środa, 24 lipca 2013

Rozdział 83 ( Dla naszych idoli :))

     Siedziałam przed komputerem i przeglądałam meble ogrodowe. Nic mi nie wpadło w oko. Marzył mi się hamak, ale nie było na czym go zawiesić. Przed oknami mieliśmy tylko trawnik i mur…  Harry siedział zamknięty w studiu. Nagrywał jakąś piosenkę, a Darcy była u Nialla. Wrzuciłam w wyszukiwarkę „Architekci ogrodu”. Wyskoczyło mi masę różnych reklam. Na końcu dopisałam więc: „W Chicago”. Reklam zrobiło się troszkę mniej.  Pokazało się około pięćdziesięciu reklam. Postanowiłam, że muszę jednak pogadać z Harrym na ten temat. Poszłam do niego do studia.             O dziwo drzwi były uchylone.
 -  Harry, siedzę i szukam jakiejś firmy, która by nam zagospodarowała ogród -  powiedziałam, gdy wracał z łazienki.
 -  A co? Nic nie znalazłaś? -  Zapytał.
 -  Nic ciekawego nie ma. Jestem zniechęcona. Poza tym myślałam o jakimś hamaku, o jakiś fajnych meblach, ale tutaj, nic mi się nie podoba.
 -  To trzeba wyszukać jakiegoś architekta.
- Ale w Chicago jest ponad pięćdziesięciu. Nie znamy ich, nie wiemy jacy są. Wyrzucić pieniądze i być niezadowolonym… Wiem. Zadzwonię do Dużego Bo. Może on nam kogoś poleci… Długo jeszcze będziesz siedział?
 -  Już kończę. Zaraz przyjdę.
 -  Napijemy się czegoś?
 -  A co masz na myśli? -  Zapytał na moje pytanie.
 -  Nie wiem. Herbaty, kawy.
 -  A… Myślałem, że coś mocniejszego.
 -  Przecież wiesz, że nie mogę.
 -  Dobrze. To już nie będę pił.         
-  Ale przecież możesz. Jak chcesz, ja ci przecież nie zakazuję.
-  Ale będzie ci przykro. 
 -  To ja sobie postawię wodę w szklance. Mogę ją zabarwić nawet herbatą.
 -  Nie musisz się, aż tak zamartwiać -  powiedział Harry.
 -  Jutro, pamiętasz, że idziemy do doktora Jana.
 -  Pamiętam, pamiętam. Już zaraz zejdę.
 -  Dobrze. Zrobić ci herbaty? Kawy?
 -  Kawy.
Zeszłam na dół i nastawiłam wodę w czajniku. Przygotowałam kawę, sobie herbatkę i czekałam aż zagotuje się woda. Gdy woda się zagotowała, zalałam napoje i zaniosłam je do salonu. Prezenty ślubne dotarły jeszcze przed naszym przylotem. Zostały postawione na środku holu i jak przyjechaliśmy, musieliśmy czym prędzej je rozpakować, żeby się o nie, nie potykać. Wszystkie prezenty były wspaniałe. Wreszcie byłam szczęśliwa, że mam już w czym gotować i na czym podawać. Mam obrusy, serwetki, szklanki, filiżanki, łyżeczki, widelczyki, wszystko. Spakowaliśmy pożyczone rzeczy od Kazika i Harry oddał je.
Gdy przylecieliśmy, okazało się, że wszyscy już zamieszkali na Wiśniowej, co było super niespodzianką.  Wróciliśmy dwa dni temu i dzisiaj byliśmy zaproszeni na drugą parapetówę. Tym razem do Danielle i do Liama. Z zamyślenia wyrwał mnie Harry, który podszedł do mnie tak cicho, że gdy mnie dotknął, poskoczyłam, jakbym zobaczyła zjawę.
- Coś się tak wystraszyła? -  Zapytał zaciekawiony.
- Żeś mnie zaskoczył -  odpowiedziałam -  myślałam o parapetówach. Myślisz, że prezent dla Danielle i Li będzie im się podobał?
 -  Na pewno będą zachwyceni -  odpowiedział siadając wygodnie w fotelu naprzeciwko mnie.
 -  Miejmy nadzieję -  powiedziałam -  ja bym była. Jak tam twoja nowa piosenka -  zapytałam.
 -  Mnie się podoba -  powiedział.
 -  To świetnie, że ci się podoba. A zaśpiewasz mi ją?
 -  Musimy pójść na górę -  w tym momencie zadzwonił  dzwonek do drzwi.
Gdy otworzyłam zobaczyłam Nialla.
 -  Cześć Niall, a gdzie Darcy? -  Zapytałam.
 -  Poszła do Danielle.
 -  Daj spokój. Przecież ona tylko będzie jej przeszkadzać.
 -  Sama Danielle zaproponowała, żeby do niej Darcy wpadła.
 -  Aha, no dobrze. Napijesz się czegoś?
 -  Chętnie. Kawę w takim razie poproszę.
Gorącą wodę miałam w czajniku, więc szybko zaparzyłam kawę i zaniosłam do salonu. Niall rozsiadł się już w fotelu i z Harrym dyskutowali.
 -  Słyszałem, że chcesz wynająć architekta do ogrodu -  powiedział.
 -  Chciałabym, bo już nie mam siły latać po tych wszystkich centrach handlowych… Po za tym nic mi się nie podoba.
 -  Tobie się nic nie podoba?! -  Zdziwił się Niall.
 -  No widzisz. Nie podoba mi się i koniec -  powiedziałam popijając herbatę -  rozumiem, że architekt przedstawi mi swoje projekty, które będę mogła zaakceptować, albo i nie. Nie znasz jakiegoś dobrego?
 -  A skąd ja mam znać? Może Simon zna.
 -  Dobrze. Gadajcie sobie, a ja spróbuję zadzwonić do Dużego Bo -  wstałam i przeszłam do kuchni. Usiadłam sobie na krzesełku i wybrałam numer naszego ochroniarza.
 -  Cześć Duży Bo. Tu Megan. Czy nie znasz jakiegoś architekta od ogrodów?
 -  Zorientuję się. Znam jednego, ale on jest strasznie humorzasty. Pogadam z Grubym Gregiem.  Zadzwonię do ciebie, jak się dowiem.
 -  Okej.
Za chwilę zadzwonił mój telefon. Odebrałam.
 -   Cześć słodka! -  Powiedział jakiś głos po drugiej stronie.
 -  Przepraszam, z kim rozmawiam? -  Zapytałam.
 -  A kto ci robił remont?
 -  Greg? -  Zdziwiłam się.
 -  Słyszałem, że szukasz architekta ogrodów.
 -  Już nie mam siły. Urządziłam całą chałupę, ale już nie mam siły na ogród.
 -  Mam jednego fachowca. Jak chcesz, to cię z nim umówię.
 -  Super -  odpowiedziałam.
 -  To co? Jutro może być?
 -  Chyba, że po południu, bo jutro idę do lekarza.
 -  Na którą was umawiać?
 -  Może tak na szesnastą.
Do Gabrieli i Jay’ a byliśmy zaproszeni na dziewiętnastą. Doszłam do wniosku, że na pewno wystarczy tyle czasu na omówienie spraw dotyczących ogrodu. Chłopaki sobie rozmawiali w najlepsze, więc postanowiłam wpaść do Gabi.  Zadzwoniłam dzwonkiem. Chwilę poczekałam i otworzyła mi Gabriela.
 -  Witaj, nie przeszkadzam?
 -  Nie, jestem sama.
 -  A Dominika? -  Zaniepokoiłam się.       
 -  Dominika, wyszła gdzieś z Zayn’ em. Wejdziesz do środka?
 -  No po to przyszłam! -  Uśmiechnęłam się do niej  -  po pierwsze przyszłam się zapytać, co potrzebujecie do domu.
 -  No, my nic prawie nie mamy. Wy to jesteście już po ślubach…
 -  Powiedz, co potrzebujesz -  nalegałam -  masz robot?
 -  Nie mam.
- Co poza tym potrzebujesz?
- Co ty na przeszpiegi przyszłaś? -  Zapytała żartobliwie.
 -  No, coś w tym rodzaju, a co chcesz pięć robotów kuchennych dostać?
 -  No, lepiej nie -  zaczęła się śmiać.
 -  No, właśnie. To gadaj co chcesz, bo zostałam wydelegowana przez wszystkie twoje sąsiadki, prócz jednej. No i przez sąsiadów.
-  Ale nie wydawajcie pieniędzy. Dajcie spokój. Przyjdźcie sami.
 -  To dostaniesz pięć robotów.
 -  No dobrze. Niech ci będzie. Jakieś garnki, patelnie, serwis, szkło, obrusy, szmatki do kuchni, ręczniki.
 -  Widzę, że rzeczywiście jesteście biedni…
 -  No nie kupowałam, bo później byłoby tak, jak z wami.
 -  No i dzięki Bogu już wiemy, co wam kupić. Najwyżej, jak czegoś nie dostaniecie to sobie po prostu
dokupicie.  Mam takie pytanie. Czy ty masz jakąś wizję na ogród?
 -  Nie, a co?
 -  Strasznie tu pusto przed naszymi oknami, nie uważasz?
 -  No, właśnie. Też o tym myślałam.
 -  Zdecydowałam, że zatrudnię architekta ogrodu.
 -  Epicki pomysł! Może zaprojektuje też dla nas. Już wiem! Zrobię Jay’ owi niespodziankę z tym
ogrodem.
 -  Okej. To wpadnij do nas jutro o szesnastej. Będzie wtedy pan architekt.
 -  Powiedz Harry’ emu, żeby milczał na temat architekta, bo Jay się zapali i będzie chciał też wziąć.  Za tydzień wyjeżdża w miesięczną trasę koncertową po Stanach, a w tym czasie będziemy mogły to załatwić.
 -  Muszę jeszcze pogadać z Danielle. Chciałam to zrobić na spotkaniu, ale widzę, że nie będę mogła poruszyć tego tematu ze względu na Jay’ a.
 -  Będę wdzięczna -  powiedziała Gabriela.
 -  Dobra. Lecę do Nialla. Muszę mu wszystko powiedzieć. Do zobaczenia wieczorem!
Szybkim krokiem poszłam do Danielle zahaczając o dom i tłumacząc chłopakom, że nie wolno im pisnąć słówka na temat ogrodu Jay’ owi.
- Ale ja też będę chciał…. -  Powiedział smutno Niall.
 -  Dobrze. Załatwię wszystko tak, żeby było okej.
 -  A wiesz, że już mamy wyznaczoną datę ślubu?
 -  NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE?! CCO?! 
 -  No  -  powiedział dumnie.                                    Musiałam aż usiąść z wrażenia, bo myślałam, że upadnę.
 -  Kiedy?!
 -  Na święta. Ale mam nadzieję, że nikomu nic powiesz.
 -  No wiesz, co! -  Prawie się obraziłam -  gdzie?
 -  Ewelina przyjedzie za miesiąc i wtedy będziemy oficjalnie wszystkich zapraszać.
 -  A sama przyjedzie?
 -  Nie, z Kasią.
 - EEEEEEEEEE....-  zapanowało ciche pomrukiwanie w naszym salonie.
Wycałowałam Nialla, gratulując mu z całego serca.
 -  Dobra. Muszę lecieć do Danielle, aby się dowiedzieć, czy nie będzie chciała skorzystać z architekta -  wyszłam z domu.
Zadzwoniłam do domu obok. Otworzył mi Liam.
 -  Czy mogę wam w czymś pomóc? -  Powiedziałam.
 -  No, chodź, chodź. Danielle z twoją córką robią jakieś cuda.
 -  A gdzie są?
 -  No w kuchni -  odparł Liam.
Poszłam do nich do kuchni i zobaczyłam moją córkę siedzącą przy stole i przybierającą kanapki.
 -  Jak ty pięknie to robisz -  powiedziałam.
 -  A po cio psiśłaś?
 -  Chciałam się dowiedzieć, czy wam w czymś nie pomóc i czy nie przeszkadzasz.
 -  JA?!
 -  Widzę, że sobie świetnie radzisz -  Darcy siedziała prosto i dumnie.
 -  Oj, chyba będzie z ciebie kucharz -  zaczęłam się śmiać.
 -  Mozie -  skomentowała Darcy.
 -  W czymś wam pomóc? -  Zapytałam.
 -  Damy sobie radę -  odpowiedziała Danielle.
 -  Czy jutro masz zajętą godzinę szesnastą? -  Zapytałam.
 -  Nie, a co się stało?
 -  Chciałabym, żebyś wpadła do nas. Później ci powiem.
 -  A cio powieś? -  Zapytała zaciekawiona Darcy.
 -  Mam z ciocią do omówienia pewną rzecz. I tylko z ciocią.
 -  A dlaciego?
 -  Bo to są sprawy dla dorosłych.
 -  Jak będę duzia to teź nie będę tobie nić mówiła -  obraziła się Darcy.
Wyjrzałam przez okno kuchni. U nich był najgorszy widok. Z dwóch stron mur i tylko trawnik…
 -  Zarezerwuj sobie czas na szesnastą -  powiedziałam do Danielle  -  to w czym ci pomóc?
 -  Już kończymy. Już wszystko gotowe -  odpowiedziała Danielle.
 -  No to idziemy w takim razie Darcy do domu -  powiedziałam do małej.
 -  A ja nie mogę ziośtać?
 -  Przyjdziemy później.
Darcy zrezygnowana wstała i poszła za mną.
 -  Dlaciego musiałam pójść?
 -  No, bo ciocia musi się przebrać. Wujek też. Muszą się przygotować, tak, jak ty. Tak na przyjęcie to
 nie można iść w takich ciuchach.
 -  Dobzie -  odpowiedziała zdecydowanym tonem Darcy.
Gdy wróciłyśmy do domu, Nialla już nie było. Darcy pobiegła na górę, a ja za nią. Musiałam sprawdzić, w co chce się ubrać, bo znając ją mogła wyglądać dosyć dziwacznie. Kiedy wpadłam do niej do pokoju, siedziała w garderobie i przeglądała swoją odzież.
 -  Ja nie mam w cio się ublać! -  Podsumowała.
 -  A w co chciałabyś się ubrać? -  Zapytałam powstrzymując się od śmiechu.
 -  W długą siukienkę -  zdecydowała.
Rzeczywiście poprzedniego dnia wszystkie panie były w długich sukniach, oczywiście po za Darcy. Ale przecież ona, to nie pani… Wyciągnęłam z szafy różową sukienkę w białe paski, którą dostała od Lou i zaproponowałam:
 -  Może ta?
- Ale w tej byłam psiecieś na Wigilię -  odparła rezolutnie.
 -  Myślę, że nic się nie stanie, jak pójdziesz w tej sukience -  odpowiedziałam także rezolutnie.
 -  Nie mogę być w takiej siamej siukieńce.
 -  Możesz. Jeszcze nie jesteś gwiazdą.  Teraz idź się umyć. Potem cię ubiorę i uczeszę -  powiedziałam i wyszłam z pokoju.
Poszłam do nas. Harry okupywał łazienkę, więc zajrzałam do garderoby. Postanowiłam ubrać się w sukienkę, którą przywiozłam z Warszawy, w której jeszcze nikt mnie nie widział. Była koktajlowa koloru fioletowego bzu. Do tego swoje ulubione czarne sandałki i czarną kopertówkę. Zajrzałam do łazienki. Harry właśnie się golił.
 -  Czy mogę skorzystać z prysznica? -  Zapytałam.
 -  Czekałem na ciebie bardzo długo, więc postanowiłem, że wezmę sam prysznic i tak zrobiłem.
 -  No cóż… -  westchnęłam zalotnie i wlazłam pod prysznic.
Wzięłam szybki prysznic i gdy spod niego wychodziłam, zobaczyłam, że Harry mi się przygląda.
 -  Czemu mi się przyglądasz?
 -  Tak lubię na ciebie patrzeć.                 
 -  Spadaj -  odpowiedziałam zawijając się w ręcznik.
Harry się uśmiechnął i wyszedł. Wysuszyłam włosy, narzuciłam na siebie szlafrok, wyszłam z łazienki  
i poszłam do Darcy. Darcy stała na środku pokoju z sukienką założoną na głowie. Zaplątała się.
 -  Poczekaj, nie rzucaj się, przecież mówiłam  ci, że przyjdę ci pomogę.
 -  Ja siama! -  Warknęła.
Podeszłam do niej i wyplątałam ją z sukienki.
 -  Podnieś rączki i zaraz założymy sukienkę -  powiedziałam.
Darcy posłusznie wyciągnęła ręce do góry i za chwilę była już ubrana.
 -  Teraz załóż buciki.
 -  A jakie? -  Zapytała.
 -  Myślę, że sandałki będą odpowiednie.
Darcy wyciągnęła najgorsze sandały,  jakie mogła. Były to jej ulubione sandały, ale były tak zdarte i zniszczone, że nadawały się po prostu do wyrzucenia. Parę razy próbowałam to zrobić, ale niestety nie udawało mi się…
 -  Darcy. W tych sandałkach nie możesz iść. Zobacz, jakie one są zniszczone.
 -  Mamusiu, ale ja je kocham!
 -  Trudno. Będziesz musiała przeżyć bez nich. Może uda się kupić podobne -  powiedziałam.
- Ale ja cię te.
 -  Nie cię, tylko chcę. Po drugie w tych sandałach nie możesz iść -  odpowiedziałam stanowczo.
Wyciągnęłam jej różowe sandałki i postawiłam przed nią.
 -  Załóż -  powiedziałam.
 -  Nie. Ja w tych nie pójdę.
 -  To nie pójdziesz w ogóle -  powiedziałam zdecydowanym głosem. Darcy zaczęła płakać.
 -  Nie płacz. Już ci powiedziałam. Albo te, albo nie idziesz. Jak się zdecydujesz, to przyjdziesz do mnie i cię uczeszę -  powiedziałam wychodząc. Wróciłam do pokoju i usiadłam przed toaletką.
 -  Czemu jesteś taka zła? -  Zapytał Harry.
 -  Darcy znowu zaczyna gwiazdorzyć.
 -  Jak to?
 -  Właśnie przed chwilą powiedziała mi, że musi mieć długą suknię.
Harry dostał ataku śmiechu.
 -  To cwaniara -  wydusił z siebie.
 -  A o sandałach już nie wspomnę.
- Co z sandałami?
Opowiedziałam mu naszą rozmowę. Był bardzo ubawiony.
 -  To ci mała gwiazdka -  zaczął się śmiać.
Zaczęłam się malować. Harry już był gotowy. Oczywiście w marynarce i trampkach.
 -  Czy mogę cię poprosić, abyś poszedł do Darcy zobaczyć, co z nią? Przemów jej do rozumu jako tatuś.
Harry wyszedł. Skończyłam się malować, przeczesałam włosy, poperfumowałam i ubrałam. Byłam już gotowa, a on nie wracał. Przygotowałam sobie kopertówkę, a Harry jakoś dziwnie nie wracał. Rzuciłam ostatni raz okiem w lustro. Z efektu byłam bardzo zadowolona. Miałam właśnie iść do pokoju obok, gdy przyszedł Harry.
 -  Zacięła się na mur beton.
 -  Jak to?!
- Że nie pójdzie, bo w tych sandałach nie chce iść.
 -  Rozmawiałeś z nią? -  Zapytałam.
 -  Nic nie pomaga.
Zdenerwowałam się.
 -  Zaraz pójdę i zrobię z nią porządek!       
 -  Uspokój się. Dałem jej jeszcze pięć minut na zastanowienie się.
Wyciągnęłam prezent dla Danielle i Liama. Zeszłam na dół i postawiłam razem z torebką przy wyjściu. Usiadłam w fotelu ze szklanką wody i zaczęłam liczyć do stu, aby się uspokoić.  Po dziesięciu minutach powędrowałam na górę do pokoju Darcy.
 -  Czy ja mam ci wkropić?! -  Huknęłam -  zakładaj te sandały i idziemy!
 -  Nie pójdę! -  Zaczęła wrzeszczeć.
To przelało czarę goryczy… Dopadłam do niej i strzeliłam ją w tyłek.
 -  Uspokój się -  powiedział Harry.
 -  To ty zostajesz, tak? -  Powiedziałam do niego.
Hazzie miał głupią minę.
 -  To w takim razie życzę wam udanego wieczoru -  wyszłam trzaskając, jak nigdy drzwiami.
Zeszłam na dół, złapałam prezenty i wyszłam z domu. Popatrzyłam na zegarek. Było za piętnaście
czwarta. Za wcześnie…
Wróciłam się więc z powrotem. Weszłam do salonu i usiadłam w fotelu. Wstałam i poszłam jeszcze
po wodę. Byłam wściekła i kręciłam się jak wesz. Ta mała modelka chciała nam popsuć wieczór.
 Humor to już mi popsuła. Gdybym była na górze, to bym ją sprała na kwaśne jabłko. Wypiłam wodę  
 i stwierdziłam, że muszę iść do toalety. Gdy wyszłam z toalety, Harry stał na dole z Darcy, która była
 ubrana w różowe sandałki. Zignorowałam ją. Wzięłam szklankę ze stolika i zaniosłam do kuchni.
 Wsadziłam do zmywarki. Kiedy wyszłam z kuchni, Darcy stała naprzeciwko wyjścia i powiedziała:
 -  Psieplasiam.
Zignorowałam ją znów i rzuciłam:
 -  Idziemy.
 -  Mamusiu, psieplaszam.
 -  Nie mamy czasu teraz na rozmowę, bo nie wolno się spóźniać. Porozmawiamy po powrocie -  
Powiedziałam sucho -  masz się grzecznie zachowywać, bo więcej nigdzie z nami nie pójdziesz.
Była minuta po czwartej, gdy zadzwoniliśmy do drzwi Dan i Li. Za nami już stali Jay i Gabriela oraz Lou
 i Ellie z bliźniakami. Drzwi otworzył Liam, za którym stała Danielle. Wyglądali bardzo elegancko.
 -  Wchodźcie, wchodźcie -  zaprosili nas.
 -  O i jest moja pomocnica -  powiedziała Dan do Darcy, która nic nie odpowiedziała.
Liam miał zamykać drzwi, gdy usłyszeliśmy od furtki:
 -  Jeszcze ja!
Za chwile w holu pojawił się Niall. Przywitaliśmy się, jakbyśmy się nie widzieli całe wieki. Wręczyliśmy
 prezenty i Danielle zaprosiła nas do salonu, gdzie zaczęła rozpakowywać prezenty.
 -  Super! Zobacz, co dostaliśmy! -  Zaczęła pokazywać je Liam’ owi.
Po piętnastu minutach zadzwonił dzwonek drzwi. Liam poszedł otworzyć i po chwili wrócił z
 Simonem.
 -  A gdzie Dominika? -  Zapytałam po polsku.
 -  Dzwoniła, że się spóźni, bo Zayn gdzieś ją wyciągnął i stoją w korku -  odpowiedziała po angielsku
Gabriela.
 -  UUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU -  przeszedł po salonie głośny pomruk.
 -  Czego się napijecie? -  Zapytał Liam.        
 -  Ja bym się napiła whiskey, ale nie mogę, więc proszę jakiś soczek -  powiedziałam.
Dostałam soczek pomarańczowy, który był znakomity. Wznieśliśmy toast za to, żeby im się dobrze
mieszkało, za to, żeby mieli dobrych sąsiadów i żeby dobrze im się żyło. Zostałam oprowadzona po
 całym domu, który bardzo mi się podobał.  Liam zajmował się pozostałymi gośćmi, a my z Harrym
 zachwycaliśmy się ich domem.
 -  Zobacz, jakie to jest fajne -  powiedziałam.
 -  Nie „to”, ale kwietnik -  powiedziała Danielle.
 -  Super jest ten kwietnik -  powiedziałam -  bardzo mi się podoba. Też będę musiała pomyśleć
 o czymś podobnym.
 -  Założymy sobie dżunglę? -  Zapytał Harry.
 -  Tak. I będę się tam chować, jak Darcy będzie niegrzeczna.
 -  A co zrobiła? -  Zapytała Dan.
 -  Po pierwsze -  stwierdziła, że nie ma się w co ubrać -  Danielle wybuchła śmiechem -  po drugie -  
gdy już przygotowałam jej sukienkę stwierdziła, że jest nieodpowiednia, bo powinna być długa. Po
trzecie -  założyła swoje ulubione sandały, które miały już być od dawna w śmietniku. Po czwarte -  
zrobiła awanturę, że nie pójdzie w innych sandałach, niż w tych, które założyła. Harry był
negocjatorem, bo ja się wkurzyłam i dałam jej w dupsko. Nie wiem, co było dalej, bo czekałam na
nich na dole. Gdyby nie zeszli o wyznaczonym czasie, przyszłabym sama. Mówię ci. Tak gwiazdorzy,
 że obłędu można dostać.
 -  No właśnie widzę -  powiedziała Danielle ocierając z policzków łzy ze śmiechu.
Gdy dotarliśmy do salonu, Darcy siedziała cichutko obok Nialla i nic się nie odzywała.  Udawałam, że
jej nie widzę. Zaczęłam żartować i dobrze się bawić. Przyjęcie było znakomite. Czterdzieści minut
 spóźnienia mieli Dominika z Zayn’ em i gdy przyszli wszyscy byli już w świetnych humorach. Dominika
 była zła, a Zayn zdesperowany. Przepraszał za ich spóźnienie.
 -  Cholery można dostać z tymi chłopami! -  Powiedziała Dominika, a Gabi parsknęła śmiechem -  
Wywiózł mnie na drugi koniec miasta, tylko po to, by kupić prezent dla dzisiejszych gospodarzy. Jakby
w okolicy nie było tutaj sklepów z takimi samymi produktami! -  Wściekała się.
 -  Napij się, to ci przejdzie -  powiedziałam spokojnie.
 -  Nie wiem, czy mi przejdzie! Czterdzieści minut spóźnienia! To jest niewybaczalne! Co wszyscy sobie
 o mnie pomyślą?! -  Mówiła groźnym tonem.
 -  Przecież to nie twoja wina -  rzuciłam.
 -   Głupi Zayn! To wszystko jego wina! Palant!
 -  O co chodzi? -  Zapytał zaciekawiony Zayn.          -  Czy możecie przejść na angielski? Nie znamy jeszcze na tyle polskiego, żeby coś rozumieć -
 Powiedział Harry.
 -  Może i lepiej -  skomentowała Gabi.
Dominika wypiła całego drinka, którego przed chwilą dał jej Liam.
 -  Może ci jeszcze dolać? -  Zaproponował Li.
 -  Chętnie -  rzuciła wymuszając uśmiech.
Po dwóch drinkach, zaczął jej się poprawiać humor. Alkohol lał się po kieliszkach. Soczki również.
Dzieci poszły na trawnik przed dom, a reszta została w salonie. Było bardzo sympatycznie. Ponieważ
 impreza była z dziećmi i skończyła się o ósmej. Pod koniec imprezy Dominika była tak wstawiona, że
 zaczęła śpiewać na cały głos po polsku:
 Gdzie ci mężczyźni? Prawdziwi tacy! Orły, sokoły, herosy. Gdzie ci mężczyźni na miarę czasu, gdzie te
chłopy, gdzie?
Z Gabrielą o mało nie zeszłyśmy z tego świata ze śmiechu. Pijany Zayn chciał zabrać Dominikę do
 siebie, ale Gabriela na to nie pozwoliła. Razem z Jay’ em zabrali ją do siebie. Towarzystwo zaczęło się
 powoli rozchodzić.
 Na następny dzień w naszym salonie za pięć szesnasta siedzieli wszyscy po za Jay’ em i Dominiką,
która leczyła kaca. Za chwilę miał się zjawić architekt.
- Co zrobiłaś z Jay’ em? -  Zapytałam Gabi.
 -  Pojechał na próbę. Powiedział, że przed dziewiętnastą będzie -  odpowiedziała.
 -   Możemy przełożyć na dwudziestą, jak chcesz -  powiedziała Ellie.
 -  Nie, zostańmy już przy tej godzinie, która jest -  zdecydowała Gabriela.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Za nimi stał bardzo przystojny mężczyzna podobny do  Pierce’a
Brosnana. Był ubrany w jasny garnitur sportowy.
 -  Dzień dobry. Jestem John Spencer. Zostałem tu przysłany przez Grubego Grega. Podobno
 poszukujecie państwo architekta ogrodów.
 -  No… Nie tylko nam jest potrzebny. Jak pan widzi jest to osiedle domków jednorodzinnych i wszyscy
jesteśmy zainteresowani stworzeniem jednego wielkiego ogrodu -  powiedziałam i uśmiechnęłam się
 bardzo uroczo. W tym momencie poczułam, że ktoś za mną stoi. Odwróciłam się i zobaczyłam
Harry’ ego  -  a to mój mąż. Harry, to pan John Spencer. Zapraszam. Proszę do salonu – i
 uśmiechnęłam się równie ślicznie, co zauważył Harry. Weszłam do salonu, a panowie weszli za mną.
 -  Jak pan widzi, jest nas trochę. Wszyscy jesteśmy zainteresowani, tak jak mówiłam,
zagospodarowaniem naszych ogrodów.
W oczach wszystkich dziewczyn zobaczyłam podziw i zachwyt.  Zaproponowałam coś do picia i z zamówieniami poszłam do kuchni. Wstawiłam wodę, wyciągnęłam z lodówki piwo dla Nialla, Zayna. Lou razem z Li zażyczyli sobie whiskey. Byłam zaskoczona.
 -  A może pan się napije jakiegoś alkoholu? -  Zapytałam.
 -  Nie, dziękuje. Jestem samochodem. Panowie chyba tworzycie zespół -  zaczął się zastanawiać.
 -  Tak. Tworzą zespół -  powiedziałyśmy we trzy. Ja, Ellie i Danielle. Zobaczyłam morderczy wzrok Harry’ ego, ale się tym nie przejęłam.
Poszłam do kuchni zaparzyć dalszą kawę i herbatę. Gdy weszłam do salonu panie obsiadły Johna, a panowie wściekli popijali alkohole nic się nie odzywając. Louis próbował żartować, ale nikt z chłopaków nie podjął pałeczki rzuconej przez niego.
 -  A coś może pan nam o sobie opowie -  powiedział Harry -  bo już pan wie, kim my jesteśmy, a my wiemy tylko tyle, że jest pan architektem.
 -  A to nie wystarczy? -  Zapytał John.
 -  Nam wystarczy -  powiedziałyśmy chórkiem.
John się roześmiał. Lou próbował też rozkręcić atmosferę, ale na nic.
 -  Może przejdźmy do naszego ogrodu. To znaczy obecnie trawnika, żeby pan zobaczył, o co nam chodzi -  zaproponowałam.
Wszystkie dziewczyny się poderwały. Chłopcy zerwali się i poszli za nami. My szłyśmy przodem, a oni za nami.
 -  Jak pan widzi, mamy dookoła mur i tylko trawniki. Przydałoby się jakoś zagospodarować to miejsce, tym bardziej, że są tu małe dzieci oraz następne w drodze -  powiedziałam.
 -  A w jakim wieku są dzieci? -  Zapytał John.
 -  Jest trójka urwisów. W tym dwóch chłopców i jedna dziewczynka -  odpowiedział Louis.
 -  Chcielibyśmy mieć jakieś miejsce na grilla, może jakiś basen zewnętrzny, kort tenisowy  -  rzucił Liam.
 -  Chcielibyśmy mieć także trochę drzew -  rzucił Zayn.
 -  Żonie się marzy hamak, ale nie ma go na czym zawiesić -  powiedział Harry.
Harry objął mnie mocno i przytulił.
 -  Prawda kochanie?       
 -  Prawda -  powiedziałam.
Gdy się rozejrzałam, wszyscy panowie obściskiwali swoje żony zaznaczając, która jest jego. Tylko Gabi stała sama. Zayn z Niallem stali z drugiej strony.
 -  A mogę zobaczyć z drugiej strony, jak to wygląda? -  Zapytał John.
 -  Oczywiście. Może pan obejrzeć całe nasze osiedle -  rzucił Simon.
Postanowiłam, że pójdę do domu i nie będę już obchodziła całej działki ze wszystkimi. Harry chciał mnie pociągnąć ze sobą, ale powiedziałam:
 -  Harry, zostaw. Muszę iść do domu i usiąść.
 -  A co się stało? -  Trochę się  zdenerwował.
 -  Kręci mi się w głowie -  odparłam.
 -  Mam cię zaprowadzić? -  Zapytał.
 -  Jak chcesz, to idź ze wszystkimi. Ja dojdę do domu -  powiedziałam przekonująco.
Towarzystwo przeszło dalej, a Danielle podeszła do mnie i powiedziała:
 -  Chodź. Idziemy razem.
Weszłyśmy do domu, usiadłyśmy sobie na fotelach, a Dan powiedziała:
- Ale przystojniak z niego, co?
 -  No, a panowie, jacy słodcy się zrobili, zauważyłaś?
 -  No -  zaczęła się śmiać.
 -  Oby był tak dobry, jak przystojny -  powiedziałam.
Dani przytaknęła.
 -  Chociaż Gruby Greg nie poleciłby mi kogoś złego -  rzuciłam.
 -  Dobrze. Niech obejdą, zobaczą co i jak, a potem wrócą -  powiedziała Danielle -  my nie musimy łamać obcasów na trawnikach.
 -  Powiedz. Jak się czujesz? -  Zapytałam Danielle.
 -  Jutro mam wizytę u doktora.
 -  Tak? A ja byłam dzisiaj rano.
 -  I co?
 -  Wszystko w porządku. Dziecko rozwija się prawidłowo i raczej nie powinno być już żadnych „przygód” -  odpowiedziałam.
Do salonu wpadł Harry.
 -  Dobrze się czujesz? Na pewno? -  Zapytał.
 -  Dobrze, a co ci się stało? -  Zapytałam, na jego pytanie.
 -  Byłaś taka blada, że myślałem, że zemdlejesz.
 -  Trochę mi się w głowie zakręciło.
 -  To może pójdziesz się położyć?             
 -  No nie mogę. Mamy przecież pana architekta, którego ściągnęłam.
 -  To ja cię będę reprezentował.
 -  Chcesz mi teraz popsuć najlepszą zabawę? -  Zapytałam.
 -  Nie rozumiem -  rzucił.
 -  Ach. Chłopcy niczego nie zrozumieją -  westchnęła ciężko Danielle.
 -  Jak to nie zrozumiemy? O czym ty mówisz?           -  No właśnie o tym -  odparła.
 -  To uświadom mnie.
 -  Chodzi o to, że mamy jakieś wizje, co do ogrodu, a ty chcesz położyć Meg i popsuć jej najlepszą zabawę w urządzaniu go. Ja wiem, że on przyniesie plany i wszystko przedstawi, ale możemy mu zasugerować niektóre rzeczy -  rzekła Dani.
Pod naszymi drzwiami zrobiło się jakoś głośno.
 -  O, chyba towarzystwo wraca -  powiedziałam.
 - Już wszystko widziałem i wszystko wiem -  usłyszeliśmy za drzwiami -  mam pewną wizję, którą
zaprojektuję i przedstawię państwu do zatwierdzenia. Jest tu wiele, do popisu. Dla pani ma być
 hamak? Dobrze pamiętam?
 -  No chociaż miejsce, gdzie ten hamak będzie można zawiesić -  odpowiedziałam.
 -  Czy w przyszłym tygodniu możemy się jakoś umówić? Przywiozę plany i zaprezentuję.
 -  Za tydzień w środę -  rzucił Harry.
 -  A to się nawet dobrze składa, bo Jay ma występy w Waszyngtonie -  powiedziała Gabriela.

Pożegnaliśmy się z Johnem i wszyscy pobiegli do swoich domów, przebrać się na parapetówę. Darcy miała nocować z chłopakami u Kazika. Była godzina 17.30, więc postanowiłam się jeszcze położyć. Poszłam na górę i zdjęłam sukienkę i się położyłam.  Po pewnym czasie do pokoju wpadł Harry.



* Witajcie :) Tak, jak obiecałam, wrzucam kolejny dłuższy rozdział :) Cóż mogę powiedzieć... Jak zawsze mam nadzieje, że Wam się podobał :D 
Jakbyście chciały, abym Was informowała o nowych rozdziałach, piszcie do mnie na TT @Chanelle310797 :) Serdecznie zapraszam xx
~Meg

poniedziałek, 22 lipca 2013

Rozdział 82 ( Dla tych, którzy czasami błądzą)

Paksio dostał szału, gdy podeszłam do mamy i zaczęłam się przytulać, mówiąc:
 -  Moja mama, moja mama!                                             
Harry był bardzo zaskoczony.
 -  On tak zawsze? -  Zapytał.
 -  Zawsze. Poza tym, on jest bardzo gościnny i chce się z tobą przywitać.
 -  Nie będzie mnie żaden pies lizał po twarzy. Jakby był kotem, to może.
- Ale Paksio jest wychowany wśród kotów.
 -  Jak to? -  Zdziwił się.
Poprosiłam ciocię, aby opowiedziała historię Paksa, a ja przetłumaczyłam to Hazzie.
Harry zaczął się śmiać.
 -  To nie możliwe!
 -  Jak to nie możliwe? Święta prawda -  obruszyłyśmy się z ciocią.
 -  No dobrze… Niech wam będzie.
Niall i Ewelina gruchali sobie w jednym końcu działki, mama i ciocia zaczęły szykować obiad, Darcy siedziała w baseniku, a Paks ją obskakiwał z wszystkich stron. Mama poprosiła mnie, żebym rozpaliła grilla. Zobaczyłam, że Harry zasnął.
 -  Śpisz? -  Zapytałam. Nie usłyszałam odpowiedzi.
Byłam w okolicach baseniku i nagle poczułam, że jestem mokra.
 -  Ja ci tu dam -  powiedziałam.
Weszłam do basenu i ochlapałam ją całą. Śmiała się w niebogłosy. Zachęceni wrzaskami Darcy do
 basenu przyszli Niall z Ewelą. Nim się zorientowałam, Ewelina była już w basenie.
 -  Niall! Przestań! Co robisz?! -  Wrzasnęła.
 -  A nie dobrze ci? -  Zapytał.
Złapała go za nogę i przewróciła do wody. Wyszłam z wody i poszłam zobaczyć, co z grillem. Grill był
 już gotów, więc pobiegłam do mamy, aby dała to, co miało się na nim smażyć. Piski i wrzaski, jakie
dochodziły z basenu, nie obudziły Harolda. Byłam mocno zszokowana tym faktem.  Wyjęłam Darcy
 z basenu i powiedziałam:
 -  Idź, zobacz, co robi tatuś.
Darcy pobiegła do tatusia i wgramoliła się taka mokra na niego. To go obudziło.
 -  Darcy?! Co ty robisz?! -  Zawołał.
 -  Budzię cię.
 -  Uważaj, bo się spalisz -  powiedziałam, śmiejąc się.     
- Co ty robisz? -  Zapytał.
 -  Grilluję -  odparłam.
 -  Nie pomóc ci?
 -  Jak byś chciał.
 -  Darcy, złaź ze mnie. Muszę iść pomóc mamusi, bo mamusia sobie nie daje rady.
- Co?! JA SOBIE RADY NIE DAJĘ?! -  Złapałam wąż, z którego leciała woda na parasol i polałam Hazzę i Darcy.
 -  Darcy! Uciekaj! -  Krzyknął Harry.
Piski w basenie ucichły. Z drugiej strony działki wyjrzała mama.
- Co tu się dzieje? -  Zapytała zaciekawiona.
 -  Porachunki rodzinne -  wyjaśniłam.
 -  Przecież Darcy dostanie zapalenia płuc!
 -  Nie dostanie -  rzuciłam krótko -  ciebie też mam zlać? -  Zaproponowałam.
 -  Nie, dziękuje. Już mnie nie ma -  odpowiedziała mama i zniknęła za krzakami.
Darcy zwiała do babci, a ja mogłam lać Harry’ ego ile wlezie.
 -  Uspokój się! -  Krzyknął Harry -  Niall, zabierz jej tego węża!
Niall pękał ze śmiechu.                                                   
 -  Ja się w porachunki rodzinne nie mieszam -  powiedział.
Harry’ emu udało się wstać  z leżaka. Zaczął iść w moją stronę, więc zmieniłam rodzaj podlewania na silniejszy.
 -  Tak własnego męża? -  Powiedział.
Nim się zorientowałam, był już przy mnie. Wyrwał mi słuchawkę i za chwilę ja byłam cała mokra.
 -  Uważaj na grilla! Nie lej po grillu! -  Krzyknęłam.
Za plecami Harry’ ego stał Niall z wielkim kubłem wody. Przesunęłam się jak najdalej od grilla i wtedy
 wiadro wylądowało na głowie Hazzy.  Niall zwiał do baseniku, gdzie siedziała Ewelina, dusząc się ze
 śmiechu.
 -  Taki z ciebie przyjaciel? -  Zapytał Harry Nialla.
 -  A co ja zrobiłem?
 -  Jak to co? Zlałeś mnie całego!
 -  To nie ja!
 -  Jak to nie ty! Przecież widziałem!
 -  Niby jak?!
Harry zaczął gonić Nialla dookoła domku. Ja dołączyłam do Eweliny i stamtąd obserwowałyśmy dalsze poczynania chłopaków.
 -  Oni tak zawsze? -  Zapytała Ewela.
 -  Prawie.
 -  Wesoło.
 -  Wesoło, a jak tam z Niallem ci się układa?
 -  Jest super -  skomentowała.
 -  To, co? Niedługo będzie ślub?
 -  Może -  powiedziała tajemniczo.
 -  Koniec z tym sikaniem! -  Zawołała ciocia wychodząca z domku -  zaraz będzie obiad!
Chłopcy wyszli zza domku. Obaj byli cali mokrzy.
 -  Nie zniszczyliście mi moich winogron? -  Zapytała ciocia.
 -  Wszystko w porządku. Troszkę je podlaliśmy -  powiedział Niall.
 -  Niedosłownie -  poprawił go Harry.
Ciocia się zaczęła śmiać, a Niall zrobił się czerwony. Podeszłam do grilla, sprawdzić, czy nie zgasł.
 Zapachniało wspaniale. Przewróciłam jeszcze raz na drugą stronę.
 -  Jak tam? Dobre będzie? -  Zapytała ciocia.
 -  Już powinno być dobre -  odpowiedziałam -  kto mi pomoże? -  Zapytałam.
 -  Jedzonko! -  Krzyknął Niall.
 -  Dawaj talerze -  rzuciłam do Nialla.
Po obiedzie wszyscy byli bardzo senni. Darcy odjechała pierwsza. Posprzątałyśmy z mamą i Eweliną. Gdy skończyłyśmy, położyłam się na leżaku i zaczęłam się opalać. W pewnym momencie Harry do mnie przyszedł i zapytał:
 -  Gdzie tu jest łazienka?
 -  Niestety nie jest to miejsce zbyt wyszukane -  odpowiedziałam -  najlepiej weź więcej papieru i klamerkę na nos.
Harry dziwnie na mnie popatrzył. Wstałam, podałam Hazzie’ e klucz i rolkę papieru toaletowego.
Harry chciał ją zabrać ze sobą.
 -  Po co ci cała rolka?! Weź tyle, ile ci będzie potrzeba.
 -  A ja wiem, ile mi będzie potrzeba?
 -  No tak… Przyjechałeś zupełnie z innego świata -  powiedziałam pod nosem -  Ktoś jeszcze idzie do toalety? -  Zapytałam.
Niall zdecydował się też iść. A jak Niall, to i Ewelina. Poszliśmy wesołą grupką do łazienki.
Po powrocie wszyscy legliśmy na leżakach. Niall wybiegł z domku z olejkiem w garści.
 -  Darmowe smarownie olejkiem -  rzucił -  kto chce?
 -  Ja! -  Krzyknął Harry.
 -  Ciebie nie pytam -  powiedział spoglądając na niego spode łba.
 -  Mnie możesz posmarować -  powiedziałam.
Darcy była przykryta prześcieradłem.
 -  To może ja ciebie posmaruje? -  Usłyszałam z sąsiedniego leżaka.
 -  Po co masz sobie zatłuścić ręce, skoro Niall będzie wszystkich smarował -  rzuciłam.
 -  No nie wszystkich -  poprawił mnie Harry.
 -  No dobrze. Posmaruj mnie -  powiedziałam do Hazzy.
 -  Dasz ten olejek, czy nie?! -  Zawołał do Nialla.
 -  Najpierw ja smaruję -  powiedział stanowczo Niall i zaczął smarować Ewelinę -  Aniu, ciebie też?
 -  Nie, dziękuję.                                       
 -  To teraz ty, Megan.
 -  Megan, to ja posmaruję -  rzucił Harry.
 -  No widzisz, nie da cię wysmarować, taki zazdrośnik -  powiedział Niall -  a taką miałem ochotę -  
Powiedział smutno.
Harry wyrwał mu olejek i zaczął mnie smarować.
 -  A ty mnie wysmarujesz? -  Zapytał.
 -  Niech cię Niall wysmaruje -  odpowiedziałam.
 -  Jak to?! Ty mnie nie wysmarujesz?
 -  Już jestem wysmarowana.
 -  To może ja się położę na tobie i zabiorę ci trochę tego olejku.
 -  Daj spokój! Leżak się zawali -  odpowiedziałam.
 -  To kto mnie wysmaruje? -  Powiedział prawie płacząc, Harry.
 -  Choć do mnie, to cię wysmaruje -  powiedziała  mama.
Harry poszedł ze spuszczoną głową do mamy. Uśmiechnęłam się do Nialla i do Eweli.
 -  Widzisz, jak mnie traktuje twoja córka? -  Powiedział smutnym tonem Harry -  wykorzystuje mnie.
 -  Dobrze, że tylko tak -  odpowiedziała mama.
 -  Zemszczę się -  powiedział.
 -  Nie mścij się. To nic nie da.                   
 -  Przecież wiesz, że żartuję -  powiedział przyciszonym tonem.
Nasmarowany Harry wrócił na leżak, a ja udawałam, że śpię. Hazza położył się na swoim leżaku i po
chwili usłyszałam chrapanie.
 -  Czy on tak na co dzień chrapie? -  Zapytała ciocia.
 -  Tak ciociu. Na co dzień. Właściwie co noc…
 -  Mieszkacie w Stanach. Mógłby sobie zrobić operację.
 -  No nie wiem ciociu, czy by nie stracił głosu -  odpowiedziałam.
 -  No, może i masz rację -  skwitowała ciocia Ewa.
Niedługo po tym, jak Harry zasnął, obudziła się Darcy.
 -  Mamusiu! Siusiu -  powiedziała.
 -  Poczekaj, dam ci nocnik dla niej -  powiedziała ciocia i poszła do domku.
Poszłam za ciocią, zabierając Darcy.
 -  Mamusiu, ci ja mogę tatusia źlać? -  Zapytała Darcy z nocnika.
 -  Jak to chcesz zlać tatusia?!
 -  No, wodą.
 -  Jak bardzo chcesz, to możesz -  powiedziałam.
Darcy zerwała się z nocnika i z majtkami opuszczonymi wybiegła z werandy.
 -  Darcy! Poczekaj! Majtki trzeba podciągnąć! -  Krzyknęłam, ale już jej nie było.
Za chwilę usłyszałam wrzask Harry’ ego.
- Co ty wyprawiasz?! Oddaj to!!!
 -  Nie oddam!
 -  Oddawaj!
 -  Nie!
 -  Zaraz się przewrócisz przez te majtki! -  Zmienił temat Harry.
 -  Nie psiewlócię się!
 -  Nie lej na mnie!
 -  A na kogo mam lać?!
 -  Na wujka Nialla!
 -  No, no, no! Tak wujka będziesz traktować? -  Powiedział Niall.
 -  Nie.
 -  Harry, podpadłeś coś córce -  powiedziała mama.
W tym momencie Darcy się odwróciła, żeby popatrzeć na babę i całą ją zlała. Zamieszanie, jakie
 powstało potem przechodziło ludzkie pojęcie. Wszystko oglądałyśmy przez szyby na werandzie.
Darcy lała po wszystkich, jak popadnie. Kto się nawinął.
 -  Darcy! Oddaj mi tą słuchawkę!
 -  Nie. Mama poźwoliła. Tego było za dużo. Harry nie wytrzymał. Złapał Darcy i wyrwał jej z ręki
 słuchawkę i odwiesił wysoko, żeby nie dosięgła. Wszyscy byli mokrzy jak szczury.
 -  Darcy! Chodź! Zmienię ci majtki, bo się zlałaś -  powiedziałam.
 -  Nie źlałam się! To tylko woda! -  Poinformowała mnie.
 -  No dobrze, ale chodź. Musimy zmienić majty.
Ciocia złapała jakąś szmatę i poszła ratować wszystko, co było na stoliczku.
 -  Nawet się wyspać nie można -  narzekał Harry.
- Ale wam prysznic zrobiła -  powiedziała radośnie ciocia.
 -  Ciociu uważaj, uważaj, bo jeszcze cię zleją -  powiedziałam do niej.
W tym momencie Ewelina złapała wąż i krzyknęła:
 -  I babcia też! -  Zlała ciocię od góry do dołu.
W ten sposób całe towarzystwo zostało poza mną zlane. Przebrałam Darcy i wyszłam suchusieńka z domku.
 -  Kto się czego napije? Zbieram zamówienia -  powiedziałam -  herbata, kawa, piwo, wino?
W tym momencie poczułam, że ktoś mnie od tyłu złapał. Podniósł mnie i poczułam, że mnie niesie w kierunku basenu. Zaczęłam piszczeć, ale nic to nie dało.
 -  Zostaw mnie! -  Krzyczałam.
 -  Kto? -  Usłyszałam głos Nialla.                              -  Ty!    
 -  To nie wypada, żebyś była sucha.
 -  Harry! Ratuj!
Zostałam wrzucona brutalnie do basenu. Okazało się, że przez Nialla i przez Harry’ ego. Zmówili się razem, żeby mnie wrzucić, ale niestety… Już byli wszyscy mokrzy.
 -  Dosyć tego! -  Zaczęła krzyczeć ciocia -  jeszcze dostaniecie zapalenia płuc- Ale nikt cioci nie słyszał, albo nie chciał słyszeć.
Ewelina dała mi znać, że będziemy lać Nialla. Złapała wąż i zaczęła gonić Nialla. Ja złapałam za drugi wąż. Niall pobiegł za domek, więc mnie nie widział. Harry coś zaczął krzyczeć do niego, więc odwróciłam się i go zlałam.  Nie był z tego powodu zadowolony.
 -  Poczekaj, bo jak cię dorwę zaraz -  pogroził mi.
 -   No, co mi zrobisz, jak mnie złapiesz? -  Zapytałam niewinnie.
 -  Zleję cię tak, że twoja mama cię nie pozna! -  Rzucił.
Z drugiej strony wybiegła Ewelina. Harry stał tyłem do niej, więc jej nie widział i koncertowo został zlany z dwóch stron.
 -  Halo! Halo! -  Usłyszeliśmy za siatką- Co tam się dzieje? Czy trzeba coś pomóc?
Dostałam ataku śmiechu.
 -  Uspokójcie się -  powiedziałam po angielsku -  bo pan Kazio dostanie zawału serca.
 -  Jaki pan Kazo?
 -  No Kazik.
 -  KAZYK?! To on tu jest?! Gdzie?!
 -  Nie on.  Inny Kazik.
Ciocia poszła do furtki, a ja wykorzystałam nieuwagę Harry’ ego i go polałam. Harry podbiegł do mnie. Wyrywając mi wąż, zlał przez przypadek ciocię, która narobiła wrzasku.
 -  Dosyć tego! -  Krzyknęła -  proszę odłożyć węże,  każdy teraz na swój fotel i się suszyć! -  Zdecydowała ciocia.
Niechętnie odłożyliśmy polewaczki. W tym momencie zza domku wybiegł Niall z wiadrem wody i chlusnął, gdzie popadnie. Oberwało się wszystkim sprawiedliwie. Nawet Paksio był mokry.
 -  Widzisz Paksiu, jacy wariaci z nich? -  Powiedziałam do niego.
Przyglądał mi się bardzo uważnie przekręcając główkę raz na lewo, raz na prawo.
Usiedliśmy na leżakach. Ciocia wyszła z domku, przynosząc ręczniki.
 -  A teraz się powycierajcie -  powiedziała.
 -  Nie wiedziałem, że ciocia jest taka ostra -  powiedział Harry.
 -  No ktoś musiał zapanować nad wami -  powiedziała ciocia.
 -  Tylko nad nami?
 -  No dobrze. Nad wszystkimi. Po za mamą, która nikogo nie polała, a została mocno zlana.
Wytarliśmy się i zalegliśmy na leżakach.
 -  No trochę ruchu po tym obiedzie się nam przydało -  powiedziałam -  a co pan Kazio chciał?
 -  Myślał, że ktoś na mnie napadł i przyszedł z odsieczą.
Parsknęłam śmiechem.
 -  No to, teraz słuchajcie. Każdy się suszy i ma być spokój -  zarządziła ciocia. Przyniosła jakieś słodkie,
co spowodowało, że Niall od razu usiadł przy mokrym stole, ale nie zwrócił na to uwagi i zupełnie mu
to nie przeszkadzało. Zaczęłam się opalać. Promienie słońca były bardzo przyjemne. Rozgrzewały po
tej zimnej wodzie. Czułam się świetnie.
 -  Ewela, a może ty zdradzisz parę tajemnic mojej żony -  usłyszałam.
 -  A jakie tajemnice cię interesują? -  Zapytała Ewelina.
 -  No nie wiem. Gdybym wiedział, to bym się nie pytał.
 -  Jeszcze mi życie miłe -  powiedziała.
 -  Mamusiu, wieś, ta ciocia Ewelina jeśt fajna -  usłyszałam.
 -  Przecież cały czas ci to mówiłam -  powiedziałam nie otwierając oczu.
 - Co mówiłaś? -  Zapytała Ewela.
 -  Darcy była zazdrosna o Nialla.
 -  Jak to?! -  Zdziwiła się.                                       
 -  Bo Niall jest ukochanym wujkiem Darcy. Jak się dowiedziała, że się żeni, to była strasznie zazdrosna.
- Ale pozwoliś mi od ciasiu do ciasiu z nim pogadać?
Ewelina musiała przyrzec, że pozwoli. Ciocia Ewa widziałam, że się dusi ze śmiechu. Na pogaduszkach
 dzień dobiegł nam do końca. Późnym wieczorem wróciliśmy do domu. Po powrocie byliśmy tak

zmęczeni, że wszyscy rozeszliśmy się po pokojach.


* Dzień Dobry :) Dzisiaj taki krótszy rozdział, ale mam nadzieję, że jak zawsze Wam się podobał :) Bardzo mnie to cieszy, że wciąż czytacie i nie możecie się doczekać dalszych losów naszych bohaterów :) Dziękuje wszystkim za komentarze i mam nadzieję, że będziecie wyrażać swoje opinie w komentarzach :) Bardzo dziękuje :D
                                                                                                                                                  ~Meg

wtorek, 16 lipca 2013

Ważne :))

Hejo Ludki :) Mam do Was sprawę...

Potrzebuję dobrego opowiadania z Niallem w roli głównej najlepiej z dużą ilością rozdziałów :) ... Jeśli prowadzicie takie, bądź czytacie i sądzicie, że jest ono godne polecenia, możecie wrzucić linka w komentarzu :D Byłabym bardzo wdzięczna, ponieważ ostatnio strasznie dużo czytam różnych opowiadań.

Jednak jest haczyk... Darka z Niallem i Hungera już czytam...

Z góry bardzo Wam dziękuje i liczę na Was :)) Cieszę się, że wciąż czytacie opowiadanie i zastanawia mnie jeden fakt... dlaczego ono Wam się nie nudzi... Z chęcią poczytam sobie Wasze wypowiedzi i z góry bardzo dziękuje za linki, to dla mnie naprawdę dużo znaczy :)  Mam nadzieję, że będzie chociaż trochę więcej komentarzy, niż ostatnio...

A... I mam jeszcze pytanko, czy wygląd Wam odpowiada? Czy mam coś zmieniać? :) Piszcie do mnie xx

Cóż... Póki co to chyba na tyle...

W razie czego możecie mnie pytać na twitterze. Oto on: @Chanelle310797


    a teraz znikam :)
          ~Meg

niedziela, 14 lipca 2013

Rozdział 81

Siedzieliśmy w salonie w Warszawie, a Mały Joe był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Niall oczywiście zniknął krótko po przyjeździe i nie było po nim śladu. Mały Joe był przygotowany na przyjazd rodziców i gdy nas zobaczył w drzwiach złapał się za głowę i pobiegł do kuchni.
Darcy biegała po całym domu i nawet nie przeszkadzało jej, że nawet nie zna Małego Joe. Gadała bez końca.
Harry poszedł się położyć, bo stwierdził, że boli go głowa. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie są nasze prezenty ślubne. Nie chciałam w tej chwili przeszkadzać Małemu Joe, więc postanowiłam pójść do graciarni.
Gdy otworzyłam, okazało się, że nie można w ogóle do niej wejść. Zaczęłam się zastanawiać, co to za pudła, ale na każdym z nich były jakieś numerki, więc postanowiłam na razie nie ruszać ich. Prawdopodobnie Mały Joe pochował.
Kiedy wróciłam na górę, zapytałam mamę:
- Mamo, czy te pudła, to wyście chowali, czy Mały Joe?
- Jakie pudła?- zapytała mama.
- No te w graciarni.
- To musisz zapytać albo Małego Joe, albo Michała. Oni jakieś porządki robili.
Byliśmy trochę zmęczeni, więc postanowiłam, że pójdę spać, a jutro rano będę szukać naszych prezentów.
Tak, jak postanowiłam, na następny dzień zapytałam Małego Joe, co to za pudła w graciarni.
- Jakieś niepotrzebne rzeczy- powiedział.
- A nie wiesz, gdzie są schowane nasze prezenty ślubne?
- A w graciarni, będę ci mógł pomóc dopiero po południu, bo niedługo idę na zakupy.
- A sama nie mogę?
- Ale tam są jakieś rzeczy z przodu powstawiane… Dobrze. Wezmę Nialla i Harry’ ego i zaczniemy sprawdzać, co tam jest.
Niall akurat miał wolne, bo Ewelina pomagała Kasi w Ploteczkarni i umówiła się z nim dopiero po obiedzie, więc ochoczo zabrał się z nami do inwentaryzacji graciarni.        
W pierwszych pudłach znaleźliśmy rzeczy, które pozostawialiśmy przed wyjazdem w podróż poślubną i przed wylotem do Chicago.
Były tam rzeczy Zayna, Ellie, Danielle, wszystko wymieszane i powkładane do pudeł, których było chyba z pięć. Postanowiłam, że zadzwonię później do Chicago, aby się spytać, co im przywieźć.
W pewnym momencie natknęłam się na pierwsze pudło z prezentami, które były nawet nierozpakowane. Na pudle był napisany jakiś numer.
- Niall, zapytaj się Małego Joe, co to za numery na tych pudłach- powiedziałam.
Blondyn pobiegł na górę i po chwili wrócił.
- To nie ma związków, ale tak twierdzi Mały Joe. Numery pisał Michał- rzucił.
- Szlag by to trafił! Nie wiem, czyje to prezenty! Mogą być Ellie i Lou, albo nasze, jak i Danielle i Liama, bo mama zapewne rozpakowała swoje prezenty… Nie będę z taką głupotą dzwonić do Michała, aby się dowiedzieć, co to za numery!
Na trzech pudłach było napisane: 17710118/111232330
Następne trzy pudła miały numery: 71571182023/1520271224
Potem znaleźliśmy pudła z numerami: 611812715157/ 1512117
Kolejne były dwie paczki z numerami: 3113018
Oraz pięć pudeł z numerem: 181211515
Wiedziałam, że te numery coś znaczą. Tylko co… Co to oznaczało?!
- Harry, nie wiesz co to może być? Do czego te numery?- zapytałam.
- A skąd ja mogę wiedzieć? Przecież wiesz, że z matematyki nie jestem najlepszy…
- Zobacz. Na tych paczkach jest tylko jeden ciąg liczb. Może to oznacza Zayna, albo Nialla?
Niall sięgnął jedno pudło.
- Niall, nie możesz otwierać, jeżeli nie jesteś pewien, że to twoje- powiedziałam.
- Najwyżej się wytłumaczę- powiedział.
- Nie wiem, czy się wytłumaczysz… Zostaw! Nie ruszaj! Chyba, że złamiemy ten kod.
Przypomniało mi się, jak kiedyś z mamą grałyśmy w grę i był tam kod złożony z liter alfabetu. Postanowiłam wypróbować ten kod. Pobiegłam na górę i napisałam sobie pełny alfabet na kartce.
Doszłam do wniosku, że musi to być alfabet polski, bo angielski nie ma tylu liter.
Rozpisałam sobie nasze imiona według tego kodu i zbiegłam na dół.
Bingo! To było to!
- Nie ruszaj tych pudeł! To są pudła Zayna!- krzyknęłam do Nialla, który próbował się dostać do pudeł z numerem 3113018- twoje pudła to są te!- wskazałam palcem na pięć pudeł z numerem 181211515.
- A skąd ty wiesz?- zaczął się zastanawiać Niall.
- Bo ten numer jest zakodowany na pudle.
- Jak to?- zdziwił się.
- To musiał robić Michał, albo mama. To jest polski alfabet. Zobacz. Masz tu rozpisane- pokazałam kartkę.
- Co to za litera?- wskazał na „Ą”
- Ą- powiedziałam.
-CO?!- powiedzieli obydwoje.
- Ą- powtórzyłam.
- Nic nie rozumiem…
- Nie musisz… Ten numer, który jest napisany w polskim alfabecie znaczy Niall. Tu są pudła Liama i Dani, tu Ellie i Lou, a to nasze- powiedziałam do Hazzy.
- Jesteś pewna?- zapytał Harry.
- To popatrz, co tu napisałam.
- No faktycznie. Wyglądają, jak nasze- rzucił łapiąc za pierwsze pudło.
- Wiesz, co? Wynieś to może na górę, bo nie będziemy się przepychać z Niall’ em.
-  O!!! MOJA BLUZA!!!- krzyknął Niall- A JA JEJ TAK SZUKAŁEM!!!- ucieszył się- myślałem, że zgubiłem…
- Tak… Zgubiłeś w Warszawie- odpowiedziałam.
Niall się obraził.                 
- No najwidoczniej zostawiłem- powiedział naburmuszony.
Powynosiliśmy pudła na górę i zaczęliśmy rozpakowywać.
Tak, jak przypuszczałam, były to nasze prezenty ślubne, ale tylko trzy pudła? Przecież tyle osób było… Fakt, że pudła były duże, ale…
Paczki były bardzo dobrze zapakowane i zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle je rozpakowywać, ale jeśli mamy je zabrać ze sobą, to lepiej chcę wiedzieć, co będę szmuglowała przez granicę.
A nóż jest coś, czego nie powinnam przewozić przez granicę…
Podzieliłam się moimi myślami z Harrym.
Zgodził się ze mną i stwierdziliśmy, że jednak powinniśmy rozpakować wszystkie nasze prezenty.
- No to rozpakowujemy- powiedział Harry.
Okazało się, że większość prezentów zgadzała się z listy, które zostawialiśmy w sklepach.
Był i robot kuchenny, serwis, sztućce, były obrusy i to, co żeśmy chcieli. W jednym prezencie było coś, czego nie mieliśmy na liście prezentów. Był to czek na pięć tysięcy euro.
- Harry, pamiętasz, od kogo to dostaliśmy?
- Nie muszę pamiętać. Podpis doskonale znam…
- A czyj to podpis?
- Mojego ojca.
- Harry, jak my to zabierzemy, jeszcze nasz bagaż, to zapłacimy majątek za lot… Może to wysłać pocztą?
- Chyba jest to dobry pomysł- odpowiedział- zamówimy kuriera i dowiozą nam to do domu na Wiśniową.
- To na kogo wysyłamy?- zapytałam.
- Na pewno nie na Louisa. Niall jest z nami. Zostaje Zayn, albo Liam.
- To wyślijmy na Liama- powiedziałam.
Postanowiłam to załatwić od razu.
Na kartonach napisałam nasze imiona i już było wiadome, czyje to pudła.
Może Niall’ owi też wysłać te pudła?
- Niall? Wysłać ci te pudła?- zapytałam.
- To ja się jeszcze przyjrzę, co ja tu mam w tych pudłach. Bluzy na pewno nie wyślę.
Przygotowałam dziewięć pudeł, ale po przejrzeniu jednego pudła, Niall stwierdził:
- Dobra. Wysyłam wszystko.
Było czternaście pudeł. Postanowiłam zadzwonić do DHL.
Gdy powiedziałam, o co chodzi, powiedziano mi, że mogą przyjechać, ale będzie to drogo kosztowało. Zapytałam ile. Wyszło, że będziemy musieli zapłaci około pięciu tysięcy złotych.   
Żałowałam, że zapomnieliśmy o prezentach ślubnych, gdy lecieliśmy charterem z Warszawy, no ale trudno. Nic na to nie poradzimy. Powiedziałam Harry’ emu, jak wygląda sprawa, a on się na to zgodził.
Po godzinie podjechała ciężarówa i panowie zaczęli wynosić paczki, naklejając na nich adres docelowy.
- Na kiedy będzie ta przesyłka w Chicago?- zapytałam.   
- Za dwa dni- odpowiedział jeden z pracowników DHL.
Postanowiłam zadzwonić do Li i uraczyć go dobrą nowiną.
Ale po co ja mam dzwonić? Wejdę na Skype.
Pobiegłam na górę do laptopa i połączyłam się z Liam’ em. Niestety bez rezultatów. Połączyłam się z Danielle. Dzięki Bogu złapałam ją.
- Cześć Dani! Wysłaliśmy nasze prezenty ślubne. Wasze też. DHLEM. Podałam numer komórki Li. Paczki nadane są na was. Na Wiśniową. Podobno mają być za dwa dni. Wszystko jest zapłacone, tylko nie przeraźcie się ilością, bo jest czternaście dużych paczek. Będziecie mogli przechować nasze paczki do naszego powrotu?
- Oczywiście, że będziemy mogli.
- Będą do was dzwonić. Dasz znać jak przyjdą?
- Nie ma sprawy. A jak tam w Warszawie?- zapytała.
Jeszcze za bardzo nie wiem, bo wczoraj nie mieliśmy siły na cokolwiek, a dzisiaj od rana zajęliśmy się szukaniem prezentów. Była to ciężka praca, bo paczki zostały zaszyfrowane, a każda z naszych par ma po trzy paczki, a Niall ma pięć. Poza tym dwie paczki dla Zayna.
- To pozdrówcie wszystkich, których spotkacie- rzuciła Dani.
Zadzwonił telefon.
- Pogadamy później, bo muszę teraz odebrać- powiedziałam.
Odebrałam telefon, rozłączając się na Skype i usłyszałam:
- Dzień dobry Aniu! Tu Ewa.
- Cześć ciociu.
- To ty Megan?!- zdziwiła się.
- Tak. przyjechaliśmy na krótki odpoczynek do Polski.
- A na długo przyjechaliście?
- Na dwa tygodnie. Musimy się oderwać od różnych spraw.
- Przyjechaliście tylko we dwójkę?
- Nie, no z Darcy, Niallem i rodzicami.
- A jest mama?
- Nie. Poszła z Darcy do zoo. Chciała jej pokazać polskie zoo. Pewnie wrócą gdzieś koło czwartej. A jak tam Paksio?- zapytałam.
Ciocia kupiła sobie Paksa trochę wcześniej, niż mama kupiła mi Tapsa. Był to też york, tylko srebrny i zupełnie inny w charakterze niż mój.
- A co u ciebie ciociu słychać?
- No gorąco, ale jeżdżę na działkę i tam się daje jakoś przeżyć.
- A może się jakoś spotkamy? Poznasz Darcy.
- Wiesz, ja codziennie teraz muszę jeździć na działkę, aby podlać rośliny. Może byście wpadli?
- To jest  niezły pomysł, ciociu. To byśmy wpadli samochodem.
- Ale nie wiem, czy twój mąż nie będzie zawiedziony, jak zobaczy moją biedną działkę. Z tego, co mama mówiła, że wy macie tu w Warszawie cztery razy większy ogród od mojej działki…
- Niech pozna polskie realia- powiedziałam- to kiedy jedziemy?
- Kiedy chcecie.
- To może jutro?- zaproponowałam- a czy grill ciociu, jeszcze żyje?
- Wszystko jest do grilla i jest on gotowy do użytku.
- Okej ciociu. To o której  mamy po ciebie przyjechać?- zapytałam.
- Nie wiem. Może o dziewiątej?
- Hmmm… A możemy o dziesiątej? Bo z Harry’ ego jest straszny śpioch, poza tym, zanim oporządzę Darcy….
- Dobrze. Może być o dziesiątej.
- A czy możemy przyjechać z Niallem?
- Oczywiście i zabierzcie mamę.
- To jesteśmy umówieni.
- Z kim tak gadałaś?- zapytał Harry siedzący na fotelu.             
- Nie wiem, czy pamiętasz ciocię Ewę.
- A która to?
- A widzisz. Nie pamiętasz. Nie będę wszystkiego tłumaczyć. Mamy się jutro spotkać i przyjechać po nią o dziesiątej.
- Co tak wcześnie?- zaprotestował Hazzie.
- Jedziemy na działkę.
- Na jaką działkę?!
- Do cioci Ewy- powiedziałam krótko.
- Tak w środku nocy?!
- Jeździłam tam parę lat temu razem z mamą.
- Interesujące-  powiedział.
- Wiem. Zabieramy Darcy, mamę i Nialla.
- A Ewelina będzie?- zapytał.
- Nie wiem. Może… Darcy w końcu pozna przyszłą żonę wujka Nialla.
Harry parsknął śmiechem.
- Może w końcu przestanie mówić na Ewelę „Ona”, albo „Pani”…
- Miejmy nadzieję…- powiedziałam kładąc się do łóżka.
- Idziesz już spać?- zdziwił się- jest dopiero po dziesiątej.         
- Jestem strasznie zmęczona. Jak nie chcesz, to nie musisz się kłaść- powiedziałam.
- Wiem, ale przyznam, że pudła dały mi się we znaki- odpowiedział przytulając się do mnie.
Przymknęłam oczy i rozpłynęłam się w marzeniach, które musiały się potem przerodzić w sen.
Notabene śnił mi się heros. Dobrze go znałam. Miał czarne, proste włosy sięgające mu za ucho, szare oczy, dosyć gęste brwi i otwartą ranę na policzku. Na szyi miał kilkanaście naszyjników z wisiorkami przypominającymi paciorki. Ogółem chłopak był wysoki i zdawał się być miły. Jego styl ubierania się był normalny. Tak jak u każdego nastolatka. Dżinsy, które były podarte, białe trampki, które tak naprawdę nie były białe, a czarne i granatowa bluza z kapturem. Przez ramię zwisała mu czerwona torba, a w prawej ręce trzymał mocno miecz. Był zrobiony prawdopodobnie z niebiańskiego spiżu. Miecz lśnił dziwaczną zielenią.
Wiedziałam tylko tyle, że chłopak walczył. Przed nim była ogromna postać. Wyższa od niego chyba pięć razy. Miała skrzydła, szpony i… łuski. A co dziwniejsze, była koloru pomarańczowego i wydobywała z siebie coś w rodzaju muczenia…
Chłopak robił wszystko, aby ją zniszczyć. Ciął, atakował, uderzał no i oczywiście unikał oraz stawiał opór potworowi.
W pewnym momencie chłopak wskoczył na grzbiet potwora i nie zwrócił uwagi na kolce będące na grzbiecie. Ukuł się i upadł. Przez kilka chwil nie dawał oznak życia. Za chwilę podbiegła do niego dziewczyna, którą dopiero teraz zauważyłam. Była blondynką. Na głowie miała czapkę Jankesów. Jej kędzierzawe włosy były związane niezgrabnie w koński ogon i opadały na plecy.  Cerę miała delikatną co było zaletą jej urody. Oczy koloru szarego, tak jak chłopak. Dziewczyna także była wysoka i na jej szyi również połyskiwało kilkanaście paciorków w różnych kolorach. Ubrana w pomarańczową koszulkę jakiegoś obozu, zielone bojówki i wygodne tenisówki. W lewej ręce sztylet, a w drugiej tarcza. Tą dziewczynę też świetnie znałam.
Blondynka podbiegła prędko do leżącego na ziemi chłopaka i wyciągnęła z plecaka termos.
Zapewne boski napój…- pomyślałam.
Nie myliłam się. Napój był złocisty i połyskujący.
- Percy! Prędko. Wypij kubeczek nektaru i zjedz ambrozję- powiedziała spanikowana dziewczyna, która podała do ust chłopakowi nektar oraz chwilę potem ambrozję.
Napój dlatego boski, bo chłopak nabrał szybko sił i rana, która zdobiła jego blady policzek zniknęła, a cała twarz nabrała kolorów.
- Annabeth! Za tobą! Uważaj!- krzyknął chłopak. Złapał dziewczynę i wspólnie schowali się za skałą- dobra. Robimy tak- zaczął Percy- spróbuj odwrócić uwagę potwora, a ja wejdę jeszcze raz ostrożnie po grzbiecie i zrobię z nim porządek.
- Percy. To zbyt ryzykowne.
-  Ten pomysł jest chyba najbardziej rozwiązalny…
Annabeth westchnęła ciężko.
- No dobrze… Może i masz racje. Na trzy wchodzimy.
- Dobra. Raz, dwa, trzy!
Dziewczyna rozpoczęła swoją działkę. Stanęła twardo przed potworem i zaczęła wymachiwać rękoma i sztyletem. Nic nie pomagało, więc zaczęła dziwnie tańczyć… Coś w rodzaju tańca irlandzkiego. Zaraz, zaraz. Skąd W Percym TANIEC IRLANDZKI?! Mniejsza z tym…
Percy w tej samej chwili, nie tracąc na nic czasu wdrapał się na zwierza i zadał mu cios w plecy.
Potwór przeraźliwie muknął i runął na ziemię.
Otworzyłam powoli oczy. Było mi strasznie gorąco. Czułam, że pot ze mnie płynie ciurkiem. Moi ulubieni bohaterowie mi się śnili. To nie może być prawda… Co to może oznaczać? Co się w najbliższym czasie wydarzy? Coś miłego, czy coś strasznego? Sny przecież coś znaczą…
Wstałam po cichu i podeszłam do okna. Przez chwilę jeszcze myślałam o moim śnie. Zastanawiałam się czy był to koszmar, czy jakieś wspomnienie… Sama już nie wiem… Zaczęłam się wpatrywać w świecący księżyc i czarność panującą przez okno. Dziś była pełnia. Rozgwieżdżone niebo, a na środku niego duży, biały księżyc. Aż chciało się na to patrzeć.
Pomyślałam, że światło księżyca może jednak obudzić Harry’ ego, więc zasłoniłam okno, wcześniej je otwierając i po cichu zeszłam jeszcze na chwilę do kuchni. Wyciągnęłam z szafki szklankę i nalałam sobie wody. Strasznie mi było sucho w gardle, więc wypiłam drugą szklankę, której nie dopiłam do końca. Zaniosłam ją na górę do pokoju i postawiłam na nocnym stoliku. Skoczyłam jeszcze do łazienki i gdy się przeglądałam w lustrze, wydawało mi się, że zobaczyłam jakąś czarną zjawę. Cała podskoczyłam i o mało nie pisnęłam. Powstrzymałam się jednak i chwilę posiedziałam w tej łazience. Przemyłam twarz i wróciłam do łóżka. Położyłam się i zobaczyłam, że Harry nie śpi.
- Co jest? Czemu nie śpisz?- zapytał zaspany.       
- Nie wiem. Nie mogę spać…- powiedziałam.
- A co ci się śniło?- zapytał zaciekawiony.
- Skąd wiesz, że coś mi się śniło?- zapytałam na jego pytanie.
- Miałem takie przeczucie…- wyjaśnił- więc powiesz mi?
- No… Zastanawiam się, czy to był koszmar, czy wspomnienie- opowiedziałam mu swój „sen”.
przytulił mnie do siebie i powiedział:
- Spróbuj zasnąć.
- Nie mogę.
- Postaraj się. Zamknij oczy i pomyśl o czymś miłym.
- Mówisz, jak moja mama- podsumowałam.
Harry się cicho zaśmiał.
- Z czego się śmiejesz?- zapytałam nie wiedząc, o co chodzi.  
- No, bo moja zawsze tak mówiła, gdy byłem mały i nie mogłem spać. Zawsze mówiła, że mam zamknąć oczy i pomyśleć o czymś miłym, co mnie w życiu spotkało, albo sobie to wyobrazić. Nie zawsze pomagało, ale często skutkowało.
- I sądzisz, że mi też pomoże?
- Zobaczymy. Zamknij oczy- nalegał.
Zamknęłam i próbowałam z całych sił przypominać sobie wszystkie miłe wspomnienia. Wspomnienia od dzieciństwa, przez nastolatkę po młodą dorosłą. NIC. Nie mogę i tyle… Nie wiem, co się ze mną dzieje…
- Harry, nie mogę.
- Postaraj się.
- Staram się, jak zawsze. Nawet bardziej, ale nic mi nie wychodzi…
- Mam pomysł.
- Wypali?
- Może… Moja metoda może zadziała…
- Twoja metoda?- zapytałam.
- Tak.
- A na czym ona polega?
- Zaraz się przekonasz.
Harry zaczął nucić mi do ucha piosenkę. Jedną z moich ulubionych. Dobrze wiedział, co lubię. Zaczął do tego mnie lekko kołysać.
Oczy zaczęły mi się kleić po paru kolejnych piosenkach i film mi się urwał. Nie sądziłam, że uśpi mnie w pewnym sensie kołysanka… Dobre i to.
Obudziłam się parę minut po wpół do ósmej. Słońce świeciło, jak oszalałe. Zdradzało to światło wpadające przez nasze jasne zasłony.
Byłam nadal w objęciach Harry’ ego. Odwróciłam się w jego stronę. Spał sobie smacznie i cicho oddychał.
Postanowiłam, że trzeba będzie się przygotować, skoro o dziesiątej mamy być u cioci. Wyrwałam się delikatnie z uścisku Hazzy i po cichu wstałam. Poszłam do łazienki i szybko się umyłam. Gdy z niej wyszłam, Harry ciągle spał. Otworzyłam szafę i zaczęłam się zastanawiać, co na siebie włożyć. Na dworze było pewnie ciepło, a zapowiadali, że będą olbrzymie upały i zdecydowałam się na turkusową sukienkę bez ramiączek, zapinaną z przodu, więc nie miałam takiego wielkiego problemu z zapinaniem się. Założyłam jeszcze do tego moje ulubione czarne sandałki.
Podeszłam do toaletki i zaczęłam się czesać. Rozważałam upięcie koka, albo zwykłego kucyka.
Zdecydowałam się jednak na kucyka.
- Zrób warkocz- usłyszałam od strony łóżka.            - Wyspałeś się?- zapytałam.
- Mógłbym spać dłużej- powiedział Harry.
- Wiem. Przekonałam się o tym.
- Kiedy?- zdziwił się.
- Kiedyś. Dawno temu, za górami, za lasami, gdzie panowały ogry z kopytami.
Harry parsknął śmiechem.
- Powiadasz, że mam sobie zrobić warkocza?- zapytałam po chwili namysłu.
- Tak.
- A to niby dlaczego?
- Nie wiem. Ładnie będzie wyglądać.
- Znawca fryzur się znalazł- powiedziałam lekko się drażniąc z nim.
Harry nic nie odpowiedział.
- Ty się lepiej idź myć- powiedziałam.
- Zaraz. Chcę zobaczyć, jak się malujesz- rzucił siadając na łóżku.
- Dobrze. Popatrzysz sobie, ale pod warunkiem, że się wyrobisz.
- Wyrobię się, wyrobię. Jest dużo czasu do dziesiątej…
- Zawsze tak mówisz, a potem cudem unikamy spóźnień.
- Och, co ty taka naburmuszona jesteś?
- Nie wiem. W ciąży jestem, pamiętasz?
- Pamiętam- odburknął. Widziałam, że o mało się nie obraził.
Zrobiłam, więc starannie warkocza i umalowałam się.
- To by było na tyle, proszę pana. Proszę się iść myć do łazienki. Marsz- powiedziałam odwracając się do niego przodem.
- A ty się już myłaś?- zdziwił się.
Popatrzyłam na niego groźnie. Chyba podziałało, bo zerwał się i pobiegł do łazienki.
W między czasie ogarnęłam Darcy i gdy skończyłam, Harry wszedł do pokoju ubrany w granatowe, krótkie spodenki i czerwoną koszulkę z krótkim rękawkiem. O dziwo zabrakło Conversów. Na ich miejsce były japonki.
- Zobacz, Darcy. Tatuś się sam ubrał!- zaczęłam się śmiać.
Harry popatrzył na mnie wzrokiem Bazyliszka.
- Ach…. Gdyby ten wzrok mógłby zabijać… Już dawno by mnie tu nie było…-  wybiegłam znów w wodze wyobraźni.
Ocknęło mnie chrząknięcie Harolda.
- Idziemy na śniadanie?- zapytał.
- Ależ oczywiście- odpowiedziałam wychodząc z Darcy na rękach z pokoju. Zeszliśmy na dół, gdzie nie było nikogo, oprócz Małego Joe, który na nasz widok bardzo się ucieszył i czym prędzej skoczył do kuchni.
Usiedliśmy przy stole i nagle zjawiła się mama z jakimiś torbami.
- Co tam masz?- zagadnęłam.
- Potrzebne rzeczy na działkę- powiedziała stawiając rzeczy przy wyjściu, po czym wróciła do jadalni i usiadła z nami.
- Pyszne tosty!- powiedział Harry. Pewnie specjalnie głośniej, by Niall (a raczej Śpiący Królewicz) obudził się, ze swojego stumilowego snu.
Na działce byliśmy o wpół do jedenastej. Jechaliśmy w dwa samochody. Niall z mamą pojechali  jeszcze po Ewelinę, a myśmy pojechali jeszcze po ciocię Ewę.
Paksio oczywiście przywitał wszystkich bardzo całuśnie, co nie za bardzo podobało się Harry’ emu.
Aby odciągnąć Paksia od Harry’ ego, wzięłam go na kolana i czule się z nim przywitałam i zaczęłam z nim rozmowę:
- Pamiętasz mnie?- Paksio koniecznie chciał mnie polizać- nie można tak- był niepocieszony. Patrzył, czy nie da się polizać Harry’ ego, ale trzymałam go z daleka.
Darcy gadała bez przerwy z ciocią Ewą.
- A dlaciego jedziemy na działkę?- zapytała Darcy.
- Żeby nam nie było za gorąco- odpowiedziała ciocia.
- A tam będzie zimno?- zdziwiła się.
- Też będzie gorąco, ale zrobimy tak, żeby było chłodno.
Darcy nieświadomie rozmawiała z ciocią po polsku, więc Harry nie wiedział o co chodzi.
Siedzieliśmy teraz na fotelach na działce i czekaliśmy na pozostałą trójkę.
Zdaje się, że trochę pobłądzili, bo mama zadzwoniła, zapytać się, jak do nas dojechać.
Oddałam telefon cioci i ciocia mamie zaczęła tłumaczyć. Dziwiłam się, że Ewelina nie pamięta, jak się jedzie na działkę.
Wreszcie dojechali na jedenastą. Myśmy z ciocią zdążyłyśmy przygotować coś do picia, poustawiać na stoliczku, ustawić parasol i puścić wodę na niego.

Było już bardzo upalnie, więc przebraliśmy się w kostiumy w kąpielowe. Ciocia wyciągnęła basen i zaczęła zlewać tam ciepłą wodę.  Darcy cały czas jej asystowała. 

* Tak więc jestem... Wybaczcie, ale nie mogłam jak wrzucić rozdziału, ponieważ wyjechałam do babci, no i musiałam jej pomóc... Także Was przepraszam za to, że musiałyście czekać i za błędy również. Mam nadzieję, że dalej będziecie czytać :3
                      ~Meg

sobota, 6 lipca 2013

Rozdział 80

- Tak. Psieplosię- powiedział.
- Dobra, chłopaki. To co zabieracie stąd do zabawy?- zapytałam.
- Piśtolet.
- Pistoletu nie zabieramy. Może jakąś waszą ulubioną grę?
- Chińcika.
- To co? Ja tu sam będę siedział?- zapytał Kazik.
- Jak chcesz, to jedź z nami- powiedział Harry.                
- Okej. Bardzo chętnie. Wreszcie zobaczę ten wasz dom-powiedział z uśmiechem Kazik.
- Kazik, a czy mógłbyś nam pożyczyć jedną patelnie? Mamy meble, ale nie mamy wyposażenia. Chcieliśmy kupować dzisiaj, ale powstrzymano mnie, bo powiedzieli, że na parapetówkę przyszli bez prezentów i że teraz będą wiedzieli, co nam kupić- powiedziałam.
 Harry gdzieś zniknął.
- Chodź. Powiesz mi czego ci brakuje.
- My ci to wszystko później oddamy, ale to po sobocie, bo w sobotę mają być poprawiny.
- A powiedz, co masz.
- To co nam dałeś w koszach. Dziewięć kubków, dwanaście widelców, noży i łyżeczek, talerzy jest sześć i jeden duży gar po spaghetti…
- Biedactwo! Nie masz w czym gotować!
- A i czajnik mam jeszcze- przypomniałam sobie - Wszystko ci później oddam, tylko muszę skompletować wyposażenie.
- Nie przejmuj się. Tego tyle jest tutaj, że wystarczy. To co potrzebujesz? Filiżanki, szklanki?
- No…. My nic nie mamy.
- Dobrze. To idę szybko spakować.
Wróciłam do salonu. Chłopców nie było.
- Harry!- krzyknęłam.
- Co się stało?- usłyszałam głos Hazzy z góry.
- Gdzie są chłopcy?
- Myślałem, że są z tobą- odkrzyknął.
- Indyk myślał…- powiedziałam po polsku.
- Co ciocia powiedziałaś?- usłyszałam głos Tommiego za sobą.
- A gdzie żeście byli?- zapytałam.
- Zia fotelem- powiedział Jimmie.
- Bądźcie grzeczni, bo was nie zabiorę- pogroziłam im palcem- zostaniecie tutaj sami.
- Hulla!- krzyknęli obydwaj.
- Każdy zamknięty na klucz w swoim pokoju.
„Hura” znów zamarło na ustach.
- To jak będzie? Będziecie grzeczni, czy nie?
- Będziemy- powiedział Tommie z rezygnacją w oczach.
- I rozumiem, że przeprosicie Darcy.
- Tak- powiedział Jimmie.
- Gdzie macie zabawki, które chcecie zabrać?
- Tu- pokazali na pistolety.
- Mówiłam, że pistoletów nie zabieramy.
- To nić.
- Mieliście wziąć jakąś grę.
- Gly sią nudne.
- To chodźcie. Zobaczymy, co tam macie.
Weszłam z nimi na górę. To, co zobaczyłam, co się działo u nich w pokoju, przechodziło ludzkie pojęcie. Zupełnie, jakby złodzieje przeczesali pokój. Wszystko było wyrzucone z szaf. WSZYSTKO.
- A kto tu zrobił taki bałagan?
- Ja- powiedział Tommie dumny.
- A co na to powie mama?
- Mama będzie ksicieć.
- Ażebyś wiedział. Ja też bym krzyczała, jakbym była waszą mamą…
- Ale nie ksiciś.
- Jak będziecie niegrzeczni, to będę krzyczeć. Szybko. Jest was dwóch. Poukładajcie wszystko na swoje miejsce.
Przyglądałam się rzeczom, które chowali. Po dziesięciu minutach był już porządek.
- Gdzie macie gry. Pokażcie.
Pokazali mi.
- Którą najbardziej lubicie?
- Ja ziadnej- powiedział Tommie.
- Ja tę- powiedział Jimmie.
- Nie „tę”, tylko „tą” i którą.
Jimmie pokazał jedną z gier, więc wyciągnęłam ją i powiedziałam:
- Zabierz.
Rzuciłam jeszcze raz okiem na pokój. Był względnie czysty.
- No to idziemy- powiedziałam- Harry, gdzie jesteś?- zawołałam.
- Szukam!
- Czego?
- Niespodzianki!
- To może Kazik wie, gdzie ją położyłeś?
-Ja ją zostawiłem na dole.
-Zapytaj Kazika- poradziłam.
Zeszłam z chłopcami na dół. Kazik kręcił się po kuchni.
- To co? Jedziemy?
- Jeszcze chwileczkę!- powiedział Kazik.
Na dole również zjawił się Harry.
- Kazik, zostawiłem tutaj na dole paczkę. Rzuciłem ją na kanapę, a potem pojechałem na Wiśniową i zupełnie o niej zapomniałem. Nie widziałeś jej?
- A coś widziałem, ale nie ruszałem tego.
- Gdzie to może być?- zaczął głośno myśleć.
Tommie z Jimmiem zaczęli sobie coś szeptać do ucha.
- Co tam szepczecie?- zapytałam.
- Nić- powiedział rezolutnie Tommie.
- No widzę, że coś sobie szepczecie. To co tam?
- A jak wyglądała ta paćka?- zapytali mnie.
- Nie wiem. Zapytajcie wujka Harry’ ego.
Harry powiedział:
- Paczka była nieduża w kolorze granatowym.
- To była twoja paćka?- zapytał Tommie.
- Moja, a co? Widziałeś ją?
- Tak. Nawet ją wziąłem.
- I co z nią zrobiłeś?
- Otwoziłem.
- A kto ci pozwolił otworzyć?
- Siam siobie poźwoliłem.
- I co z tym zrobiłeś?- zapytał zdenerwowany Hazza.                     
- Powąchałem- odparł Tommie.
- I co dalej?
- Nie podobało mi się.
- I co dalej?
- Wziąłem i wylałem.
- GDZIE?!
- U wujka Zayna w pokoju.
Harry pobiegł na górę i po chwili wrócił do salonu.
- Jedziemy- powiedział wściekły- jedziemy szybko, bo jeśli Zayn tu wróci, to zabije ich- powiedział do mnie.
- Dlaciego?- zapytał nie wiedząc, o co chodzi Tommie.
- Co to było?- zapytałam.
- Powiem ci później- powiedział Hazzie- otworzyłem tylko okno u Zayna…
Wsiedliśmy do samochodu. Chłopcy zostali przypięci przeze mnie w fotelikach i siedzieli cicho jak myszy.  Zapakowaliśmy się z Kazikiem i odjechaliśmy. Harry się nic nie odzywał. Widziałam, że jest wściekły. Poznałam po tym, bo ruszała mu się nerwowo żuchwa. Do domu dojechaliśmy w półgodziny. Weszliśmy do domu. Harry poszedł gdzieś na górę i usłyszałam trzaśnięcie drzwiami.
- Kazik rozgość się. Proszę cię bardzo. Już ci wszystko pokazuję- oprowadziłam Kazika po domu, trzymając chłopców za ręce.
Dom wywarł wielkie wrażenie na Kaziku. Największe kuchnia.
- Super masz tą kuchnię- powiedział.
- Już robię kawę albo herbatę. Czego się napijesz?- zapytałam.
- To może ja zrobię?
- Nie, ty jesteś gościem. Pozwól, że ja cię ugoszczę.
Wstawiłam wodę. Chłopcom postanowiłam, że dam soczki.
- To, co Kazik się napijesz?- zapytałam.
- To jeżeli można, to kawę poproszę.
- Harry!- zawołałam, ale nie usłyszałam odpowiedzi- przepraszam, Kazik. Czy możesz się zająć przez chwilę chłopcami? Skoczę na chwilę na górę.
- Naturalnie.
Poszłam na górę, ale na pierwszym piętrze go nie było. Krzyknęłam jeszcze raz:
- Harry!- ale panowała cisza.                    
Poszłam do studia, które było zamknięte, ale usłyszałam, że coś się w nim dzieje.
- Harry- zaczęłam pukać do drzwi.
Harry nie odpowiadał. Zeszłam na dół. Woda się zagotowała. Przygotowałam kawę dla Kazika, dla siebie herbatę. Wyjęłam soczki dla chłopców i z bólem serca wszystko postawiłam na stoliku.
- Nie masz żadnych serwetek?- zapytał Kazik.
Przypomniałam sobie, że po parapetówie zostało parę papierowych serwetek. Wyciągnęłam je i rozłożyłam na stoliczku.
- Proszę. Tu jest kawa, a tu są dla was soczki- powiedziałam rozdając napoje.
- Ja nie chcię- powiedział Tommie- ja nie będę tego pił.
- Dlaczego?
- Bo ja chcię kawę.
- Dzieci nie mogą pić kawy- wyjaśniłam.
- Dlaciego?- padło sakramentalne pytanie.
- Bo chcesz być na pewno duży, a po kawie nie urośniesz.                
- Dlaciego?- zapytał Jimmie.
- Bo tak jest. Pamiętacie, co mi przyrzekliście, tak?
- Tak.
- No to się bardzo cieszę.
Rzeczywiście siedzieli grzecznie w fotelach. Jimmie wypił cały sok, a Tommie był lekko nadąsany.
-Tommie, wypij soczek.
- Nie będę pił.
- To nie pij wcale- powiedziałam i postawiłam na stole ciasteczka, mówiąc: To do soczku lub herbaty.
Tommie chciał sięgnąć, ale rzekłam:
- To tylko dla tych, którzy piją kawę, herbatę, albo soczek.
Tommie złapał swój soczek i szybko go wypił.
- A telaz mogę?
- Możesz- odpowiedziałam.
Wziął ciasteczko i zaczął jeść.
Ktoś zadzwonił do drzwi. Poszłam otworzyć. Za drzwiami stali rodzice z Darcy. Zaprosiłam ich do salonu i zaproponowałam coś do picia. Darcy rzuciła mi się na szyję, gdy tylko otworzyłam drzwi  zaczęła opowiadać, co było w zoo. Zamilkła, gdy zobaczyła chłopców.
- Ciemu oni tu są?- zapytała.
- Mają ci coś do powiedzenia- powiedziałam- Tommie, Jimmie, mieliście coś powiedzieć Darcy.
Chłopcy się nic nie odezwali.
- Halo! Proszę panów- powiedziałam.
Jimmie się podniósł i podszedł do Darcy i powiedział:
- Psieplaszam. Juś więciej nie będę.
Do następnego razu…
Darcy była trochę nadąsana, ale szepnęłam jej do ucha:
- Nie denerwuj się tak. Oni chcą cię przeprosić.
Rozchmurzyła się i zaproponowałam, żeby poszli do niej do pokoju. Wyciągnęłam grę, którą zabraliśmy, posadziłam ich przy stoliczku, rozłożyłam grę i zaczęli w nią grać.
- Siedźcie tu cicho i bądźcie grzeczni, bo ja muszę zejść na dół.
Gdy zeszłam na dół, mama już szykowała dla nich herbatę i jak mnie zobaczyła samą, zapytała:
- A gdzie oni są?
- Na górze z Darcy.
- I tak ich zostawiłaś samych?!- wpadła w panikę.
- Poradzą sobie.
Mama chciała pójść na górę, ale zatrzymałam ją.
- Zaraz. Oni się tam bawią. Jeśli coś się będzie działo, to na pewno to usłyszymy- powiedziałam.
- A gdzie Harry?- zapytał Michał.
- Zamknął się w studiu i nie chce wyjść.
- Znów się pokłóciliście?- zdziwił się.
- Nie. Myśmy się nie pokłócili- odpowiedziałam.
Wzięłam komórkę i zadzwoniłam do Hazzy, ale nie odebrał.
- Poczekaj. Ja zadzwonię- powiedział Michał i złapał za komórkę- Cześć Harry. To ja. Nie, nic się nie stało. Nie. Czy możesz zejść na dół?
Kazik zaczął się kręcić nerwowo.
- To może ja… może przygotujemy coś na obiad? Pójdę po naczynia do samochodu- wyszedł z domu.
Za chwilę na dół zszedł Harry, który miał strasznie czerwone oczy.
- CO SIĘ STAŁO?!- zapytaliśmy prawie wszyscy.                    
- Megan, ja cię strasznie przepraszam. To jest tylko i wyłącznie moja wina…
- Ale o co chodzi?- zapytałam.
- Kupiłem ci perfumy IMPERIAL MAJESTY CLIVE’A CHRISTANA,  a te demony wylali całe w pokoju Zayna. Została tylko sama buteleczka.
Nogi się pode mną ugięły.
- Jak to?! Kupiłeś mi najdroższe perfumy świata?!?!- krzyknęłam.
- Dla takiej żony to najdroższe perfumy świata się należą- powiedział smutno- ale niestety mogę ci tylko dać flakonik, bo tylko to ocalało…
Zrobiło mi się żal Harry’ ego. Podeszłam do niego i go pocałowałam. Odezwała się moja komórka.
Usłyszałam głos Ellie.
- Dowiedziałam się od Liama, że chłopcy są u was. Nie wiesz, co się stało w pokoju Zayna? Bo tam tak śmierdzi, że się w głowie nie mieści…
- Po pierwsze, nie śmierdzi, tylko pachnie- powiedziałam.
- A skąd wiesz?
- To już porozmawiaj z chłopcami- powiedziałam.
Zapanowała cisza w słuchawce i po chwili usłyszałam pytanie:
- To Tommie i Jimmie maczali w tym palce?
-Nawet nie wiesz, jak bardzo…
- To już po nich jedziemy.
- Jak chcesz.
Rozłączyłyśmy się.
- Lou i Eleanor wpadną po chłopców- poinformowałam.
- Dzięki Bogu- powiedziała mama.                                          
Z tego wszystkiego zapomniałam, że Kazik buszuje po MOJEJ kuchni. Ocknęłam się, gdy zaczął podawać do stołu.  Zdążyliśmy zjeść obiad. Wszyscy. Włącznie z dzieciakami, gdy do drzwi zadzwonił dzwonek. Za drzwiami stali Ellie, Lou, Zayn i Niall.
- A gdzie Dominika?- zapytałam.
- Przekazałem ją Gabrieli i Jay’ owi. Pewnie zaraz przyjadą- powiedział Zayn.
- I co? Załatwiliście coś?- zapytał Harry.
- Wszystko! Ale powiedzcie o co chodzi. Skąd ten smród w moim pokoju.
- To zapytaj chłopców- palnęła mama.
Popatrzyłam na nią groźnie.
- No to słucham- powiedziała Ellie zwracając się do chłopców.
Darcy była już na rączkach u wujka Nialla, a chłopcy  się w ogóle nie odzywali, jakby ich nie było.
- No słucham- powiedziała ostro Ellie- dlaczego u wujka Zayna tak strasznie śmierdzi.
- Może nie mów, że śmierdzi, bo to najdroższe perfumy świata- powiedziałam.
Ellie wybałuszyła oczy i wydukała:
- IMPERIAL MAJESTY CLIVE’A CHRISTIANA?!                       
- Zgadza się- powiedziałam.
- A co chłopcy mają z tymi perfumami wspólnego?- zapytał Louis.
- Meg, nie mów tak. To moja wina. Zostawiłem je na wierzchu- powiedział Harry- nie powinienem ich tak rzucać, gdzie popadnie…
- BOŻE… Ty kupiłeś te perfumy dla Megan?!- zdenerwował się Louis.
- Kupiłem… Przyjechałem z nimi do domu i dowiedziałem się, że Megan się przeprowadziła. Położyłem je na kanapie, bo chciałem je dać mojej żonie, ale gdy się dowiedziałem, że jej nie ma, wypadłem z domu i przyjechałem tutaj. Co dalej się z nimi działo, nie wiem. Wiem tylko tyle, że zostały wylane całe u Zayna w pokoju, co stwierdziłem naocznie. Otworzyłem czym prędzej okno, bo było zamknięte i miałem nadzieję, że się wywietrzy…
Ellie powiedziała ostro do Lou:
- Zabieramy chłopaków i wychodzimy.
Louis był cały czas blady i wyglądał tak, jakby miał zaraz paść na zawał serca.
- Czy jak tu jesteśmy i tu jest Kazik, to czy moglibyśmy zjeść u was obiad?- zagadnął Niall.   
Kazik rzucił się do kuchni, ale Ellie powiedziała:
- My wychodzimy. Jak chcecie, to wracajcie taksówką.
- My ich zabierzemy- powiedział Michał.
Ellie złapała chłopców i energicznie wyszła. Louis stał jak wryty.
- LOUIS! IDZIEMY!- krzyknęła Ellie od samochodu.
- Harry. Musimy pogadać- powiedział Lou i wyszedł.
Z kuchni wyłonił się Kazik z potrawami i postawił je na stole. Oczywiście Niall był pierwszy przy stole, ale widocznie Zayn z nerwów też postanowił zjeść. Darcy była cała szczęśliwa, że widzi Nialla, więc siedziała obok niego, a my siedzieliśmy w salonie. Było mi strasznie  żal Harry’ ego i Louisa. Gdy chłopaki zjedli, mama zaproponowała, że pojadą do domu. Darcy była lekko zawiedziona, że Niall ją opuszcza, ale Niall powiedział jej, że przyjedzie do niej jutro, więc się rozchmurzyła.
- Nie pobili cię?- zapytała baba przy wyjściu.
- Nie. Byli gziećni- odpowiedziała Darcy.
- Kazik! Idziemy!- powiedziała mama.
- Jeszcze bym posprzątał…
- Kazik! Zostaw! To jest moja kuchnia i ja to zrobię- powiedziałam.
Na następny dzień obudził nas telefon Harry’ ego.
- Halo- powiedział zaspanym głosem- nie wygłupiaj się. Dobrze. To przyjedź. Dobra. Okej. Na razie.
- Kto dzwonił?- zapytałam odwracając się do niego.
Nie spaliśmy przez pół nocy, bo Harry przeżywał zaistniałą sytuację. Wreszcie mu powiedziałam, żeby się uspokoił i może mi dać sam flakon i że jestem bardzo szczęśliwa, nawet bez tych perfum.
- Dzwonił Lou. Będzie tu za półgodziny.
- O Matko Boska!- krzyknęłam i wyskoczyłam z łóżka.
W bardzo szybkim tempie umyłam się, ubrałam i zeszłam na dół. Przygotowałam kawę i śniadanie.
Postanowiłam usmażyć omlety. Popatrzyłam na zegar. Było wpół do ósmej. No tak… O ósmej będzie
 Lou. Postawiłam również nakrycie dla Louisa. Harry zszedł i usiedliśmy do śniadania. Akurat
kończyliśmy, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Słuchajcie. My wam odkupimy te perfumy- powiedział Lou, wchodząc do salonu.
- Ale nie musicie- powiedziałam- napijesz się czegoś? Kawy może?
- Z całą przyjemnością, bo przez całą noc rozmawialiśmy z Ellie. Myślałem, że zabije chłopaków…
- Jadłeś coś?
- Nie. Przyjechałem prosto z wyra.
- To siadaj. Zaraz zrobię śniadanie.
- Ale ja nie mogę tak o………..
- Przestań gadać. Siadaj.
- Ewidentnie jest to moja wina, że zostawiłem je na wierzchu- rzucił Harry.
- Ale oni nie mieli prawa tego brać- odpowiedział mu Lou- widziałem to pudełko. Było pięknie zapakowane. Postawiłem je na kominku, bo nie wiedziałem, czyje to jest, a te gangreny zdjęły je, rozpakowały i wylały… Zaczęli się bić o butelkę, będąc w pokoju Zayna i wylały całą zawartość.
- Dzięki Bogu nie stłukli butelki- powiedziałam stawiając talerz z omletem oraz kawę przed Louisem- z czym sobie życzysz tego omleta? Tu jest dżem, nutella.
Louis złapał nutellę, posmarował nią omleta i zaczął jeść.
- Zdecydowaliśmy się z Ellie, że odkupimy wam te perfumy.
-Po pierwsze, nie nam, tylko Megan, a po drugie pewnie nie macie pieniędzy, więc darujcie sobie- powiedział Harry.
- Słyszałem w ogóle, że tego dnia rozrabiali jak pijane zające- rzucił Lou- zapamiętają ten dzień do końca życia.
- Louis! Co ty im zrobiłeś?!- zapytałam przerażona.
- Ja nic, ale Ellie… Wyszła z siebie.                               
- I co się stało?
- Nie, już wam nie będę mówił.
- Co? Dostali w tyłek?
- I to pasem. Już wiedzą, że nie mają prawa otwierać prezentów, jeżeli nie są dla nich.
- A kiedy wam meble przywożą?- zapytałam zmieniając temat.
- Część dzisiaj, a część jutro. Zresztą wszystkim w ten sposób. Będę pewnie musiał niedługo pójść do nas do domu, bo o dziewiątej mają przywieźć meble.
Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, że zrobił się jakiś tłok na naszej ulicy.
- Wycieczki turystyczne się zaczęły- powiedziałam.
Chłopcy momentalnie znaleźli się obok i patrzyli przez szybę. Akurat pod dom Louisów podjechała ciężarówka. Lou wyskoczył od nas i pobiegł do siebie.
Przez trzy dni na Wiśniowej panował chaos. Gdy przywieziono już ostatnie meble, zakończono także
 prace nad bramą. Brama była bardzo solidna z domofonami oraz ze skrzynkami listowymi. Czwartego
 dnia była ogólna parapetówa. Była to sobota i zaczynaliśmy parapetówę u nas. Zaprosiłam
 wszystkich na osiemnastą. Ellie od razu powiedziała, że nie przyjdzie, bo zostanie z potworami.
O osiemnastej wszyscy się stawili i dostaliśmy zaległe prezenty. Przygotowałam szwedzki stół. Harry
 zajął się alkoholami, a Darcy okupowała Gabrielę. Przyjęcie się bardzo udało, a po przyjęciu goście
 zapraszali, abyśmy zobaczyli ich nowe domy. Przeprowadzka miała trwać od poniedziałku.  Razem z
Hazzą przyznaliśmy, że pozostali świetnie się urządzili. Każdy dom był inny i pasował do właściciela.
 Najbardziej, jednak zaskoczył mnie Niall. Łóżko w kształcie hamburgera, ściany z żelków i podłoga z
 cukierków. To się nazywa bycie ORYGINALNYM. Ciekawe, co na to powie Ewelina… Ale to już ich
 sprawa. Najbardziej okazała była rezydencja Simona. Udało nam się sprzedać nasz wspólny dom i to
 za całkiem niezłą kwotę. Wpadłam na pewien pomysł. Powiedziałam Harry’ emu, że wychodzę do
 sklepu, a tak naprawdę udałam  się do Nialla. Zapukałam do drzwi.
- Niall, jutro lecą moi rodzice do domu i pomyślałam, że dobrze by było, żebym pojechała po prezenty
ślubne razem z nimi. Chcę zrobić niespodziankę Hazzie, bo jakoś po tej aferze z perfumami nie może
 dojść do siebie. Może chciałbyś polecieć z nami?
Niallerowi rozbłysły oczy. 
- Pewnie, że lecę! O której ten lot?                                   

- Akurat mają trzy miejsca wolne, bo już sprawdzałam. Tylko buzia na kłódkę i masz nic nie mówić Harry’ emu. Wyskoczymy na dwa tygodnie i odpoczniemy od wszystkiego i od wszystkich. Lot jest o trzynastej, czyli musimy wyjechać o dziesiątej. 




*HELLO WAM :D I co tam u Was? :) Miałam w tym tygodniu zawirowanie, a w dodatku nie miałam neta O.o lol... Na szeczęscie wszystko jest już w jak najlepszym porządku :)


Oto Imperial Majesty Clive'a Christiana: