałam przy pobieraniu krwi - oznajmiłam.
- A boi się pani?
- Nie.
Doktor coś powiedział po łacinie do pielęgniarki i ta pobrała mi krew. Dostała od doktora zlecenie. Zabrała wszystko i wyszła.
- I znowu mi się kręci w głowie - powiedziałam.
- Proszę siedzieć. Jeśli pani chce, to może się pani położyć na leżance.
Ponieważ coraz bardziej kręciło mi się w głowie, położyłam się.
Doktor poprosił Ellie i gdy ta weszła z przerażeniem zapytała:
- Co ci się stało?!
- Kręci mi się trochę w głowie.
Rozmawialiśmy o różnych rzeczach. Doktor pytał się jak wygląda Warszawa, bo powiedział, że wyjechał już piętnaście lat temu i od tamtej pory nie było go w Polsce. Wypytywał się o różne szczegóły dotyczące Polski, na które chętnie mu odpowiadałam. Porozmawialiśmy z półgodziny, gdy zadzwonił telefon. Doktor odebrał, posłuchał, coś napisał i się rozłączył.
- No tak. Nie chcę pani martwić, ale pani Megan musi zostać w szpitalu.
Zzieleniałam.
- Jak to?
Zaczął mi coś tłumaczyć, ale nic nie rozumiałam, bo byłam tak zdenerwowana. Szybciej zrozumiałabym, jakby zostawił Ellie w szpitalu, a nie mnie. Przecież ona schudła dziesięć kilo. Czyżby coś się działo niepokojącego?!
- Proszę się nie martwić. Zrobimy dodatkowe badania. Wyjdzie pani z prawidłową diagnozą. Ma pani ubezpieczenie międzynarodowe?
Kiwnęłam głową, że tak i zaczęłam szukać karty zdrowia. Wyciągnęłam ubezpieczenie i podałam doktorowi.
- Siostra po panią zaraz przyjdzie i zabierze panią do pokoju.
Wpadłam w panikę. Nie powiem o tym Harryemu - pomyślałam.
- Najlepiej by było, abyście panie zostały obie w szpitalu - oznajmił.
- Nie możemy obie pójść do szpitala - krzyknęła Ellie.
- A to dlaczego? - zdziwił się doktor
- Nasi mężowie są w trasie koncertowej i ledwo ich wypchnęłyśmy. Trasa odbywa się w Australii. Była już załatwiona pół roku temu i nie ma mowy, aby została przerwana, a jak się dowiedzą, że jesteśmy obie w szpitalu, to natychmiast przyjadą tutaj - powiedziała Ellie.
- Nie ma odwrotu. Muszą panie zostać. Byłoby wskazane. Możecie leżeć w jednej sali - powiedział doktor.
- Ale jak my to załatwimy z chłopakami? - zapytałam.
- Możecie mieć tutaj komputer. W każdej sali jest WI – FI oraz gniazdka internetowe.
W pewnym momencie przyszła pielęgniarka.
- To zabieram panie.
- Do dwunastki, proszę - powiedział doktor.
Duży Bo nie wiedział, o co chodzi, ale szedł za nami. Wszedł z nami do pokoju. Był to pokój dwuosobowy.
- Które sobie panie życzą łóżko?
- Ja przy oknie - powiedziałam.
- Dobrze. To ja drugie.
Duży Bo się zdenerwował.
- Jak to?!
- Zostawiają nas tu szpitalu…
- To co ja mam powiedzieć chłopakom?!
- Na razie nic. Przywieziesz nam laptopy i niektóre rzeczy. Zaraz ci napiszemy, o które nam chodzi.
Duży Bo był strasznie zdenerwowany.
- Słuchaj, lepiej żebyśmy były pod opieką lekarską, niż żebyś miał z nami jakieś problemy w domu. Prawda?
- No, masz racje - westchnął. Przytuliłam go, żeby go pocieszyć, ale nadal był spięty.
Napisałyśmy listy niezbędnych rzeczy. Duży Bo się zabrał.
- Postaram się wam wszystko przywieść - powiedział.
- Gdybyś miał jakieś problemy, to dzwoń - powiedziała Ellie.
- Dobra - rzucił i wyszedł.
Pielęgniarka pokazała nam, że w szafie leżą piżamy i że mamy się w nie przebrać. Powiesiłyśmy rzeczy do szafy i przebrałyśmy się w piżamki. Położyłyśmy się w pościelonych łóżkach, które stały obok siebie. Oddzielała je tylko szafka nocna.
- No i co teraz? - zapytała Ellie.
- Nie wiem. Zobaczymy co będzie dalej - powiedziałam.
Doktor wpadł do pokoju.
- Jak się panie miewacie? Widzę, że już w łóżeczkach - uśmiechnął się promiennie.
- A no… Jak pan kazał. Widzi pan, jesteśmy grzeczne.
- Na razie - powiedziała Ellie.
Doktor parsknął śmiechem.
- To jest dla waszego dobra i dla dobra waszych dzieci.
-To co z tą krzepliwością? - zapytałam.
- No, nie jest najlepiej – powiedział - Dlatego zdecydowałem się panią zatrzymać. Kiedy pani przyleciała?
- Trzydziestego pierwszego.
- To wszystko by wyjaśniało.
- Ale co?
- Ma pani za bardzo zagęszczoną krew i obawiamy się skrzepu - powiedział doktor - Chyba chce pani jeszcze sobie pożyć?
- No nie wybieram się na tamtą stronę - oburzyłam się.
- No właśnie, a panią trzeba będzie podłączyć do kroplówki - powiedział do Ellie - za bardzo się pani wyniszczyła, ale da się to naprawić.
Ellie ulżyło.
- Proszę teraz odpoczywać. Szczególnie pani - powiedział do mnie i wyszedł.
- No to pięknie się wkopałyśmy – powiedziałam - Jak teraz załatwić, żeby chłopaki się nie dowiedzieli? - zaczęłam się zastanawiać.
- Mam pomysł. Powiemy, że zalałam nasze komputery, co spowodowało zwarcie i uszkodzenie systemu. Zostaną nam tylko komórki - powiedziała Ellie.
- Musimy zadzwonić do mamy i uprzedzić, żeby Michał niczego nie wypaplał - powiedziałam.
Sięgnęłam po telefon. Wybrałam numer do mamy i czekałam, aż się odezwie. Mama jak na złość się nie odzywała.
- Kurcze, pewnie wejdzie na Skype - powiedziałam.
Zadzwoniłam drugi raz. Mama odebrała.
- Co się dzieje? Czemu cię nie ma na Skype?
- Bo jestem w szpitalu.
- CO?! Coś z Ellie się dzieje?
- Zatrzymali nas obie.
- JAK TO?!
Usłyszałam, że mama się zdenerwowała.
- Bez obaw. Tylko na badania. Gdyby do was dzwonili, to nie wolno wam nic mówić chłopakom, dobra?
- No, ale powinni wiedzieć…
- Tak i przerwą trasę koncertową?! Wiesz o tym, że ledwo namówiłam Harryego, żeby pojechał w trasę.
- No, wiem - przyznała mi racje.
- Zadzwoń do Michała i powiedz mu, że nie wolno mu nic mówić, odezwę się później. Duży Bo ma nam przywieść laptopy.
Rozłączyłam się.
- I co? - zapytała Ellie.
- Myślę, że mama zrozumiała - popatrzyłam w okno.
- Całe szczęście, że jesteśmy tu dwie, a nie jedna - powiedziała Ellie - Chyba bym się zapłakała, gdybym miała tu zostać sama.
Po godzinie przyjechał Duży Bo. Wniósł do pokoju dwie wielkie torby. Chciałam wstać, ale powstrzymał mnie.
- Lekarz zabronił wam wstawać, a zwłaszcza tobie. Zaraz wam to rozpakuję.
Chwycił za torby i zaczął rozpakowywać. Wsadził rzeczy do szafy, kosmetyczki zaniósł do łazienki, a resztę zapytał, gdzie ma położyć.
- Laptopy koło łóżka. Gdybyś mógł zobaczyć, gdzie to podłączyć, to byłoby świetnie - powiedziałam.
Za chwilę laptopy był podłączone. Na stoliczku Duży Bo postawił nasze zdjęcia z chłopakami.
- To, żebyście nie były smutne - powiedział.
Poprawił nam w ten sposób humor. Zadzwoniła moja komórka.
- Jak tam badania? - usłyszałam.
- No jeszcze jesteśmy w szpitalu i przeprowadzają nam badania - odpowiedziałam.
- To zadzwonię później.
- A dojechaliście na miejsce?
- Jeszcze jedziemy - powiedział Harry.
- Nie wiem ile czasu potrwają te badania, więc nie będę do ciebie dzwoniła.
- Mam nie dzwonić?
- Jak będziesz chciał to zadzwoń - powiedziałam udając wesołą.
- To się odezwę potem.
Pożegnaliśmy się.
- Pięknie nakłamałaś - powiedział Duży Bo.
- Nie wolno ci nic mówić - odpowiedziałam.
- No, tak. Widzę, że w tym siedzę i potem stracę robotę.
- Nie stracisz - powiedziała Ellie.
- Stracisz, jak nas wydasz - powiedziałam.
Duży Bo rozsiadł się na fotelu.
- Kazyk się zamartwia o was - oznajmił.
- Zadzwoń do Kazyka, że nie wolno mu nic mówić, bo jak zadzwonią do domu, a on się wygada, to będzie po nas - powiedziała Eleanor.
Duży Bo poinformował Kazika.
- A co już dzwonili?!
Słyszałyśmy urywki rozmowy. Spojrzałyśmy na siebie z przerażeniem.
- I co im powiedziałeś?!
- Dobrze, ale nie mówiłeś, że zostają?!
- Masz szczęście.
Odetchnęłyśmy z ulgą.
- Okazało się, że chłopcy dzwonili już do domu, a Kazyk powiedział, że jesteśmy na badaniach - oznajmił Duży Bo, gdy skończył rozmawiać.
- Dlatego Harry zadzwonił do mnie - skwitowałam.
Na to wszystko weszła pielęgniarka.
- A pan to kto?
- To jest Duży Bo - powiedziała Ellie - opiekuje się nami.
- No, tutaj to nie będzie musiał - powiedziała pielęgniarka.
- Jak najbardziej, będzie musiał - powiedział Duży Bo.
Podeszła do Ellie i wbiła jej wenflon, a następnie podłączyła kroplówkę.
- Proszę teraz leżeć. Gdyby pani się zachciało do toalety, proszę zadzwonić - podała jej do ręki pilota z jednym guzikiem.
- Po panią zaraz przyjdę i jedziemy na badania.
- A co za badania? - zapytałam.
- Rezonans magnetyczny.
- W tej tubie? - jęknęłam.
- Tak.
Skwasiłam się i nie byłam szczęśliwa. Pielęgniarka zaczęła się śmiać.
- Przecież to jest do przeżycia.
- Ale mało sympatyczne.
- No cóż. Niektóre badania są bardzo potrzebne.
- Oczywiście - przyznałam jej racje.
Wyszła. Wróciła za piętnaście minut.
- Ellie, trzymaj za mnie kciuki, żebym wytrzymała w tej tubie - powiedziałam.
Pielęgniarka wywiozła mnie z łóżkiem z pokoju i zawiozła na jakiś blok. Gadała jak najęta, a mnie się wcale nie chciało się gadać… Chciało mi się płakać!
Kiedy zapakowano mnie już w tą cholerną tubę czułam strach i przerażenie. A wręcz panikę.
- Proszę się rozluźnić- usłyszałam.
Powtórzyła się sytuacja z rekinami. Nie mogłam się ruszyć. Poczułam, że wyjeżdżam z tuby.
- Co pani wyprawia?! - zaczęła na mnie krzyczeć jakaś kobieta - proszę wstać!
Nie miałam siły. Nie mogłam się ruszyć i nie mogłam nic mówić… Kobieta zaczęła mną szarpać, ale ja nie reagowałam. Wszystko czułam, ale nie mogłam się ruszyć. Zaczęła krzyczeć i zemdlałam. Otworzyłam oczy. Leżałam w pokoju. Obok mnie Ellie, która coś do mnie mówiła, ale ja jej nie słyszałam. Głaskała mnie po głowie. Podeszła do mnie pielęgniarka i zrobiła mi zastrzyk. Musiałam mieć mocno przerażone oczy, bo coś do mnie powiedziała, ale jej też nie słyszałam! Po chwili zobaczyłam doktora Jana. Zaczęłam odzyskiwać słuch.
- Już lekarstwa działają. Prawda? Słyszy mnie pani?
Kiwnęłam głową.
- Co się stało? - zapytał.
- Nie wiem. Zdarzyło mi się to drugi raz - powiedziałam.
- A kiedy zdarzyło się po raz pierwszy?
- Niecały miesiąc temu.
Opowiedziałam doktorowi moją przygodę z rekinami.
- Będziemy musieli panią jeszcze raz wsadzić do tej tuby i mam prośbę, żeby pani jednak nie wpadała w panikę. Dam pani jakieś leki na uspokojenie i miejmy nadzieję, że się uda przeprowadzić to badanie - powiedział.
Byłam bardzo nieszczęśliwa, że nieudało się za pierwszym razem i że trzeba to powtórzyć. Przyszła siostra i dała mi jakieś tabletki. Wzięłam je, połknęłam i popiłam wodą, którą również mi podała. Po pewnym czasie poczułam, że jest mi wszystko jedno. Zabrali mnie znowu na blok i wsadzili do tuby. Tym razem leżałam sobie spokojnie i czekałam, aż to wszystko się skończy. Gdy skończyło się badanie, zostałam odwieziona do pokoju.
- No i co? - zapytała Ellie.
- Dzięki Bogu jest już po wszystkim mordęga minęła - powiedziała siostra - zaraz się wszystko okaże.
Po krótkim czasie przybiegł doktor Jan.
- Musimy pani zrobić małą dziurkę w głowie i wyciągnąć skrzep, który się stworzył w jednym miejscu – powiedział - nie ma czasu na dyskusje. Trzeba to zrobić jak najszybciej, bo jeżeli się gdzieś indziej przesunie, to może zaistnieć uszkodzenie mózgu, albo i jeszcze gorzej. Widziałam, że Eleanor jest przerażona. Zabrali mnie na blok operacyjny. Ostatnią rzeczą jaką pamiętałam, to, to, że siostry i lekarze krążyli wokół mnie. Kiedy się znów obudziłam, miałam zabandażowaną głowę, a obok mnie leżała Ellie.
- Trochę ci musieli wygolić głowę - powiedziała.
- JEZUS, MARIA?! - zdenerwowałam się.
- Nie przejmuj się. Odrosną - powiedziała.
- A z tobą coś robili?
- Ja leżę cały czas pod kroplówką - powiedziała Ellie - sikać mi się chce, jak nie wiem.
- To dzwoń - powiedziałam.
- Ale żeś nas wystraszyła - powiedziała.
- Gdybyś wiedziała, jak ja się wystraszyłam - powiedziałam do Ellie.
Eleanor wcisnęła guzik i po chwili przyszła pielęgniarka.
- Dzwoniłyście panie?
- Chce mi się siusiu - powiedziała błagalnym tonem Ellie.
Pielęgniarka pomogła wstać Ellie i zaprowadziła ją razem z kroplówką do łazienki. Po chwili wróciły i Ellie położyła się z powrotem do łóżka.
- Fajnie jest się tak przejść - powiedziała.
Zmusiłam się do uśmiechu. Chciało mi się nadal płakać i zastanawiałam się jak szybko odrastają włosy…
* No hej :D Jestem wśród żywych! Nic mi nikt nie zrobił, ale w sumie, mogłoby być trochę lepiej :/ Dziś taki trochę krótki rozdzialik, ale mam nadzieję, że Wam się spodoba :D Ogółem, to dziękuje wszystkim dziewczynom, które komentują :) Dzięki :D Naprawdę mnie motywujecie do pisania kolejnych rozdziałów :D U Was też śnieg pada? :D u mnie jest go po kostki *_* Mam dwa pytania : Ogółem lubicie zimę? Wierzycie w HAYLOR? Chłopcy jutro wracają do UK :) W końcu..
~Meg

* tym razem jedno, ale mam jeszcze parę :) z okazji, że zaczął padać śnieg i w radiu słychać już przedświąteczne piosenki :D :
----> Niall rozwalił system xD


To by było na tyle :D
sobota, 1 grudnia 2012
Rozdział Czterdziesty Dziewiąty
Dolecieliśmy do
Chicago bez problemów. Na lotnisku czekał na nas Louis i Duży Bo. Przywitali
nas ciepło.
- A wiecie, że Megan jest w ciąży?! - wystrzelił Niall.
- Niall - warknął Harry.
Ale Louis usłyszał to chciał…
- Jak to?!
- Niespodzianka! - powiedziałam i zaczęłam się śmiać.
- No to Harry, chyba nie pojedziemy… Trzeba będzie odwołać
tourne…
- Pojedziecie. Chcecie, żeby wszyscy zaczęli się domyślać?!
Musicie teraz zadbać o przyszłość swoich dzieci i musicie jechać.
- No to przecież myślę! - powiedział Louis.
- Tak… Jak tak dalej będziesz myślał, to zostaniesz bez
pracy! Dwóch chłopaków, w których kocha się połowa świata, oznajmia, że będą
mieli dzieci, że się ożenili. Już to
widzę, jak wasza kariera lega w gruzach. Nawet Simon wam nie pomoże -
wszystkich zatkało.
- Nie denerwuj się…- powiedział łagodnie Harry - Ja mu
wszystko wytłumaczę, tak jak ty mi. Łopatologicznie.
Zaczęliśmy się śmiać. Dojechaliśmy do domu.
- Nie mówcie nic Ellie. Żeby się nie zdenerwowała. Dobrze?
- No, dobrze, no…- powiedział Niall - Pierwszy raz udało mi
się zaskoczyć Louisa!- cieszył się Niall.
Weszliśmy do środka, gdzie na sofie leżała Ellie.
- Witajcie! - chciała się podnieść, ale Lou jej nie
pozwolił.
- Daj mi święty spokój! To nie jest choroba, tylko ciąża -
zaczęła na niego krzyczeć.
- Zupełnie jakbym słyszał ciebie - szepnął mi do ucha Harry.
- Wspaniale wyglądacie! - powiedziała Ellie - Danielle!
Wyglądasz jakoś inaczej…
- Co masz na myśli? - zapytała.
- Nie wiem… Jakoś inaczej…
Duży Bo wtargał nasze bagaże i zaczął roznosić po pokojach.
Z kuchni wyjrzał Kazik.
- Witaj Kazyk!- zawołał Niall.
Kazik czym prędzej zniknął mówiąc:
- Już podaję!
Kazik podał do stołu. Poszliśmy szybko umyć ręce i
zasiedliśmy do stołu. Jedzenie było przepyszne.
Widziałam, że Niall'owi o mało się coś nie wymknęło, ale kiedy na niego spojrzałam, zamilkł.
- Wiesz, mam namiary na bardzo dobrego lekarza -
powiedziałam zmieniając temat.
- Skąd masz te namiary? - spytała.
- Od Michała- skłamałam w celu bezpieczeństwa - A jak ty się
miewasz?
- No… rzygam non stop… Kazyk robi takie wspaniałości, a ja
nie mogę jeść.
- Zadzwonię do niego i umówimy s… cię - zahamowałam w
ostatnim momencie.
Widziałam w oczach Harry'ego podziw, że wybrnęłam z sytuacji.
- To jeszcze pogadamy. Teraz musimy się przepakować, bo
jutro chłopaki jadą - powiedziałam i poszliśmy na górę.
- Ale ci się udało - powiedział Harry, gdy byliśmy sami -
już myślałem, że się wygadasz.
- No, udało mi się wybrnąć, a teraz mi pomóż, bo muszę nas
przepakować.
- Nie dźwigaj! - powiedział Harry.
- Dlatego cię proszę o pomoc – powiedziałam - Do jutra nie
wolno wam pisnąć ani słowa. Zrozumiano?
- Zrozumiano.
- Świetnie.
Wypakowaliśmy moje rzeczy i poukładaliśmy w szafie.
Kosmetyczkę zaniosłam do łazienki, gdzie czekał na mnie mój szlafroczek i piżama.
Wyprane i czyściutkie. Uśmiechnęłam się sama do siebie, po czym wyszłam z
łazienki.
- To teraz się położysz- powiedział Harry.
Poczułam się zmęczona i położyłam się. Harry położył się
obok mnie. Popukał w mój brzuch i powiedział:
- Młody człowieku! Masz być grzeczny, gdy tatusia nie będzie
i nie dawać się mamie we znaki, zrozumiano?
Odpowiedzi brak.
Roześmiałam się. Postanowiłam się zdrzemnąć. Wtuliłam się w
Hazzę i zamknęłam oczy.
Gdy się obudziłam, Harry'ego nie było. Pewnie mają próbę -
pomyślałam. Ktoś zapukał cichutko do drzwi. Była to Danielle.
- Kiedy masz zamiar powiedzieć Ellie?
- Jak wyjedziecie - odpowiedziałam.
- Ale wiesz, że ona będzie zła na ciebie?
- Trudno… Będzie musiała to jakoś przeżyć, a poza tym
dlaczego ma być na mnie zła?
- Bo pozwoliłaś chłopakom wyjechać.
- Przecież wiesz, że muszą jechać, a we trzech nic nie
zdziałają.
Danielle przyznała mi rację.
- Nie chciałabym być w twojej skórze - powiedziała śmiejąc
się.
- Nie taki diabeł straszny jako go malują – odpowiedziałam -
Wiesz, gdzie jest Harry?
- Mają próbę.
- Tak myślałam.
- Poza tym z Lou nie widzieli się tyle czasu i się
stęsknili.
- Zdaje się, że będą mieli nas dosyć…- powiedziałam.
- Dlaczego tak mówisz? Przecież wyjeżdżają.
- To nas chyba ratuje…
- Trochę wam zazdroszczę, że jesteście w ciąży - powiedziała
Dan - będziecie się mogły wspierać.
- A może ty też jesteś, tylko o tym nie wiesz? - zaczęłam
się śmiać.
- Robiłam sobie testy ciążowe i nic nie wyszło.
Usłyszałyśmy pukanie do moich drzwi.
- Megan, jesteś tam? - usłyszałyśmy głos Ellie.
- Tak jestem. Chodź, chodź.
- O! Widzę, że z Danielle plotkujecie.
- No, troszkę musimy oplotkować to co się działo.
Zaczęłam się śmiać.
- Z tobą jakoś częściej plotkowałam przez komputer i muszę
nadrobić to z Danielle.
Uśmiechnęłam się.
- Co tak oplotkowujecie? - zapytała.
- Wszystko po trochu - odpowiedziała Dani.
- Tak się cieszę, że przyjechałyście! Mam pomysł na następne
tourne dla chłopaków.
- Słuchamy!
- Trzeba by było zrobić tourne po Europie. Tylko zajęłoby to
więcej czasu niż teraz. Trzeba by było ustalić ile krajów mają odwiedzić,
sprawdzić popularność, żeby nie jechali na marno.
Przyznałam Ellie rację. Po co mieli jechać do krajów, gdzie
w ogóle nie są znani.
- A czy są jakieś kraje, gdzie nie są znani? - zapytałam.
- Żebyś się nie zdziwiła - powiedziała Ellie.
- Dobrze. To posprawdzam. Mamy dużo czasu.
Widać było, że Ellie już zaczęła planować dalsze losy
zespołu.
- Myślałam, że mnie szlag trafi, jak mi Louis powiedział, że
odchodzi z zespołu!
- A dlaczego tak powiedział?! - zapytałam zaskoczona.
- Bo sobie ubzdurał, że on nie może jako tatuś jeździć w
trasę!
Zaniepokoiłam się. Który z chłopaków ma większy wpływ na
drugiego? - pomyślałam. Doszłam do wniosku, że Lou na Harry'ego. Zdaje się, że
będę miała ostrą przeprawę z jednym i z drugim… I też tak się stało. Po
obiedzie przyszedł Niall zrozpaczony, że chłopaki się zdecydowali, że nie jadą.
- Siedzą teraz i piją - powiedział.
- Gdzie? - zapytałam.
- Na dole w salonie - odpowiedział.
Rzuciłam się do schodów. Zbiegłam na dół i weszłam do
salonu.
- Cześć Megan!
- Czy macie mi coś do powiedzenia?
- Zostajemy w domu - powiedział Harry.
- Kiedy? Jeżeli dzisiaj to tak. Jutro jedziecie.
- Nigdzie nie jedziemy - powiedział Lou - zostajemy z wami.
- Bądźcie odpowiedzialni. Jeżeli mają się narodzić wasze
dzieci, to musicie im zapewnić godne warunki do życia. Wasze obecne finanse nie
są zadowalające. Dlatego musicie jechać. I to obaj.
- Ale Zayn jak mu ciocia umarła to pojechał…
- To co innego. On pojechał na pogrzeb, ale wrócił. A my będziemy chodzić dziewięć
miesięcy w ciąży. A wy jedziecie w miesięczną trasę. Zdążycie się jeszcze
nacieszyć.
Widziałam, że Harry'emu zrzedła mina. Z nim miałam już lepszą
sytuacje, bo z nim już na ten temat rozmawiałam. Louis nie dał się jakoś
przekonać.
- Lou nie martw się. Zajmę się Ellie.
- Ale tobą się ktoś musi zająć!
- Nie martw się. Będzie z nami Duży Bo. Na pewno się nami
zajmie. Jedźcie i się dobrze bawcie.
Jakoś udało mi się go przekonać. Następnego dnia polecieli, a myśmy zostały z Dużym Bo i z Kazikiem w Chicago.
Postanowiłam zadzwonić do doktora Jana. Przedstawiłam się i bardzo się
ucieszyłam, bo wiedział z kim rozmawia.
- Jak minęła podróż? – zapytał - Adam mi mówił, że się pani
uparła przyjechać tutaj do nas.
- Uparłam się, bo moja przyjaciółka jest też jest w ciąży. Z tym, że ja się czuję
dobrze, a ona nie najlepiej. Widzę, że trochę schudła i trochę się o nią
obawiam.
- Proponuję, aby panie przyszły do mnie jeszcze dzisiaj.
- Jak mamy do pana trafić? - zapytałam.
Podał mi adres i
powiedział, że mamy przyjechać o wpół do dwunastej.
Pobiegłam do Ellie i powiedziałam:
- Szykuj się. Jedziemy do lekarza.
- Czyś ty na głowę upadła?
- Nie. Szykuj się.
Powiedziałam Dużemu Bo, że jedziemy. Bo poleciał po
samochód. Wyjechał z garażu i zawiózł nas do szpitala. Był to bardzo elegancki
szpital i byłam troszkę przerażona, że koszty leczenia nas będą bardzo duże.
Pomyślałam sobie: Pewnie tylko Ellie będzie się leczyć… Ja się dobrze czuję,
więc nie muszę. Okazało się, że doktor Jan jest bardzo dobrym człowiekiem i
zajął się nami bardzo dokładnie. Gdy Ellie wyszła z gabinetu, poprosił mnie do
siebie. Ellie była lekko zdezorientowana.
- Co ci powiedział? - zapytała, gdy wyszłam - i czemu to tak
długo trwało?
- Ellie. Nie mówiłam ci tego wcześniej, bo nie wiedziałam
jak zareagujesz. Ja też jestem w ciąży.
Eleanor siedziała na krzesełku przed gabinetem i robiła
wrażenie, jakby to do niej nie dotarło.
- Ellie!!! Jesteś tam?! Ziemia!
Ellie się otrząsnęła.
- Czyś ty powiedziała, że jesteś w ciąży?
- Tak.
- To nie powinnyśmy puszczać chłopaków!
- Właśnie się tego obawiałam. Damy sobie radę same. A jak
nie, to mama do nas przyjedzie. Jak widzisz załatwiłam pełną opiekę dla nas.
Mamy Dużego Bo, który się będzie nami opiekował. Nie wiem czy zwróciłaś uwagę,
na stan konta naszego zespołu… Nie jest za bardzo zadowalający… Śluby, wesela, podróże poślubne… To wszystko
pochłonęło nasze pieniądze… W zasadzie to wszystko, co jest na kącie jest Nialla
i Zayna.
Ellie zatkało. Chwilę pomyślała i przyznała mi rację.
- Także nie indycz się i niech śpiewają, dopóki mogą -
powiedziałam.
- No, ale będzie nam
ciężko!
- Przeżyjemy. Mamy dwóch chłopów w domu. Damy radę.
Duży Bo popatrzył na mnie i się uśmiechnął.
- Oczywiście, że wam pomożemy.
- Masz jakieś recepty?
- Jutro się muszę stawić na badaniach. Na czczo. Właściwie
jestem cały czas na czczo - powiedziała i się uśmiechnęła.
- To jutro pojedziemy razem.
- A ty też masz badania?
- Ja, nie bo miałam robione w Warszawie. Czekam na
informacje od Michała. Jeżeli dostanę dzisiaj wyniki, to pojadę z tobą, ale właściwie pojadę z tobą, czy tak, czy tak.
Przecież mam cię wspierać.
- Zdaje się, że będziemy się musiały wspierać nawzajem.
Gdy wróciłyśmy w
skrzynce miałam wiadomość od Michała.
Wyniki są okej.
Przesyłam je do doktora Jana. Wszystko będzie dobrze.
Uśmiechnęłam się sama do siebie. Zadzwonił telefon.
Wyświetlił mi się numer Hazzy. Odebrałam.
- Halo?
- Cześć słońce! Jak się miewasz?
- Wszystko jest w porządku. Właśnie dostałam wyniki od
Michała. Wszystko jest okej.
Harry bardzo się ucieszył.
- Wiesz, powiedziałam Ellie o wszystkim.
- I jak zareagowała?
- Obyło się bez złości.
Harry zaczął się śmiać.
- Dolecieliście już? - zapytałam.
- Jeszcze lecimy.
- A co u was słychać?
- Louis siedzi na słuchawce, Liam siedzi na słuchawce, ja
też, Niall też, a Zayn chrapie. Coś jeszcze?
- No… To nieciekawie. Rozumiem, że Niall rozmawia z Eweliną?
- A skąd wiedziałaś?
- Przeczucie. Ptaszki mi wyświergotały.
- A jak się czujesz?
- Dobrze.
- Nie kręci ci się w głowie?
- Nie.
- Nie rzygasz?
- Nie. Dzidzia daje mi spokój.
Zaczęłam się śmiać.
- To mówisz, że wszystkie badania są w porządku?
- Tak. Byłyśmy dzisiaj u doktora Jana. Jutro też do niego
idziemy.
- Muszę kończyć, bo zaraz będziemy lądować. Zadzwonię, jak
wylądujemy - rozłączył się. Żałowałam,
że nie dałam mu tabletek, po których tak dobrze mu się śpi. Wiedziałam, że nie
mam iść po co do Ellie, bo rozmawia z Louisem. Położyłam się. Trochę miałam
spuchnięte nogi, więc podłożyłam pod nie poduszkę. Będę musiała powiedzieć o
tym jutro doktorowi. Z zamyślenia wyrwała mnie Ellie.
- Co, leżysz?
- Tak. Troszkę się położyłam, bo strasznie spuchły mi nogi.
Tylko nie wolno ci nic mówić Harry'emu.!
- Dobrze. Możesz na mnie liczyć. Nic nie powiem, ale może
zadzwonić do doktora?
- Nie, na opuchnięte nogi, to tylko poduszka - powiedziałam.
- A skąd to wiesz?
- Mama zawsze tak robiła.
- A skąd ona wie?
- Miała zakrzepicę, kiedy chodziła ze mną w ciąży i właśnie
popuchły jej nogi i trzymała je prawie na suficie.
- No, to miała przeżycia.
Ellie usiadła koło mnie na łóżku i powiedziała:
- Cudownie wyglądasz w przeciwieństwie do mnie. Schudłam
dziesięć kilo! Zaczynam wyglądać jak szkapa…
- Zobaczymy co powiedzą, kiedy już będą wyniki badań -
pocieszyłam ją - Michał mówił, że doktor Jan jest świetnym lekarzem. Opowiedz
trochę o Machu Picchu - poprosiłam.
- A mogę się tu położyć? - zapytała.
- Kładź się.
Zaczęła opowiadać o ich wyprawie do Peru. Oczywiście Louis
się bez przerwy wygłupiał. Zaśmiewałyśmy się do łez, gdy Eleanor opowiadała, co
robił Louis.
Zadzwonił telefon, a za chwilę drugi.
- To idę do siebie - powiedziała Ellie, schodząc z łóżka.
Odebrałam.
- A coś ty taka ucha chana? - usłyszałam.
- A nic…
- Jak to nic, przecież słyszę! Kto tam jest?
- Nikogo nie ma.
- Nie kłam.
- Słowo ci daję, że nikogo u mnie nie ma. Była u mnie przed
chwilą Ellie i opowiadała o ich wyprawie do Peru i o tym jak się wydurniał Lou.
Louis zadzwonił równolegle z tobą, więc wyszła i poszła do siebie.
- No dobrze. Wierzę ci - powiedział.
- Jak tam lądowanie?
- No, jakoś przeżyłem. Powiedz, co powiedział lekarz.
- No, przecież ci już mówiłam. Wyniki Michał wysłał do
doktora, a mnie zawiadomił, że jest wszystko w porządku.
- To co powoduje, że masz takie zawroty głowy?
- Nie wiem. Jutro będę u doktora to się zapytam. Nie martw
się. Wszystko jest okej. Jesteście już w hotelu?
- Jedziemy.
- A coś konkretniej powiesz, czy będziesz tak skrótami
gadał? Nie mieliście żadnych problemów przy wylocie?
- Nie. wszystko załatwiłaś idealnie. Wystartowaliśmy o
czasie. Jedzenie było smaczne. Strzeliłem sobie koniak i może dlatego nie
odczułem tak tragicznie lądowania.
- To ile tego koniaku wypiłeś?!- zaniepokoiłam się.
- Ze cztery.
- BUTELKI?!
- No, coś ty! Kieliszki. Jakbym wypił butelki, to bym nawet
nie mógł z tobą gadać, tylko leżałbym nieprzytomny…
Zaczęłam się śmiać.
- Tęsknie za tobą - powiedział.
- JUŻ?!
- A ty za mną nie tęsknisz?
- No, tęsknie. Brakuje mi tutaj kogoś. Tego do, którego
mogłabym się przytulić. Zastanawiam się, czy będę mogła się przytulić do Dużego
Bo. Ciekawe, czy mi pozwoli.
- Ale ja ci nie pozwalam. Do żadnego faceta nie wolno ci się
przytulać.
- Pies ogrodnika - powiedziałam po polsku.
- Coś ty powiedziała?! Bo nie zrozumiałem.
Powtórzyłam powoli „PIES OGRODNIKA”.
- A co to znaczy po angielsku?
- Nie powiem - zaczęłam się przekomarzać.
- Bo zadzwonię do twojej mamy, albo do Michała!
- A będziesz potrafił powtórzyć?
- Dam sobie radę.
- To powtórz!
- PES OGONYKA
Wybuchłam śmiechem.
- Dowiem się. Dowiem się na pewno.
O ile cię ktoś zrozumie - pomyślałam.
- Niall się pyta jak się miewasz.
- No, przecież już się pytałeś, to ci powiedziałam. Możesz
mu powiedzieć.
- Ha! Podjechaliśmy pod hotel. Jest strasznie dużo fanek.
Muszę kończyć. Zadzwonię później - usłyszałam jakieś piski.
Za chwilę weszła
Ellie.
- Co? Fanki? - zapytałam.
- No…
- Tak… kochane faneczki.
Ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę! - krzyknęłyśmy jednocześnie.
Drzwi się uchyliły i stanął w nich Duży Bo.
- Kazyk zaprasza na obiad.
- Już idziemy.
- Duży Bo? Możemy się przytulać do ciebie?
Popatrzył na mnie zdziwiony.
- Oczywiście, że tak, a co się stało? Chcesz się przytulić?
- Nie, powiedziałam Harry'emu, że się do ciebie będę
przytulać, gdy mi będzie smutno.
- W każdym momencie możesz.
- Nie wiem tylko, co na to Harry… Czy ci czegoś nie zrobi…
- Nie dam sobie nic zrobić - powiedział żartobliwie.
Weszliśmy do jadalni, gdzie stół był bogato zastawiony.
- Kazyk, my jesteśmy tylko we czwórkę… Uważasz, że my to
wszystko zjemy? - zapytała Ellie.
- Kiedy ja myślałem, że chłopaki będą dłużej w Chicago.
Przecież jedzenia nie wyrzucę! - wyszła z niego polska natura.
Zasiedliśmy do stołu.
- Kazyk, ty też - powiedziała Ellie - będzie nam raźniej.
Zaczęliśmy próbować przygotowane dania.
- Na co panie, macie ochotę?
- Ja bym zjadła śledzia - powiedziałam.
- Śledzia nie ma…- powiedział smutno Kazik - A jakiego
śledzia byś zjadła?
- Takiego w śmietanie, z cebulką, jabłkiem i ogórkiem
kiszonym.
- A takiego to nie znam - powiedział Kazik.
- A to przepis Kuronia. Nauczę cię.
- Tylko, skąd wziąć śledzie?!
- Będę musiała poprosić mamę, żeby mi przesłała pocztą… Będą
mnie teraz prześladować.
- O czym tak rozmawiacie?
Nie zauważyliśmy, że
przeszliśmy na polski.
- O… Przepraszam. Mówiliśmy o polskich śledziach.
- A co to są… SLEDZE?
- Bardzo dobre, polskie ryby. Jedyne w swoim rodzaju.
- A dlaczego nigdy nie jadłam?!
- Bo Mały Joe jest Amerykaninem i nie zna śledzi?
- Jak będziemy w Polsce, to będziesz musiała zrobić!
- Dobrze, dobrze. Zobaczymy.
Uśmiechnęłam się tajemniczo.
Zobaczyłam, że Ellie je na przemian chleb z nutellą i ogórka
konserwowego.
- Widzę, że masz zachciewajki! - zaczęłam się śmiać.
- Nie wiem. Ogórki jadłabym z wszystkim - powiedziała.
- Smacznego - powiedziałam - Ale nie jedz za dużo ogórków.
Poczułam ochotę na zupę…
- Czy jest jakaś zupa? - zapytałam.
- Rosół.
- Ale ja mam ochotę na botwinę!!!
- A skąd do cholery mam wziąć botwinę?! O tej porze roku?!
We wrześniu?! - zaczął krzyczeć przerażony.
- No, dobrze. Niech ci będzie ten rosół. A nie mógłbyś
zrobić pomidorowej?
- Ale z ciebie gagatek! Z ryżem czy z kluskami? - zapytał
zły.
- Z zacierką babuni.
- Skąd ja ci wezmę zacierkę babuni?! - zdenerwował się
Kazik.
- Co wam się stało? - zapytała przegryzająca marchewkę,
ogórkiem Ellie - Dlaczego on na ciebie krzyczy? Ach… ten polski…
- Sorry. Stale się zapominamy… To zrobisz mi?
- Teraz?!
- Nie, jutro.
- Dobra. Masz tyle jedzenia! Jedz! Przecież nic nie jesz,
tylko gadasz. Zaraz naskarżę Harry'emu, że nic nie jesz! - nastraszył mnie
Kazik.
Wzięłam sobie stek. Do tego mizerię.
- Ziemniaczki jeszcze! Albo frytki!
- Nie, dziękuje.
Odcięłam kawałek i włożyłam do ust. Stek był wyśmienity.
Mizeria notabene też.
- Ale to pyszne - powiedziałam.
- Co?
- Stek z mizerią!
Ellie sobie nałożyła i spróbowała.
- Rzeczywiście wyśmienite!
Ale jak można było przewidzieć, już jej nie było przy stole…
- Biedna jest- powiedział Kazik - Co weźmie do buzi, to
zaraz zwraca.
Po pewnym czasie
wróciła do stołu i jakby nigdy nic, zaczęła jeść dalej.
- Zauważyłam, że mogę jeść tylko ogórki konserwowe…-
powiedziała Ellie - Albo coś przekąszając ogórkami.
Wzięła i nałożyła sobie ogórków i postanowiła dokończyć
stek. Z dużą ilością ogórków zjadła cały
stek.
- Ale jestem najedzona - powiedziała.
- Po takiej ilości ogórków na pewno…- zażartował Duży Bo.
- No, co żałujesz mi ogórków? - zaatakowała go Ellie.
- Stwierdzam fakt, że w domu muszą być obowiązkowo ogórki
konserwowe - powiedział Kazik.
- Nie ma jak KRAKUS mało solne ogórki, najlepiej żeby też
były…
- No to w takim razie będę musiał zrobić. A ty tak lubisz
małosolne?
- No…- odpowiedziałam.
- Dobra. To będę robił ogórki. Dla ciebie małosolne dla
ciebie konserwowe i nic więcej - zarządził Kazik.
- A ja? - zapytał Duży Bo.
- Masz do wyboru albo kiszone, albo zwykłe…
Wybuchliśmy wszyscy
śmiechem. Dokończyliśmy obiad.
- A co będzie na deser? - zapytała Ellie.
- Ogórki konserwowe, chcesz?
- No… Mogą być.
Kazik podał galaretkę z bitą śmietaną, ale Ellie jak zobaczyła tylko galaretkę, to
wybiegła z pokoju. No cóż… Bywa…
- Sama chciała deser… A ja mogę?
- Oczywiście!
Galaretka była wiśniowa, a w środku były zatopione kawałki
jabłek.
- Bardzo dobre - przyznałam.
Zjadłam całą swoją porcję i stwierdziłam, że jestem OBŻARTA.
- Muszę się iść położyć, bo jestem tak objedzona…-
powiedziałam i wyszłam z jadalni. Po drodze, gdy wchodziłam na górę, zadzwonił
mój telefon.
- Jak tam fanki? - zapytałam.
- Dlaczego nie ma cię na Skype?!- zapytał wściekły Harry.
- Już idę. Jedliśmy obiad. Trudno, żebym z laptopem chodziła
do jadalni!
- Czekam i czekam i się nie mogę doczekać!
- Już idę na górę. Zaraz włączę laptopa.
Rozłączyłam się. Weszłam do pokoju i pierwsze co zrobiłam,
to włączyłam laptopa. Weszłam na Skype. Oczywiście Harry już tam czekał.




* :) Jak tam, po wczorajszych wrażeniach? :D Co o tym sądzicie? :D Strasznie podobają mi się te dwa zdjęcia Hazzy :D U Was też zebranie w środę? Ja się obawiam, że szlaban dostanę na kompa... A wtedy to już kompletnie nie wiem, co będzie... Jakbym nie wstawiła w przyszłym tygodniu kolejnego rozdziału, to wiedzcie, że jednak mam ten szlaban... Postaram się jednak, jakoś Was poinformować o tym :) Więc na razie nie smutajcie :D
~Meg
Rozdział Czterdziesty Ósmy
* Mój komentarz na początek dla Was: Czytajcie ten rozdział dokładnie i ze zrozumieniem :D Jestem bardzo ciekawa, jak na niego zareagujecie :) Życzę miłej zabawy! :D
- Harry, co się z nimi dzieje?! - zdenerwowałam się - Może
zadzwoń na komórkę?
Harry wybrał numer do Liama. Liam odezwał się zaspany.
- Śpicie?
- No, bo u nas jest przecież druga w nocy… A czy coś się
stało?
- Dobra śpij, to wejdź rano na Skype, albo odbierz pocztę.
Miłych snów ci życzę.
Tak jak przypuszczałam za chwilę Liam pojawił się na Skype.
- CO SIĘ STAŁO?! JAK JUŻ DZWONICIE, TO ZNACZY, ŻE COŚ SIĘ
STAŁO - zdenerwował się Liam.
- Przepraszam. Zapomniałam o przesunięciu czasu, ale wczoraj wysłałam wam wiadomość i nie
odpowiedzieliście. Zaczęłam się trochę denerwować. Zmieniają nam się trochę
plany.
- Mów. Co odwołano nam tourne?
Opowiedziałam o nowych planach.
- To tak źle jest z Ellie?
- Lou, nie chce ryzykować takiego długiego przelotu. W ogóle
chciał zrezygnować z trasy, więc wybiłam mu to z głowy i ja zostanę z Ellie, a
wy lecicie dalej.
- Przylatujemy dwudziestego dziewiątego do Warszawy, więc
zdążymy wszystko obgadać - powiedział Liam.
- No to idź już spać - powiedziałam kończąc rozmowę i
wyłączyłam komputer.
- To, co wracamy do łóżka? - zaproponował Harry.
- No, o tej porze trzeba się po prostu opalać.
- Już i tak i tak jesteś jak murzyn - zaśmiał się Harry.
- Poczekaj, muszę tylko załatwić jedną rzecz.
Włączyłam komputer.
- Co znowu!?
- Muszę odwołać hotele w trasie.
- Jak to?! To gdzie my będziemy spać?
- Nie przeszkadzaj. Możesz spać z Louisem? Albo będziecie
spali w czwórkę z Niall'em i Zayn'em.
- W łóżku?! - krzyknął Harry.
- Do tej pory spaliście w piątkę w jednym pokoju i jakoś wam
to nie przeszkadzało. Były zarezerwowane po cztery pokoje dla nas i po dwa pokoje
do zespołu i Dużego Bo. Jeżeli my z Ellie nie jedziemy, to nie potrzebne są dwa
pokoje. Wy we czwórkę możecie spać w jednym.
- A jak będę chciał sobie wziąć jakąś panienkę na noc? -
zapytał Harry.
- Chcesz w łeb? Chcesz się lać?
- Rozważę propozycję…
- Musimy trochę oszczędzać, bo niedługo staniecie się
biedakami, większymi niż byliście przed waszą karierą.
- Okej. Zgadzam się na wszystko - powiedział potulnie Harry.
- Teraz to już chyba wszystko - powiedziałam, kiedy
skończyłam pracę z komputerem.
- To idziesz do tego łóżka?
- To idziemy na obiad - zarządziłam.
- A obiad nie może do nas przyjechać? - popatrzył na mnie
błagalnie.
- Jak chcesz - poddałam się.
- No przecież nie będziemy się widzieć przez cały miesiąc.
Wiesz jak ja będę cierpiał?!
- No, przecież chciałeś brać panienki na noc.
Harry złapał mnie wpół, przełożył przez kolano i przylał mi mocnego
klapsa.
- I kto tu powinien komu dać takiego klapsa? - zaczęłam
rozcierać sobie pupę.
- No dobrze - powiedział Harry. Wypiął się na łóżku i
powiedział:
- WAL.
- A coś przeskrobałeś? - zapytałam.
- Kiedy? - zapytał zdziwiony.
- Chyba, że mam ci wybić te głupie myśli.
Ściągnęłam mu kąpielówki i dałam porządnego klapsa w tyłek.
Klaśnięcie było głośne.
- Aua - powiedział- To bolało…
- No, miałam ci wybić z głowy - powiedziałam niewinnie.
- Zaraz się z tobą policzę - powiedział.
Zaczęłam się bronić, ale złapał mnie w pół.
- Uspokój się, bo zaraz ci założę kajdanki - zagroził.
Śmiałam się i rzucałam coraz bardziej. W pewnym momencie
poczułam, że Harry złapał moją rękę. Puścił mnie, ale poczułam na ręku, że coś się zatrzasnęło.
- Harry! Uspokój się!- wykrztusiłam śmiejąc się.
Z opresji wybawiło mnie stukanie do drzwi.
- Chwileczkę! - krzyknął.
Założył bokserki i rzucił na mnie koc. I otworzył drzwi.
Słyszałam, jak wwozi wózek do środka i zamknął drzwi. Jeszcze wcześniej
powiedział „dziękuję”.
Nastąpiła dziwna cisza. Poczułam, że koc zjeżdża ze mnie.
- Jesteś tam? - zapytał.
- Nie, nie ma mnie. Rozpłynęłam się.
Doszły do mnie jakieś smakowite zapachy i poczułam, że
jestem głodna. Wyskoczyłam z łóżka.
- To jemy teraz? - zapytał Harry.
- Jemy – powiedziałam - Zdejmij mi to!- wskazałam na
kajdanki.
- Nie. Nie będzie ci w niczym przeszkadzało.
Miałam te kajdanki na lewej ręce, więc potraktowałam to jako
bransoletkę. Harry złapał drugą część
kajdanków i przypiął mnie do stolika.
- Żebyś nie uciekła.
- Jak mam jeść?!
- Ja cię nakarmię.
- Żarty sobie stroisz?!
- Nie… Jesteś dzisiaj moim więźniem.
Zaczął mnie karmić.
- Będę mógł powiedzieć, że żona mi je z ręki - zaczął się
śmiać.
Gdy skończyliśmy jeść, chciał mnie wziąć na ręce, ale okazało się to kłopotliwe, więc odpiął kajdanki
od stolika i na chwilę postawił na ziemi. Uciekłam do łazienki, gdzie się
zamknęłam.
- Wychodź - usłyszałam stanowcze stwierdzenie.
- Nie wyjdę, bo nie wiem, co chcesz ze mną zrobić.
- Wychodź, to się okaże - powiedział.
- Najpierw kluczyk. Proszę pod drzwiami.
- A jest do nich jakiś kluczyk?
Zdenerwowałam się.
- No przecież musi być do tego jakiś kluczyk! Nie będę w tym
wracać do Polski! Musi gdzieś być! Poszukaj!
- Ale ja nie widziałem żadnego kluczyka do tych kajdanek!
Zdenerwowałam się
jeszcze bardziej i wyszłam z łazienki.
Harry tylko na to czekał. Złapał mnie i rzucił na łóżko.
- To nie fair!- powiedziałam, ale zamknął mi usta pocałunkiem.
- Szkoda, że nie mam takich drugich kajdanek - powiedział.
Parsknęłam śmiechem. Przypiął kajdanki do łóżka.
- To, żebyś mi znowu nie uciekła - powiedział.
Kochaliśmy się bardzo długo i bardzo namiętnie.
Wreszcie zostałam wyzwolona z kajdanek i rzuciłam się do łazienki.
Pozostałe dni
spędziliśmy podobnie. Ostatniego dnia musieliśmy się spakować, co zajęło nam
większość dnia. Na następny dzień, wcześnie rano mieliśmy samolot. Byliśmy w
większości spakowani. Zostało nam dopakować rzeczy, które będą nam potrzebne do
rana. Bagaże podróżne mieliśmy także spakowane. Laptop też był spakowany.
Poszliśmy na pożegnalną kolacje. Większość personelu chciała się z nami
pożegnać. Dostaliśmy nawet od hotelu
prezent. Było to tygodniowy voucher do wykorzystania przez rok.
Poszliśmy na długi spacer plażą. Lot mieliśmy o siódmej
rano, więc na lotnisku musieliśmy być o piątej. Nastawiłam budzik i poszliśmy
spać. Miałam trudności z obudzeniem Harry'ego rano, a właściwie w nocy, jak to
określił…, ale w końcu udało mi się go postawić do pionu. Było wpół do
czwartej. Szybko się umyłam, ubrałam i zrobiłam makijaż.
O czwartej przyszedł bagażowy po bagaże. Wyszliśmy z domku.
Spojrzałam jeszcze raz na ocean i poszliśmy do czekającej na nas limuzyny. Na
lotnisko zajechaliśmy bez problemu. Przeszliśmy odprawę i Harry powiedział:
- Poszedłbym coś zjeść… A na pewno napić się kawy…
Zgodziłam się z nim i przez większość czasu przesiedzieliśmy
w kawiarence.
Pół godziny przed odlotem, dałam tabletkę Harry'emu, którą
posłusznie wziął. Wsiedliśmy do samolotu i jeszcze przed odlotem Hazzie zasnął.
Obudził mnie ból bębenków. Czyżbym przespała znów całą
podróż?!
Gdy wylądowaliśmy, obudziłam Harryego, którego pierwsze
pytanie brzmiało:
- Czy już wystartowaliśmy?
- Nawet wylądowaliśmy - odpowiedziałam.
- Jak to?! Gdzie?!
- W Warszawie.
- To przespałem cały lot?!- zdziwił się.
- Na to wychodzi…
- Dobre te tabletki. Chyba się nauczę z nimi latać.
Wysiedliśmy i poszliśmy odebrać bagaże. Gdy weszliśmy do hali przylotów, zobaczyłam
Nialla.
- Już się zastanawiałem, którędy wyjdziecie - rzucił, gdy
nas zobaczył.
- No, faktycznie. Mogliśmy wyjść do taksówek - powiedziałam
i rzuciłam mu się na szyję.
- To byście mi zrobili numer! Zayn się gdzieś tu kręci…
Tylko nie wiem, gdzie…
Nagle znalazł się Zayn.
Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do domu. W domu
czekała na nas mama i Mały Joe, który przygotował wspaniałe śniadanie.
- Bardzo jesteście zmęczeni? - zapytała mama - Chłopcy nie
chcieli mnie zabrać, bo powiedzieli, że będzie za mało miejsca - zaczęła się
tłumaczyć. Nagle coś zaczęło się ocierać
o moje nogi. Zajrzałam pod stół i zobaczyłam jakieś wielkie, białe zwierzę.
- ZUTEK! Czy to ty?! - zdziwiłam się i wzięłam go na ręce.
Był strasznie ciężki.
- Mały Joe! Coś ty z nim zrobił?!
- No… Był taki samotny - zaczął się tłumaczyć.
- Chyba będziesz musiał przejść na dietę - powiedziałam.
Zutek mocno miauknął, po czym wskoczył na Harry'ego.
Przywitanie było bardzo miłe.
- No widzisz Mozarcie, znowu będę musiał wyjechać…, ale
zostanie już z tobą mama i Michał.
- Ale że nas poznał? Po miesiącu czasu?
- Tłumaczyłem mu, że przyjeżdżacie - powiedział Mały Joe.
- Ale w stosunku do nas nie był taki ufny, jak tutaj -
powiedziała mama.
- No wreszcie, to kot Harolda, mamo – powiedziałam -
Haroldzie, masz jakieś zacne plany na dziś? - zakpiłam sobie.
Harry popatrzył na mnie z iskierką w oku, więc zaczęłam czym
prędzej wymieniać, co musimy zrobić.
- Rozpakować się, zrobić pranie, wyprasować, spakować na
następną podróż no i poplotkować ze wszystkimi - uśmiechnęłam się szyderczo do
Hazzy, który pogroził mi palcem. Po posiłku przeszliśmy do salonu. Rzuciłam się
na torbę, gdzie mieliśmy prezenty dla wszystkich.
- A teraz wszyscy siadacie.
Zaczęłam wyciągać prezenty i rozdawać po kolei. Mamie
wręczyłam voucher oraz dwa małe obrazki. Niall dostał od nas figurkę wojownika,
Zayn kadzidełka, a Mały Joe magnesy na lodówkę.
- Co ja mam zrobić z tymi kadzidełkami? - zapytał Zayn.
- Jak Niall będzie sadzić bąki, to sobie zapalisz i
odświeżysz atmosferę - powiedział Harry.
Wszyscy ryknęli śmiechem, a Niall, który siedział z brzegu
spadł na podłogę.
Marysi daliśmy figurkę bożka. Wszyscy byli bardzo ucieszeni,
że coś dostali. Marysia z wdzięczności złapała nasze bagaże i pobiegła z nimi
do pralni. Usiadłam przy mamie i przytuliłam się do niej. Chłopcy poszli do studia, Mały Joe do kuchni,
a my zostałyśmy same z Zutkiem.
- Widzisz, tobie nic nie przywieźliśmy - powiedziałam.
Przypomniałam sobie, że wśród pluszaków jest mała myszka pluszowa. Pobiegłam za
Marysią i wyciągnęłam zabawki z walizki. Znalazłam myszkę i pobiegłam na górę.
Weszłam do salonu i postawiłam przed Zutkiem myszkę. Nastroszył się cały i
miauknął złowieszczo.
- Co? Nie podoba ci się? - poruszyłam myszkę nogą. Zutek
odskoczył. Zaczęłyśmy się śmiać.
- Zostaw. Zobaczymy, co zrobi dalej.
Obchodził myszkę z daleka. Po pewnym czasie podszedł i
trącił ją łapą. Myszka się przewróciła. Znowu odskoczył. Trwało to jakąś
godzinę. Wreszcie zaatakował, złapał ją w pysk i poszedł do kuchni. Nagle drzwi
frontowe się otworzyły i do środka zawitali Danielle z Liamem. Rzuciłyśmy się
na nich i wycałowałyśmy.
- O której, żeście przylecieli? Chcieliśmy po was pojechać.
Myślałam, że przylatujecie wieczorem! - powiedziałam.
- Odwołano nam lot i musieliśmy przylecieć wcześniejszym, bo
następny by był dopiero pierwszego - powiedział Liam.
Nasze wrzaski ściągnęły do salonu chłopców i Małego Joe.
Wszyscy się na wszystkich rzucali i było bardzo wesoło. Mały Joe zniknął w
kuchni, a myśmy zaczęli sobie opowiadać, co się działo w ciągu ostatniego
miesiąca. Danielle zaczęła wyciągać prezenty, więc ja rzuciłam się do swoich.
Dla Danielle miałam bransoletkę, a dla Liama małą rzeźbę z korala.
- To narażaliście życie, żeby przewieść koral przez
granicę?! - zapytał Liam.
- Jak to?! - zdziwiłam się.
- Przecież korala nigdzie nie można przewozić - wytłumaczył
Li - Koralowce są pod ścisłą ochroną.
Trochę się zdenerwowałam.
- Nie wiedziałam o tym.
- Dzięki Bogu wam nie zabrali - ucieszył się Liam.
Danielle zaczęła rozdawać ich prezenty. Chłopcy dostali
koszule z motywami palm. Każda była w innym kolorze. Harry dostał fioletową,
Niall zieloną, a Zayn niebieską. Dla Lou mieli czerwoną. Mama dostała
bransoletkę z wysuszonych różnych owoców, a ja dostałam fioletowe korale.
- Słuchajcie, prezenty od nas dostaniecie, gdy wróci Michał
z pracy, bo gdzieś je schował, a chciał uczestniczyć w rozdawaniu. Powiedział,
że gdyby zostawił na wierzchu, to chyba bym je już rozdała.
- Jak się w ogóle miewacie? Megan, jak się miewasz? Ale z
ciebie czarna murzynka!
- MURZYN!! - Wrzasnął Niall.
- Chyba nic nie robiłaś, tylko się opalałaś - powiedział
Zayn.
- Zaręczam cię, że robiliśmy wiele innych rzeczy -
powiedział Harry.
Wszyscy ryknęli śmiechem. Zayn się trochę zmieszał.
Za chwilę Mały Joe zaprosił Danielle i Liama do stołu, więc
całe towarzystwo przeniosło się do jadalni i potoczyła się wartko rozmowa. Marysia zabrała bagaże nowo przybyłych i
zaniosła je do pralni. Na opowiadaniach spędziliśmy cały dzień. Michał wrócił pod wieczór. Był bardzo
opalony. Mama zresztą też.
- No, możemy zrobić konkurs na opaleniznę. No, dziewczyny
rozbierać się! - powiedział.
- Nie ma mowy! - zakwestionował Harry.
- Chłopaki, też się rozbierać! - ciągnął dalej Michał. Zaczęłyśmy się śmiać.
- Ale zazdrośni! - powiedziałam.
Harry spojrzał na mnie spode łba.
- Nie przeginaj - pogroził palcem.
- No, przecież jesteśmy jak rodzina - zaczęłam się
tłumaczyć.
- No to przynoś te prezenty - powiedziała mama. Michał
poszedł do pokoju. Za chwilę przyszedł z wielką torbą. Postawił ją na środku i
zaczął podawać pakunki mamie. Każdy dostał paczkę. Były w nich figurki
aborygeńskie. Naprawdę prześliczne! Wszyscy cieszyli się jak dzieci.
Siedzieliśmy do późnego wieczora. Następnego
dnia rano pojechałam z Michałem na czczo
do szpitala. Zaprowadził mnie do laboratorium i zostawił mi zlecenie.
Pobrano mi krew. Zrobiło mi się słabo i gdy się obudziłam, stał nade mną
Michał, przebrany już w biały garnitur.
- Co ty wyprawiasz?!
Leżałam na leżance.
- Mnie się pytasz? Zakręciło mi się w głowie i straciłam
świadomość.
Michał coś powiedział do pielęgniarki, która powiedziała:
- Tak. Wystarczy.
- To ma być na CITO - powiedział Michał - Idziemy dalej –
zarządził - Teraz coś zjesz i pójdziesz na następne badania.
- Jakie?! - zapytałam.
- Na przykład do ginekologa - powiedział.
- Ale….
- Żadne, ale - przerwał mi - Jeżeli chcesz lecieć do
Chicago, muszę cię przebadać.
- Ale…
- Powiedziałem, żadne, ale. Muszę wiedzieć, co ci jest.
Harry na pewno będzie się lepiej czół, jak będzie wiedzieć co ci jest. Mam
pewne przypuszczenia.
Wzięłam głęboki oddech i zebrałam się, żeby coś powiedzieć.
- Ale muszę iść do ginekologa?! - szybko z siebie wydusiłam.
- Musisz - odparł krótko.
Zaprowadził mnie pod
jakiś gabinet, gdzie wszedł. Po chwili drzwi się otworzyły i powiedział:
- Zapraszam.
Weszłam do środka i z przerażeniem stwierdziłam, że jest
mężczyzną. MĘŻCZYZNA!!!
- To jest doktor Adam - powiedział Michał - zbada cię. Idź
tam za parawan i się rozbierz.
Poszłam niechętnie za parawan, ale nie było gadania… Musiałam się rozebrać…
- Załóż fartuch i wyjdź- powiedziała pielęgniarka, która
była też w gabinecie.
Wykonałam polecenie.
- Wskakuj na fotel - powiedziała.
W gabinecie nie było już Michała, a lekarz siedział przy
biurku, tyłem do fotela. Ręce mi się trzęsły.
- Nigdy nie byłaś u ginekologa? - zapytała pielęgniarka.
- Mama chciała mnie kiedyś zabrać, ale się nie dałam - wytłumaczyłam.
- To nie dobrze.
- Kiedy zaczęłaś współżycie? - zapytał doktor Adam.
- Miesiąc temu - powiedziałam.
Odwrócił się i popatrzył na mnie.
- Czemu się pan tak na mnie patrzy?!- zdenerwowałam się.
- Bo to rzadkość, obecnie…, ale do pochwalenia - powiedział.
Był miły dla mnie, więc się odprężyłam. Delikatnie mnie
zbadał i powiedział, że mogę się ubrać. Zrobiłam to z całą przyjemnością.
Wyszłam z gabinetu, gdzie czekał na mnie Michał.
- Czy coś mówił Adam?
- Nie, nic.
Wszedł do gabinetu i po paru minutach wyszedł.
- Pan doktor cię zaprasza - powiedział Michał.
Weszłam z powrotem do środka.
- Mogę pani tylko pogratulować - powiedział.
- Czego? - zdziwiłam się.
- Jest pani w ciąży. Musi się pani teraz oszczędzać.
Zrobiło mi się słabo…
- Tylko nie mdlej - powiedział Michał.
- No, dobra, ale do
Chicago mogę polecieć?
- Jeżeli nie będziesz nic dźwigać, to możesz. Jeśli by się
coś działo, to podam ci telefon do mojego przyjaciela, który jest ginekologiem
w Chicago i pracuje w bardzo dobrej klinice - powiedział doktor Adam.
Pomyślałam o Ellie.
- Tak się składa, że jadę do Chicago, by pobyć z
przyjaciółką, która także jest w ciąży. Była w podróży poślubnej w Peru i było
z nią coraz gorzej, dlatego nie mogła przylecieć do Warszawy i poleciała do
Chicago.
- Dobrze. Ja zaraz zadzwonię do przyjaciela i załatwię wam
wizytę.
Wciąż nie mogłam uwierzyć, w to co przed chwilą usłyszałam.
- Tak przypuszczałem - powiedział Michał, kiedy wyszliśmy z
gabinetu.
- Nic nie powiedziałeś o swoich przypuszczeniach -
powiedziałam lekko obrażona.
- Nie chciałem wam psuć miesiąca miodowego - powiedział
śmiejąc się.
Doktor Adam mi wytłumaczył różne rzeczy, przepisał leki i
dał recepty Michałowi. Założył mi kartę ciążową. Trochę go ubawiłam pytaniem:
- Ale myśmy uprawiali seks jeszcze później…
Powiedział, że można uprawiać nawet do końca. Zdziwiło mnie
to trochę. Dał mi jakieś książki i powiedział, żebym je przeczytała.
- Daj mi te recepty, to pójdę do apteki i wykupię leki.
- Wszystko załatwię sam - powiedział Michał - możesz
zadzwonić po Harry'ego, żeby po ciebie przyjechał… Jeśli chcesz.
Wyciągnęłam z kieszeni komórkę i wybrałam numer Hazzy.
- Harry, możesz po mnie przyjechać? - zapytałam.
- Zaraz będę - odpowiedział.
Popatrzyłam na zegarek. Było po dziesiątej. Pożegnałam się z
Michałem i wyszłam przed szpital. Wzięłam książkę i zaczęłam ją czytać. Była
ogólnie o ciąży i o przygotowaniach do roli matki. Opisywała wszystko, co się
dzieje w trakcie poszczególnych miesięcy
z matką i z dzieckiem. Nagle podjechał samochód z piskiem opon.
- Jak tam badania?
- Nic, nie wiem - odpowiedziałam, trochę kłamiąc, ale dla naszego dobra.
Schowałam w pośpiechu książkę i wsiadłam do auta.
- Michał ma przywieść po południu wyniki badań -
powiedziałam nie mijając się tu z prawdą.
Pojechaliśmy do domu. Pobiegłam na górę. Harry przyszedł za
mną. Wyciągnęłam grzechotkę i zaczęłam grzechotać, patrząc mu prosto w oczy.
- Lepiej usiądź - powiedziałam.
- Co się stało? - zdziwił się.
Usiadłam obok niego i powiedziałam:
- Za osiem miesięcy będziemy mieli dzidziusia.
Harry siedział, jakby nic nie zrozumiał.
- No przecież wiem, że Ellie urodzi - powiedział.
- Harry, ja powiedziałam, że my będziemy mieli.
Harry'ego jakby piorun trafił.
- Czy ja dobrze z usłyszałem?
- Dobrze usłyszałeś – powiedziałam - zostaniesz tatusiem.
Złapał mnie i zaczął ze mną tańczyć. Wziął mnie na ręce i
położył na łóżku.
- Musimy teraz bardzo uważać - powiedział.
Zaczęłam się śmiać.
- Harry, to nie jest choroba. Ja jestem tylko w ciąży.
Zaczął płakać. Usiadłam koło niego i przytuliłam go mocno do siebie.
- Czy ja też mam płakać? Nie płacz głuptasie.
- Ale ja płaczę ze szczęścia – wyszlochał - to nie będziesz
mogła jechać do Chicago.
- Oczywiście, że będę. Rozmawiałam z doktorem i pozwolił mi.
Z resztą na pewno Michał wszystko ci powtórzy.
- Jak to dobrze, że Michał się uparł z tymi badaniami -
powiedział Harry ocierając spływające łzy z policzków.
Usłyszałam pukanie do drzwi.
- Proszę! - krzyknęłam.
Do pokoju weszła mama.
- Mogę wam złożyć gratulacje?
- Skąd wiesz? - zapytałam bezmyślnie.
- Michał do mnie zadzwonił z tą dobrą nowiną.
- Jaką nowiną? - usłyszeliśmy głos Nialla, który przechodził
przez korytarz.
- Będę tatusiem!- krzyknął Harry.
- Jaja sobie robisz, nie?
- Nie, nie robię - obraził się Harry.
Mama przytuliła mnie do siebie.
- Pamiętaj. Tylko uważaj na siebie. Michał mówił, że
dostałaś telefon do dobrego lekarza i że będziesz tam pod jego opieką.
- Nie tylko ja, mamo - powiedziałam.
Niall stał jak wryty.
- To prawda?! - wykrztusił z siebie.
- Prawda kretynie - powiedział Harry.
Do Nialla coś dotarło. Wyleciał z pokoju wrzeszcząc:
- Słuchajcie, słuchajcie! Megan jest w ciąży! Harry będzie
tatusiem!
Latał jak opętany. Zaczęły trzaskać drzwi. Po chwili wszyscy
byli u nas w pokoju.
- Czy to prawda? - zapytał Liam.
- W 100% - powiedziałam.
- To co my teraz zrobimy?!
- Nic nie zrobimy. Lecimy do Chicago! - zdenerwowałam się.
- A będziesz mogła lecieć? - zapytała Danielle.
- Tak. Mam pozwolenie od lekarza.
Wszyscy skakali z radości, a najbardziej cieszył się Harry.
- Wyobrażacie sobie? Będę tatusiem! - płakał ze szczęścia.
Liam go objął, mrugając do mnie porozumiewawczo. Zabrał Harry'ego
i zeszli na dół. Wszyscy chłopcy poszli za nimi. Zostałyśmy same.
- Tak się cieszę!- powiedziała Danielle - prawię ci
zazdroszczę. A jak ty sobie dasz radę lecąc?
- Nie martw się. Jakoś do tej pory dałam radę i dam sobie teraz - zaczęłam się śmiać -
Przecież przylecieliśmy z Seszeli. Nic się nie stało i tak samo nic się nie
stanie, jak polecę do Chicago.
Po chwili do pokoju wpadł Harry.
- Nie musisz się położyć? – zapytał.
- Nie. Czuję się dobrze.
- To może my sobie już pójdziemy - powiedziały dziewczyny i
wyszły.
Zostaliśmy sami.
Harry koniecznie chciał, abym się położyła, więc dla
świętego spokoju położyłam się.
- To nie będziemy mogli uprawiać seksu już? - zapytał Harry.
Zaczęłam się śmiać.
- Dostałam książkę, ale jest ona po polsku.
- Pokaż.
Sięgnęłam do torby i podałam książkę Harry'emu. Zaczął ją
przeglądać.
- Wygląda ciekawie - powiedział- Ale nic z niej nie
rozumiem! Będziesz mi musiała przetłumaczyć…
Wybuchłam śmiechem. Wstałam, a Harry podbiegł do mnie i
zrobił ruch, jakby chciał mnie podtrzymać. Wyrwałam się i powiedziałam:
- Harry! To nie jest choroba. Już ci mówiłam. Zrozum. To
jest tylko ciąża…
- Ale kobietę w ciąży należy traktować tak, jakby była
chora.
- Kto ci tak powiedział? - zdziwiłam się.
- No, obserwowałem, jak inni się zachowują.
- Trzeba ci będzie kupić książkę - powiedziałam zrezygnowana
- dowiem się, czy nie mają takiej książki po angielsku. Jest całkiem nieźle
napisana.
- Ale jak wy we dwie zostaniecie tam same? Nie wyobrażam
sobie tego - powiedział Harry.
- Normalnie. Damy sobie radę. Zaufaj mi - powiedziałam do Harry'ego.
- Będę się strasznie denerwował.
- Nie masz się co denerwować, tylko ciesz się, że zostaniesz
tatusiem.
- Bardzo się cieszę - powiedział - nie masz nawet pojęcia
jak bardzo! Zrobiłaś mi niesamowitą
niespodziankę!
- Ty mnie też- zaczęłam się śmiać.
- Jak to?
- No przecież sama w ciążę nie zaszłam…
- No, tak…
- Co dalej będzie? - zapytałam Harry'ego.
- Będziemy się musieli ustatkować.
Wyobraziłam sobie ustatkowanego Harry'ego i wybuchłam znowu
śmiechem.
- Z czego się śmiejesz?
- Z ciebie.
- Dlaczego?
- Bo jakoś nie mogę sobie wyobrazić ciebie ustatkowanego…
- No, wiesz co? - Harry się obraził.
- Oh no przestań. Żartowałam.
Trochę się rozchmurzył.
- Ale mówiłem poważnie.
- Jeszcze mamy trochę czasu do ustatkowania - powiedziałam.
Harry był bardzo poważny.
- No, nie bądź taki poważny, bo aż mi się niedobrze robi.
Nie za takiego Harry'ego wyszłam za mąż. Proszę jak najdłużej nie statkuj się! –
powiedziałam - najlepiej wcale.
- No, ale ja zostanę tatusiem!
- No i co z tego? - powiedziałam.
- Nie cieszysz się? - zapytał.
- Cieszę się. Nie wiesz nawet jak bardzo! Tylko przeżyłam
szok, że tak szybko załatwimy sprawę…
- Nie masz pojęcia jak cię bardzo kocham - powiedział Harry.
- No i będziemy się licytować? – zapytałam - Kto kogo bardziej
kocha? Głuptasie, pocałuj mnie teraz i przestań być taki poważny!
Harry bardzo
delikatnie mnie pocałował.
- Nie, no konieczna jest ta książka dla ciebie, albo
pogadanka z Michałem, albo zaprowadzę cię do ginekologa. Co wybierasz?
- I co będzie mnie badał? Chyba wybiorę pogadankę z
Michałem.
- Ale książkę na wszelki wypadek też kupię.
- Byleby była po angielsku, bo z tej polskiej i tak nic nie
zrozumiem…
Zaczęłam się śmiać.
- Jakoś mi tak niezręcznie z
Michałem rozmawiać…
- Ale on jest lekarzem i jak widzisz, postawił diagnozę od
razu…
Harry się roześmiał.
- Piękne masz te
dołeczki - powiedziałam - Mam nadzieję, że nasze dziecko odziedziczy je po
tobie.
- Tylko to?
- Nie, no coś ty! Nie tylko. Mam wszystko wymieniać, co ma
odziedziczyć po tobie?
Harry zaczął się śmiać.
- Może i by było miło…
Wtuliłam się w niego.
- Chyba za dużo by było tego wymieniania.
- Najważniejsze, żeby było zdrowe - powiedział Harry.
- To na pewno.
- Będę za tobą bardzo tęsknić - powiedział.
- Nie tylko za mną - powiedziałam.
- Tak. Za wami - poprawił się Hazzie.



* Okey, a teraz mi powiedzcie, czy się tego spodziewałyście? :D I jak wrażenia? Chciałam Wam podziękować, że komentujecie i wgl. udzielacie się na blogu :D jestem Wam dozgonnie wdzięczna :D
~Meg
Subskrybuj:
Posty (Atom)